​Polityczne dziadowanie

Powiedzieć, że polska polityka całkiem już zeszła na psy, to nic nie powiedzieć i tylko obrazić poczciwe czworonogi. Nazwać to, co się w niej dzieje cyrkiem, to obrazić ciężko pracujących cyrkowców. Myślałem o porównaniu z chińskim teatrzykiem cieni, ale i ono nie oddaje sprawy - cienie w takim teatrzyku są jednak rzucane przez coś konkretnego i coś prawdziwego obrazują. Podczas gdy, mówiąc z angielska, "agenda" naszej debaty politycznej jest wzięta kompletnie z de.

Na świecie dzieją się naprawdę ważne rzeczy. Rysuje się na horyzoncie wojna handlowa między USA z jednej, a Chinami i Unią Europejską, Erdogan przebudowuje architekturę Bliskiego Wschodu, Niemcy krok po kroku oddają Europę Środkową pod gazowy dyktat Putina, rosną nowe potęgi, zdychają stare (wśród nich "Stara Unia", której chwyciliśmy się rękami i nogami, nawet nie myśląc o zrobieniu czegokolwiek, co by nie było przez nią podyktowane albo z nią skonsultowane). W kraju też można by pokazać sporo realnych problemów, strategicznych wyborów, przed którymi stoimy.

Reklama

A na czym się skupia polska debata publiczna? Co grzeją od miesięcy tefałeny, czym zajmują się najważniejsi politycy? Otóż zajmują naszą uwagę nagrodami i wzajemnym wyciąganiem sobie, ile kto kiedy zarobił, ile komu wypłacił, i dlaczego tak dużo. Albo, ile wylatał samolotem.

Dawno już oderwało się to od jakiegokolwiek sensu, przypomina raczej sposób, w jaki paparuchy z tabloidów polują na celebrytów, a jak ustrzelą którego teleobiektywem przez dwie szyby, że pije piwo, gazeta robi z tego okładkę "Iksie, nie chlaj tyle" albo "alkoholizm zabija Iksa". A jak ustrzelą polityka - to "Iks chla za nasze". 

PO dwa lata szukała jakiegoś tematu, którego podjęcie pozwoliłoby popsuć dobre notowania politycznym wrogom. "Łamią konstytucję", "rozmontowują praworządność", "zabierają internet", "wymazują Wałęsę z historii", "wyprowadzają z Europy", "wsadzają kobiety do więzienia" - wszystko na nic. Aż PO zaczęła wyliczać ministrom z PiS, ile zarabiają i ile wzięli nagród. I drgnęło!

Być może "drgnęło" z zupełnie innej przyczyny, która tylko przypadkowo zbiegła się z kampanią antyzarobkową - ale PO i jej rozrośnięty agit-prop uznał, że właśnie przez nagrody, i dalej grzać temat. Coraz bardziej populistycznie i głupio, z bilbordami "wziął/wzięła tyle a tyle" i "oddajcie kasę" czy sensacją, że bilety lotnicze pani Anders odpowiedzialnej za kontakty z rozsianą po świecie Polonią kosztowały państwo aż cztery razy więcej niż bilety posła Budki, który latał diabli wiedzą po co i gdzie, bo jak każdy poseł miał do tego prawo.

Jarosław Kaczyński widać w końcu także zgodził się z tą interpretacją sukcesu wrogów i nie dbając, że, jak to mawiała moja śp. mama "robi z gęby cholewę", bo jeszcze chwilę wcześniej sam mówił, że nagród trzeba bronić - przelicytował ich w populizmie, zapowiadając, że nie tylko politycy PiS mają zwrócić nagrody albo won z polityki, ale jeszcze, że obetnie zarobki posłom i samorządowcom. A niech mają - znaczy, właśnie niech nie mają - i spróbują teraz w Sejmie zagłosować przeciwko obcięciu swoich własnych diet, to już PiS i media państwowe zgrillują ich na skwarkę. Albo niech zaczną teraz skamleć, że politycy muszą godziwie zarabiać, bo jak nie zarabiają, to nie idą do polityki fachowcy i większa jest pokusa korupcji. Niektórzy zresztą zaczęli w tym duchu, ale inni z kolei płynnie weszli w kolejny obrót spirali absurdu. Zgłosimy poprawkę, żeby uposażenia poselskie ograniczyć do średniej krajowej - zapowiedział Michał "byłem wszędzie" Kamiński, od niedawna w sejmowym klubie PSL. A dlaczego nie trzy czwarte średniej? Albo połowę" A niech za darmo robią. Albo jeszcze niech sami nam płacą. A co?

To wszystko już było. "Należało nam się" byłej premier to jedno z takich zdań, których nie wolno politykowi powiedzieć właśnie dlatego, że są prawdą - jak "trzeba się było ubezpieczyć" innego byłego premiera, Cimoszewicza. Wczorajsze wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego przypomina, jak Tusk pajacował "oszczędzając" na rządowych samolotach i podróżując rejsowym samolotem (co zresztą wychodziło drożej) a Pawlak, rezygnując z wytwornych limuzyn i przesiadając się z całym swym gabinetem do polonezów (kto jeszcze pamięta?). Wszystko już było - tylko teraz jest bardziej. A potem pewnie będzie jeszcze bardziej.

Oczyma ducha widzę już ministrów i liderów opozycji demonstracyjnie obnoszących połatane chałaty i biorących wyborców na litość opowieścią, że wszystko oddali na Caritas albo Owsiaka, zależnie od opcji. I reporterów śledczych TVN, z triumfem i oburzeniem ogłaszających, że wytropili polityka PiS, który sobie dodał do kanapki majonez - i to nie polski, zagraniczny! A w odpowiedzi zdemaskowanie przez TVP Info polityka PO, że kupił wino aż za dwadzieścia złotych, zamiast zwykłego jabola. I licytowanie się w programach - mnie nie starcza do piętnastego! A mnie nawet do dziesiątego! A w wyborach hasło: kto weźmie mniej niż ja?

W tej orgii głupoty i dziadowania najsmutniejsze jest, że politycy wyobrażają sobie wyborcę jako kompletnego tłuka i idiotę, kierowanego najniższymi instynktami.

Ja wierzę głęboko, że się mylą. Że Polak nie jest wcale takim zawistnym kretynem, do jakiego kierują swe tanie gesty. Polak wcale nie uważa, że rząd powinien dziadować, pracować za darmo. Wkurzyło go nie to, że premier "wyciąga" na rękę - razem z tymi 5 tysiami miesięcznie premii, które sobie jednorazowo przyznała - mniej niż kierownik marketu, nie mówiąc już o niewysokiej rangi korpoludku; raczej to, że sama sobie przyznała "nagrody". Ale irytacja Polaka dotyczy nie tego, że politycy "biorą" pieniądze, tylko tego, że za te pieniądze marnie pracują.

A marnie pracują, bo jest ich za wielu. Za dużo ministerstw, za dużo w każdym z nich wiceministrów, za dużo urzędników, którzy nic nie robią, bo robią "gabinety polityczne", których w ogóle być nie powinno. Posłów też za dużo. Gdyby ktoś, zamiast odwoływać się, jak to czyni dziadowska opozycja, godna dziadowskiego państwa, do prymitywnej zawiści, że minister "wziął", potraktował Polaka poważnie i powiedział uczciwie: oni powinni zarabiać nawet trzy razy więcej, bo tyle się należy przy takim zakresie odpowiedzialności, ale powinno ich być pięć razy mniej, to idę o zakład, Polak by się z tym zgodził.

I gdyby w odpowiedzi na to dziadowanie Schetyny miał Komendant, zamiast go przelicytowywać, odwagę powiedzieć: klucz nie w obcinaniu diet i pensji, ale w reformie, czas ten cały system zmienić, na cholerę nam 460 posłów i 100 senatorów, kiedy tyle sami mają dziesięć razy od nas ludniejsze Stany Zjednoczone, na cholerę nam 120 ministrów i wiceministrów, kiedy w cywilizowanych krajach jest pięć, sześć razy mniej, na cholerę takie tłumy radnych, gdzie wystarczy, jak gdzie indziej, kilku? - Polak by przyklasnął. Nikt nie chce mieć dziadowskiego państwa, ani ministrów pajacujących, że chodzą czwarty rok w tych samych spodniach i obiecujących, że na następny szczyt Unii Europejskiej polecą Rayanairem, albo pojadą autostopem. Polacy chcą, żeby to państwo było skuteczne. Żeby ci ludzie "na górze" pracowali z odczuwalną dla rządzonych poprawą. I dlatego wkurzają ich "nagrody" czy poselskie przywileje - nie dlatego, że to takie wielkie pieniądze, bo byle dyrektor zarabia więcej, ale dlatego, że to pieniądze za marną, zdaniem Polaków pracę, za pracę nieskuteczną.

Ale, jak mawiał stary Rzecki, "co tam marzyć o tem". Jeśli chodzi o tzw. konstruktywne propozycje, to opozycja nie ma żadnych, a władza - też nie ma żadnych. Oni są od zapasów w błocie - a że państwo gnije, ojtam, ojtam, jeszcze jakiś czas nam się na głowy nie zawali!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje