Polityka polska a.d. 2017 w jednej prostej lekcji

Kiedy "opozycja totalna" zapewnia swoich zwolenników, że najważniejsze jest dla niej, żeby odsunąć PiS od władzy, okłamuje ich. Nawet w tym, a może – zwłaszcza w tym. Opozycja totalna chce nie tego, żeby PiS stracił władzę, ale tego, żeby ona tę władzę odzyskała. Nikt inny, tylko ci sami, którzy ją dwa lata temu stracili, haniebnie i głupio przegrywając podwójne wybory.

Różnica subtelna, bo oczywiście, żeby ludzie z poprzedniego układu odzyskali wpływy, musiałby je najpierw utracić PiS - ale jednak różnica. Z punktu widzenia polityków PO, Nowoczesnej i SLD, taka opcja, że PiS by został odsunięty i zastąpiony przez kogokolwiek innego niż oni, to żadna opcja. Na tym im absolutnie nie zależy. I nie tylko, jak się to najprawdopodobniej stanie, kiedy rządy po PiS przejmie ruch będący od niego "jeszcze bardziej na prawo", ze znaczącym udziałem stowarzyszenia endecja.pl, ale także w hipotetycznym wariancie, w którym następne wybory wygrać by miała jakaś partia odwołująca się do tego samego "liberalnego centrum", które w najlepszych czasach układu pomagdalenkowego dawało stabilną większość Kwaśniewskiemu i Millerowi, a po nich Tuskowi. (Przepraszam za te ciągłe cudzysłowy, ale pojęcia "prawica", "lewica", "liberalizm" etc. są w Polsce stosowane tak dziwnie i w tak naciąganych znaczeniach, że muszę ich umowność stale podkreślać).

Reklama

Oczywiście, PiS jest dla Platformy i jej przystawek wrogiem, ale jeszcze większym wrogiem jest ta hipotetyczna partia centrolewicowa, odwołująca się do mniej więcej tego samego elektoratu. To nic, że jej nie ma. Nawet nie istniejąc stanowi zagrożenie, przed którym nigdy nie dość się zabezpieczać, bo jeśli się tego zaniedba - to bach, ni z tego, ni z owego wyskoczy na pierwszego, a wtedy żegnajcie poselskie biura, posadki, wychodzone latami dile i wygodne lokalne układy.

Oczywiście, to, co dzieje się dziś w obozie przegranym, jest dokładnym powtórzeniem tego, co działo się w obozie aktualnie wygranym, wtedy kiedy to on był przegrany. Jest to realizacja jednego z praw Ziemkiewicza, które ogłaszałem już dość dawno: że, mianowicie, politycy potrafią uczyć się od siebie nawzajem, ale tylko rzeczy złych. Schetyna i Petru okazują się dziś wiernymi uczniami Kaczyńskiego, a Jarosław Kurski czy Jerzy Baczyński - Tomasza Sakiewicza i braci Karnowskich.

Co bowiem pozwoliło Jarosławowi Kaczyńskiemu przetrwać osiem lat w opozycji, znieść bez szkody przegranie różnych wyborów bodaj osiem razy z rzędu, i mimo to wrócić? Po 2007 roku nie tylko niżej podpisany ogłaszał, że Jarosław Kaczyński jest już skończony - gdyby ktoś wtedy powiedział w wieszczym natchnieniu, że za dziesięć lat będzie miał większość w obu izbach parlamentu i swojego prezydenta, wyśmiano by go. A jednak. Więc - jak tego dokonał?

Po pierwsze - przez szereg lat skupiał się przede wszystkim na partii. Na tym, by mu w niej nie wyrósł żaden konkurent, by nie zagroził jej żaden rozłam, by żadne inne ugrupowanie nie wcisnęło się pomiędzy nią a prawą ścianę, a w każdym razie, by nie zdołało tam urosnąć.

Zasada "pomiędzy wyborami idziemy do ściany, o centrum zawalczymy w trakcie kampanii", jest pierwszą nauką, jaką odebrali od prezesa PiS jego przeciwnicy. Ludzi, którzy nie chcą u władzy PiS, można z grubsza podzielić na dwie grupy. Tych, którzy po prostu PiS nie popierają, bo im się on nie podoba - i tych, którzy mają na jego punkcie totalnie i centralnie nakukane. "Opozycja totalna" i jej media całkowicie skupiły się na pracy z tymi drugimi. Stąd licytowanie się w histerii, stąd postawienie w centrum całego przekazu personalnej nienawiści do Jarosława Kaczyńskiego, a w działaniu skupienie się na blokowaniu mu dostępu do grobu brata, zakrzykiwaniu jego przemówień, rozsiadania się na drodze "miesięcznic" i tego rodzaju złośliwym gówniarstwie.

Najlepszym spoiwem "żelaznego elektoratu", przekształcającym go w fanatyczną sektę, jest histeria. Siłą PiS w opozycji było przedstawienie tragedii w Smoleńsku jako zamachu i rozbuchanie emocji związanych z potrzebą ujawnienia prawdy i wymierzenia sprawiedliwości. Ale radykalizacja, jak pamięta każdy, kto uważnie obserwował, zaczęła się na długo przed tą tragedią - PiS zdelegitymizował rządy PO-PSL jako zagrażające polskiej niepodległości, a nawet dość szybko ogłosił, że Polska już niepodległość straciła, a jej demokratycznie wybrane władze są tylko zarządem powierniczym okupowanego przez sąsiadów "kondominium", czego zwięzłym wyrazem był popularny w tych środowiskach mem, na którym Angela Merkel mówi do Władimira Putina: "Wasz prezydent, nasz premier".

Czym w obozie "niepodległościowym" niepodległość, tym w obozie "demokratycznym" demokracja. Aby powtórzyć sukces Kaczyńskiego, musiał ten drugi ogłosić, że z kolei rządy Kaczyńskiego pozbawiły nas wolności i praw człowieka. Rzekome "łamanie konstytucji", wbijane do głowy plemieniu antypisowskiemu jako "oczywista oczywistość", nie tylko oparte jest na równie słabych przesłankach, jak teza o zamachu w Smoleńsku, ale też zostało wymyślone dokładnie w tym samym celu. Skoro orzeczono, że Kaczyński pozbawił nas wolności, "jest tak, jak w stanie wojennym", "jak za Gomułki", nawet wprost jak za Stalina i Hitlera, to zawieszeniu ulegają wszelkie sprawy i rozliczenia. Jest wielki imperatyw moralny: odzyskać wolność! Wrócić do Europy! I nie pyskować, nie siać defetyzmu, nie podawać w wątpliwość. "Na wojnie nie zakłada się klubów dyskusyjnych!" - to akurat powiedział swego czasu jeden z liderów PiS, ale czyż nie podpisałby się pod tymi słowami dziś dowolny polityk albo redaktor PO w "Newsweeku" czy w "Loży Prasowej"?

Dla obozu dzisiejszej "opozycji totalnej" utrzymanie pod tym kotłem maksymalnego ciśnienia jest sprawą trudniejszą, niż dla poprzedników. Pod pewnymi względami jest jej bowiem dużo bardziej pod górkę, niż było PiS-owi nawet w czasach, gdy powrót tej formacji do władzy wydawał się bajką o żelaznym wilku. O ile bowiem "nadużycia władzy" za czasów wspólnych rządów z Lepperem i Giertychem czy inne tam "duszne atmosfery" były - by przypomnieć określenie Bronisława Geremka - "faktami prasowymi", insynuacjami i zmyśleniami, to PO ma po swoich rządach naprawdę sporo za uszami. Nie da się w żaden sposób zaprzeczyć, że co piąty litr paliwa był w tym czasie lany do baków przez mafię i "alchemików" korzystających z tajemniczej ochrony przed celnikami i urzędami skarbowymi, że na karuzelach VAT bezkarnie i z co najmniej cichym przyzwoleniem rządu rozkradano miliardy, że kolejne miliardy skradła mafia adwokacko-sędziowska w ramach lipnej "reprywatyzacji" - będzie tego wychodzić coraz więcej. Oczywiście krzykiem o łamaniu konstytucji i budzeniem nienawiści do miesięcznic smoleńskich udaje się obalonemu układowi uodpornić na te fakty jakąś część swego elektoratu, ale ta grupa będzie maleć. Generalnie, diagnoza, z którą PiS wygrał wybory - państwo rządzone przez PO-PSL nie wypełniało swych zadań i nie opiekowało się Polakami, bo władza pozwalała na jego rozkradanie - okazała się słuszna, i rozdymanie do rangi wielkich, historycznych klęsk "san escobara", żółtej garsonki, córki leśniczego czy tego, jak się o nas wyraził jakiś tam zagraniczny bubek, niewiele może na to zaradzić.

Jest też drugi powód, dla którego PO i michnikowszczyznie trudniej utrzymać spójność swego obozu. Na politykach PiS można było wiele przysłowiowych psów powiesić, ale tych cnót, którymi się legitymizowali w oczach swoich wyznawców, czyli religijności i patriotyzmu, odmówić się im nie dawało. Tymczasem post-inteligencka poza okrągłostołowego salonu kazała mu sięgać po legitymizowanie się "przyzwoitością" - a tu akurat jest dramatycznie słaby. Afery i aferki poprzednich rządów to jedno, ale przecież autorytety tego obozu to kolekcja żenujących cwaniaczków, strojących się w piórka moralistów i nadymających, a jeden w drugiego, przepraszam za słowo, po prostu gówniarzy. Jeden alimenciarz, drugi kapuś, jeden wyłudzał "ekwiwalent" za de facto wykorzystane, ale nie wpisane do papierów urlopy, drugi mając dwadzieścia nieruchomości i siedząc na kasie procesował się z własną córką o zwrot wypłaconych jej przed laty alimentów, trzeci doił zasiłek na żonę, wpisując w papiery, że nie pracuje, choć pracowała, a w amerykańskiej szkole podał fałszywe dane o własnych zarobkach, żeby i od nich wziąć parę dolarów - a jeszcze jak zaczęli się do niego dobierać, podniósł krzyk, że to antysemici go prześladują za pochodzenie. Nawet ci, którzy osobiście niczego zawstydzającego się nie dopuścili, stracili cnotę żyrując oczywiste kłamstwa "Bolka" czy tolerując w swym gronie alfonsa handlującego kobietami. W przeciwieństwie do czasów świetności układu z Magdalenki, dziś jego siła imponowania jest ujemna, dawna "elita" kojarzy nie z haj-lajfem, ale raczej z rozsiadającymi się na ulicy oszołomami próbującymi wmówić światu, że cackając się z nimi jak ze śmierdzącym jajem i nosząc na rękach policja o Boże jak strasznie ich prześladuje.

To wszystko sprawia, że skłonność obecnej "opozycji totalnej" do radykalizmu ocierającego się o groteskę i często przekraczającego granice śmieszności, jest większa, niż w analogicznym czasie w obozie PiS. Sprawia też, iż łatwiej po "peowskiej" stronie barykady o heretyków, którzy z różnych pozycji, czy to skrajnie lewicowych, czy merytorycznie pojmowanego demoliberalizmu, odrzucają dyktat antypisowskiej histerii, postulując politykę inną, której głównym imperatywem nie będzie obrona umoczonych polityków, brudnych układów i zblatowanych od ćwierć wieku sitw. Wyznawcy PiS swoich heretyków zwalczali swego czasu jako "rozkraczonych", czy, nieco uprzejmiej "próbujących siedzieć okrakiem na barykadzie". Obecna opozycja nazwała ich w politgramocie publicystów "Polityki" "symetrystami". Kto nie śledzi tych spraw uważnie, może nie wiedzieć, że "błędy symetryzmu" zwalczane są obecnie przez heroldów antypisizmu z podobną zajadłością i zadęciem, jak za głębokiej komuny wydział ideologiczny KC zwalczał na kolejnych etapach jedynie słusznej drogi "błędy luksemburgizmu" czy inne "odchylenia prawicowo-nacjonalistyczne". Ale też, co wiele mówi, środowiska odbiegające średnią wieku od KOD o jakieś trzydzieści lat w dół okazują się już na te pohukiwania specjalistów od prawomyślności (czy raczej chyba, w tym kontekście, właśnie "lewomyślności") odporne i z zapałem, a co ważniejsze, dużą dozą zdrowego rozsądku, swego "symetryzmu" bronią.

Patrzę na nich z sympatią, choć do wszelkiej lewicy mi daleko, bo w przeciwieństwie do pisowców (tak, wiem, że dla wielu to ja jestem pisowiec - ale akurat dla pisowców nie) odporny jestem na złudzenie, że ta część Polski, która do kościoła nie chodzi, polskości w sobie nie ceni, a na patriotycznych uroczystościach zbiera się jej raczej na śmiech, niż na wzruszenia, zniknie albo nawróci się na rymkiewiczowski romantyzm. Nie dość, że nie zniknie, to nadal będzie wpływać na polskie życie publiczne. Chwilowo akurat nie ma w nim za bardzo reprezentantów, tylko musi - jak przez wiele lat było to ze stronnikami prawicy - zaciskając zęby głosować w imię mniejszego zła na osobników, których głupotę, nieudacznictwo i oszołomstwo sama doskonale widzi. Ale czy tak będzie zawsze? Życząc dobrze obecnej władzy, powinienem chcieć, by tak pozostało. Życząc lepiej Polsce jako takiej, kibicuję jednak, aby jakaś sensowna siła wyrażająca aspiracje, wrażliwość i potrzeby tej części Polaków z którymi mi zupełnie nie po drodze jednak wreszcie powstała, i to jak najszybciej. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy