Polityka symboliczna

Nowelizacja ustawy o IPN to kolejna już polityczna akcja, przebiegająca według arcypolskiego schematu: najpierw się nadymamy, potrząsamy piąstką i odgrażamy, że z tego, co się słusznie należy, "nikt nam nie weźmie nic", że "nie oddamy ani guzika" - a potem, w zderzeniu z twardą rzeczywistością, tracimy nie tylko wszystkie guziki, ale i całe gacie na dokładkę. Bezpośrednio po niespodziewanym ataku polityków izraelskich, PiS demonstracyjnie, ekspresowo przegłosował zakwestionowaną ustawę w Senacie, a Prezydent równie szybko ją podpisał - po czym, upoiwszy się własną odwagą i zarazem przestraszywszy jej skutków, jak nagle otrzeźwiały pijak albo dziecko, do którego dopiero poniewczasie dotarła świadomość konsekwencji okazanego uporu, zaczął się PiS z wcześniej manifestowanej stanowczości wycofywać rakiem.

Na dodatek w sposób nieskoordynowany. Jeden minister oznajmił, że ustawa do czasu decyzji Trybunału będzie "zamrożona", inny, że będzie działać, ale tylko teoretycznie, bo nie zdąży, zanim ją Trybunał unieważni, kolejny, że spoko, bo między nami mówiąc nowe prawo jest przecież tak koślawe i dziurawe, że i tak nikomu krzywdy zrobić nie może choćbyśmy chcieli - a jeszcze inny zapowiedział, że podlegli mu prokuratorzy specjalnie będą ścigać tak, żeby nikogo nie doścignąć. Na dodatek część z tego rzucono gdzieś w kuluarach, dając kolejny dowód rozpaczliwej amatorszczyzny polityków, którzy wciąż nie potrafią zrozumieć różnicy między polityką a prywatnymi kontaktami, na dodatek kultywowanymi w bezpodstawnym przekonaniu, że wszyscy dookoła są ludźmi przyzwoitymi i szczerze kierują się tym, co deklarują.

Ukoronowaniem tej strusiej ofensywy chowania głowy w piasek (z czym nieodłącznie wiąże się wypinanie wiadomo czego) jest triumfalna pielgrzymka przebłagalna polskiej delegacji do Izraela, aby ustalić tam w końcu, co ma w kwestii nieszczęsnej ustawy orzec nasz niezależny Trybunał, i jak ją sobie Izrael i inne środowiska, na które tupnęliśmy, życzą, żeby ostatecznie brzmiała albo i nie brzmiała.

Reklama

Głupszej akcji, doprawdy, nie umiem sobie wyobrazić. Ale żeby ujrzeć ją w całym należnym absurdzie i obciachu, trzeba zacząć "od pieca" i przede wszystkim uświadomić sobie, że cała ta wojna i kompromitacja, jaką przyniosła, stoczona została w ogóle dokładnie o nic, o przysłowiową pietruszkę - a mówiąc ściślej, o pic, pozór i nic nie znaczący gest.

Albowiem nowelizacja ustawy o IPN - tuszę, że jej autorzy nie są tak głupi, by sobie z tego nie zdawali sprawy - od samego początku miała być wyłącznie "faktem prasowym". Władza zauważyła, że duża część społeczeństwa, i to właśnie jej żelazny elektorat, przeżywa głęboko ciągłe poniżanie Polski przez zachodnie media, a szczególnie przez organizacje żydowskie, realizujące zapowiedź Israela Singera, iż póki Polska nie zapłaci żądanych haraczy, będzie na arenie międzynarodowej atakowana i upokarzana. Postanowiła więc stworzyć na użytek swych wyborców pozór, że "coś robi". Nie, żeby naprawdę coś w tej sprawie zrobić, ale właśnie - stworzyć pozór.

Gdyby ktoś chciał realnie, naprawdę sytuację poprawić, mniej więcej wiadomo, jaki jest na to sposób, i że innego nie ma. Trzeba znaleźć pieniądze i stworzyć struktury, by występować do sądu z roszczeniami cywilnymi w konkretnych krajach, gdzie kolportowane są konkretne kłamstwa z gatunku "Polacy byli gorsi od Niemców". Względnie, by wspierać takie sprawy, wytaczane przez miejscowych polonusów. To nie jest łatwe zadanie, ale wykonalne. Trzeba by w takiej na przykład Ameryce nająć drogą kancelarię prawną, zdolną doprowadzić sztuczkami prawnymi do tego, by rozprawę prowadził sędzia Azjata albo Hindus, a w ławie przysięgłych żeby dominowali niechętni Żydom kolorowi - ale byłoby warto. Gdyby taka na przykład Associated Press, wyspecjalizowana w kolportowaniu antypolskich oszczerstw, raz solidnie beknęłą za depeszę o "sześćdziesięciu tysiącach nazistów maszerujących przez Warszawę", albo jakiś "New York Times" za "polskie obozy zagłady", to problem skończyłby się jak nożem uciął.

No, ale właśnie - jak już napisałem, nie byłoby to łatwe. O ileż łatwiej napisać na karteluszku, że kto obraża naród polski, tego wsadzimy do więzienia, przegłosować to, skoro ma się większość, i osiąść na laurach. A że nic z tego nie wynika, bo przecież pozywanie przed polski sąd zachodnich mediów czy organizacji z góry musi się skończyć niczym? "Nie o to chodzi, by złowić króliczka", jak pisała przed laty śp. Agnieszka Osiecka.

Żeby nowelizacja była jeszcze bardziej picem, przypomniawszy sobie, że raz już podobny zapis próbowano wprowadzić w roku 2009 (wtedy do Kodeksu Karnego) i Trybunał Konstytucyjny unieważnił go na wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich, który zwrócił uwagę na zagrożenie ze strony nowego prawa dla wolności słowa, tym razem od razu zaznaczono, że mniemane zniewagi narodu (czyli kogo? - wszyscy wiemy "na czuja", ale w prawie żadnej definicji narodu, a więc i narodowej zniewagi, nie ma) nie będą ścigane, jeśli dokonano ich w ramach działalności naukowej bądź artystycznej, a bodaj jeszcze i dziennikarskiej. Czyli - co miało być penalizowane? Bazgrolenie po ścianach dworcowego szaletu? Bo chyba nic więcej. Jeśli, jak przyznał minister, na podstawie nowego prawa nie można by postawić zarzutu nawet Janowi Tomaszowi Grossowi, to komu by można?

Trudno dziwić się bezbrzeżnemu zdumieniu PiS-u, że ten nic nie znaczący świstek, czysty pic na użytek "ciemnego ludu", został tak wściekle zaatakowany przez rząd Izraela, a na tę komendę - przez rozmaitych wrogów Polski. Nikt się tego w Polsce nie spodziewał, opozycja zresztą też, gdyby przyszło je to do głowy, nie robiłaby z siebie po raz kolejny idiotów, wstrzymując się od głosu i tym samym wysyłając do wyborców sygnał: "ustawa jest słuszna, ale nie poprzemy jej, bo pisowska". To zdumienie - że ale co wy, o co chodzi, przecież my tak nie naprawdę, przecież widzicie, że ta ustawa to tylko tak, na rynek krajowy - widać zresztą było w kolejnych reakcjach.

A co się teraz dziwią? W polityce "niet sientimentaw". Jak bezmyślnie nadstawiasz de, to się nie dziw, że ktoś skorzystał  z okazji, by w nią kopnąć, skoro miał interes. A Benjamin Netanjahu, zagrożony śledztwem korupcyjnym i choćby tylko z tej racji potrzebującym jakiegoś "wag the dog", akurat miał, próbujący skorzystać na jego kłopotach Yair Lapid też miał, już nie wspominając o nowojorskiej centrali "holocaust industry" czy Putinie, inspirującym różne parszywe fundacje i medialnych agentów wpływu także wśród Żydów, bo niby czemu oni jedynie akurat mieliby się na liście płac FSB nie znaleźć.

Pytanie, czy nas to czegoś nauczy, uważam za retoryczne - skoro nie nauczyła nas niczego nawet lekcja września 1939 i II Wojny Światowej (nieustająco polecam moje "Jakie Piękne Samobójstwo")... "Co tam zresztą marzyć o tem". Im bardziej nie idzie "dobrej zmianie" tam, gdzie do czynienia ma z twardymi przeciwnikami - z "banksterami" i oszustami frankowymi, z koncernami nadal masowo wyprowadzającymi kasę spod polskiego opodatkowania, z gigantami medialnymi, śmiejącymi się w kułak z pogróżek "repolonizacji mediów", czy nawet z niereformowalną strukturą mediów państwowych - tym chętniej szuka PiS rekompensaty i poprawy wizerunku w triumfach polityki symbolicznej. Oto już na tapecie mamy kolejny jej wykwit: ustawę degradacyjną. Zamiast Jaruzelskiego czy Kiszczaka, gdy był na to czas, osądzić, Polska łupnie symboliczną degradacją po całości. Rzeczywiście, wielki sukces. Ja bym na tym nie poprzestawał. Dobrze by było jeszcze specjalną ustawą uznać, że Gomułka ani Gierek nigdy nie byli pierwszymi sekretarzami PZPR, a nawet w ogóle ich wyrzucić z partii (jeśli z niej nie byli wyrzuceni - a jeśli byli, to może na złość PZPR ich do niej przywrócić). Dobre? Pewnie, a mam i więcej pomysłów, nawet jeszcze lepszych, więc jeśli ktoś z władz chciałby porady, niech do mnie napisze na priwie.

Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje