​Polska na grillu

Nikt nie da ci takich dowodów uznania, jak wrogowie - złorzeczenia, obelżywe poryki i inne wyrazy ze strony nienawiści ludzi podłych to dla uszu mężczyzny zawsze piękna muzyka. Ale, muszę powiedzieć, takiej pochwalnej arii, jak atak na prezydenta Dudę za to, że się nie odciął od mojego tłitu o "paru chciwych parchach", którzy zniszczyli próby pojednania polsko-żydowskiego, jeszcze nie słyszałem. Ha, państwu się wydaje, że Ziemkiewicz, który pisze te tutaj felietony to ot, jakiś, jeden z wielu, dziennikarzyna? Otóż nie! Ziemkiewicz to taki przekozacki gościu, że jak pojedzie z bluzgiem na społecznościówce, to sam Prezydent RP ma obowiązek się do tego jakoś ustosunkować.

I nie jest to opinia odosobniona. "Polish president must react!", zażądał anonimowy administrator tłiterowego konta "American Jewish Committee Central Europe". Nie zareagował jednak, i ten fakt stał się powodem, dla którego Henryk Szlajfer - nie byle kto, proszę wyguglać - odmówił pojawienia się na oficjalnych obchodach rocznicy powstania w warszawskim getcie. W ślad za nim apel do prezydenta Dudy powtórzył redaktor Kraśko w radiu Tok FM, a dzień później goszczący w tymże radiu dyrektor muzeum Polin, Dariusz Stola. Sens tego wszystkiego był mniej więcej taki, że Polska "stacza się w antysemityzm", jakiego "nie było od czasu Gomułki", a nawet gorszy, bo prezydent nie zareagował na to, że Ziemkiewicz obraził na twitterze... nie, oczywiście nie "Żydów", jak cynicznie kłamią wyżej wymienieni, tylko kilku konkretnych drani, wskazując konkretne zło, jakie wyrządzili.

Reklama

Raj Żydów, "paradis judaeorum" - czy ktokolwiek może zaprzeczyć, że Polska nadal zasługuje na to zaszczytne miano? W przodującej w postępie i tolerancji zachodniej Europie antysemickie ekscesy i napaści liczy się rocznie w tysiącach, synagogi, kirkuty i instytucje żydowskie pilnowane muszą być non stop przez gęste kordony policji (w Niemczech pono regulamin nakazuje, by każdy pilnujący bożnicy policjant stale widział dwóch innych) a rabini apelują, by Żydzi wychodząc na ulicę starali się nie wyglądać na Żydów. Właśnie kilka dni temu młody Berlińczyk, przepełniony lewicowymi ideałami, by pokazać światu, że te obawy są przesadzone, założył na głowę żydowską kipę, wyszedł na ulicę - i mimo że wybrał na eksperyment dzielnicę uchodzącą za jedną z lepszych, został natychmiast obity. I nikt, nie tylko Frank Steinmeier czy Angela Merkel, ale nawet lokalny radny się od bijących domniemanego Żyda nie odciął, bo mogłoby to zostać uznane za akt islamofobii i wrogości wobec ubogacających Europę "uchodźców". ("Przez półtora roku ani razu nie wiedziałem tu człowieka w kipie", napisał niemiecki korespondent TVP - ja, mieszkając na terenie historycznego warszawskiego getta, widuję ich codziennie i przez szesnaście lat nie słyszałem, by któremuś czyniono jakieś wstręty.)

A tu, w Polsce, mimo tylu wysiłków wkładanych przez izraelskich polityków i wpływowe media w to, żeby Polakom Żydów obrzydzić i sprowokować erupcję jakichś poważniejszych antysemickich emocji, mimo tylu prowokacyjnych insynuacji o "polskim współudziale w Zagładzie" - nic. Nawet najstraszliwsi "faszyści" z ONR zamiast, jak tego oczekują ci, którzy ich tak mianowali, bić, podpalać i wybijać szyby, wyrażają swój "faszyzm" w tym, że śpiewają godzinki na Jasnej Górze. I to jest dla niektórych naprawdę straszne, bo jak tak dalej będzie, to w końcu jakiś Rudeman, Lauder czy kto tam sponsoruje tę kampanię przypisywania Polsce winy za holocaust zapyta takiego dyrektora Stolę, czy pana Pankowskiego, czy Bilewicza: no gdzie do cholery ten polski antysemityzm, za co wy bierzecie pieniądze?!

Jak na razie więc, za najstraszniejszy antysemityzm musi robić mój tłit, no i to, że prezydent Duda śmiał się od niego nie odciąć. Do niedawna była jeszcze Magdalena Ogórek - jej tłit zrobił dyrektor Stola drugim obok mojego "dowodem", że Polska "stacza się w faszyzm", a marzec 1968 wciąż trwa. Ale Magda posłała mu prywatny akt oskarżenia z artykułu 212 k.k., przewidującego dość bolesne sankcje (ja tego nie zrobię, bo wielokrotnie ten artykuł, rodem ze stanu wojennego, krytykowałem), i dyrektor Stola od razu zrobił się dla niej grzeczniutki, uderzając w przymilne tony, że ona nie jest taka zła, jak ten Ziemkiewicz, jej to się tylko raz wypsnęło, no, słowem, pani Magdo, chyba się pani nie gniewa, jakoś się dogadamy...

Wcale mnie to nie dziwi. Dariusz Stola dał się już poznać jako obrzydliwie śliska kreatura, gdy osiem lat temu wymieniano go jako kandydata na posadę szefa, a przynajmniej członka kolegium IPN. Ku nieskrywanej radości ówczesnej władzy wystąpił wtedy z nagonką na autorów książki "Lech Wałęsa a SB" (przypomnę - książki, której nikt nigdy nie postawił żadnego merytorycznego zarzutu, a wszystkie jej ustalenia, oparte na solidnej bazie źródłowej, zostały potwierdzone dowodami w chwili jej pisania jeszcze nieznanymi), a szczególnie na Piotra Gontarczyka, któremu odmówił kwalifikacji, prawa do wykonywania zawodu, znieważył go publicznie i zażądał wyrzucenia z IPN.

Gontarczyk załatwił wtedy Stolę mistrzowsko na łamach "Rzeczypospolitej", zestawiając jego atak na siebie z zaczerpniętym z książki samego Stoli passusem o "gnidach", które podłączały się z donosami, obelgami i oszczerstwami do zarządzonej odgórnie kampanii "antysyjonistycznej" w 1968 roku, aby wkręcić się na posady zwalniane przez wyszczutych z kraju Żydów. Stola nawet wydawał się swoim świństwem zawstydzony, a gdy z posady w IPN nic nie wyszło, przepraszał i omalże łasił się do Gontarczyka, prosząc, by kompromitujący go artykuł usunął ze stron internetowych "Rzeczpospolitej". O to samo zabiegał w gazecie - i po zmianie właściciela najwyraźniej mu się udało, bo teksty dotyczące tej żenującej sprawy zniknęły. Co za pech, że są jeszcze czytelnie czasopism i archiwalne roczniki w papierze.

Taki to człowiek biega dziś od jednego radia do drugiego i wykorzystuje okazje takie, jak rocznica Marca 1968 czy Powstania w Getcie Warszawskim, by uporczywie powtarzać kłamstwo, jakoby moje "parchy" (Bogiem a prawdą, bardziej to przecież stylizacja na polszczyznę Sienkiewicza i Prusa niż wulgaryzm) odnosiły się nie do paru konkretnych cwaniaków i politykierów, ale do Żydów jako takich, jako narodu, wyznania i grupy etnicznej, a przez fakt nieodcięcia się od nich prezydenta, stanowiły coś na kształt ideologii państwowej, analogicznej do kampanii "antysyjonistycznej" Gomułki i Moczara. I zbrojny w to kłamstwo, tak jak ongiś szczuł na Gontarczyka, tak teraz domaga się wyrzucenia mnie z redakcji "Do Rzeczy", ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, i odcinania się ode mnie wszystkich możliwych instytucji, z Głową Państwa na czele. "Autor tych słów (o tych "parchach", znaczy) chodzi dumny z siebie po ulicy i nic mu się nie stało - to hańba dla całej Polski!", ogłasza w zaprzyjaźnionym radiu "Agory".

Pobrzmiewa to wręcz tzw. groźbą karalną - co niby zdaniem oślizłego Stoli powinno mi się stać, żebym nie mógł chodzić po polskiej ulicy? Może szykuje się coś, o czym nie wiem? Nieco wcześniej Michał Bilewicz, ten od "antysemityzmu wtórnego", gorliwie wspierający Stolę w prowokowaniu w Polsce antysemityzmu, pisał, bardzo w duchu "Ojca chrzestnego", że gdy myśli o przyszłości mojej i innych "wrogów Izraela", to mi tak bardzo współczuje...

Swoją drogą, Billewicz to też ciekawy przypadek oślizłości. Jeszcze pięć lat temu, kiedy budżetowy "cash flow" miał nieco inne kierunki, pisał w antyizraelskiej "Krytyce Politycznej" o ludziach mających "w drzewie genealogicznym" "brudnego, nieogolonego chasyda", z którym "wciąż nie potrafimy się uporać". Proszę sobie wyobrazić, co z tych słów można by było zrobić, gdyby Billewicz był aktualnie przypadkiem nie w tej samej co Stola jedynie słusznej sitwie, tylko po stronie niesłusznej? Autor haniebnych słów o ludziach "wciąż nie potrafiących się uporać z brudnym, nieogolonym chasydem w swym drzewie genealogicznym" chodzi sobie po ulicach, ba, dostaje od państwa dwa miliony złotych grantu na z dala trącące szarlatanerią "badania", i nic mu się nie dzieje, nie wyrzucają go z pracy, nie odcina się od niego prezydent Polski, ani Izraela, ani Rada Bezpieczeństwa ONZ?!

Moi wierni czytelnicy, zaglądający tu od lat (dziękuję, także tym, którzy robią to z niechęci do mnie albo służbowo) wiedzą, że nie mam we zwyczaju zajmować ich uwagi własnymi porachunkami, jeśli nie są one przypadkiem częścią jakiejś ważnej sprawy. I tak jest tym razem. Bo w końcu, dlaczego dyrektor Muzeum Polin dostał nagle jazdy na Ziemkiewicza i lata z oszczerstwami na niego od radia do radia? Dlatego, że stara się wypełnić polityczne zamówienie bardzo wpływowych kół, które oczekują po podobnych mu osobnikach dostarczenia materiału do nagonki na Polskę. Parafrazując słowa klasyka, "Polska dziś na krzyżu", trzeba stwierdzić, że dziś Polska jest na grillu. Ułożyli ją na tym grillu żydowscy grandziarze, którzy niejednego już stuknęli na grube miliony, i teraz obiecują sobie wytopić potężny geld, pod pozorem "zadośćuczynienia za holocaust", także z nas.

Ich zamówienie jest takie: macie pokazać, ze obecne władze Polski są antysemickie, że w Polsce szaleje faszyzm, że Żydzi boją się tu przyjeżdżać, za to "dziesiątki tysięcy faszystów" maszerują po stolicy. Więc głowili się tutejsi "zawodowi Żydzi" ("»Żyd zawodowy« jest to postawa, której nie znoszę" - mówił Antoni Marianowicz, ocalony z warszawskiego getta) i tyle zdołali wymyślić, żeby wrobić w antysemityzm jakichś prominentnych pisowców, a w bycie prominentnymi pisowcami - Ziemkiewicza i Ogórek. "Czołowy publicysta obozu rządowego", jak nazwał mnie Henryk Szlajfer, obraził paru Żydów, a prezydent - nic!

Nie przypisuję sobie takiego znaczenia, by sugerować, że  chodzi tu o mnie. Ktoś uznał, iż świetnie pasuję do narracji. Już wcześniej niejaki Rafał Pankowski, też mocno oślizła postać, sporządził dla uniwersytetu w Tel Awiwie "listę polskich antysemitów", na której umieścił i mnie. Ale jako pretekstu użył bynajmniej nie owego obelżywego słowa, ale przypisania mi tezy, że Polska powinna w II wojnie światowej stanąć po stronie Hitlera przeciwko sowietom. Po pierwsze, nigdy tak nie twierdziłem (twierdziłem, że skoro już przez kilka lat de facto byliśmy sojusznikiem Hitlera, nie należało tego niewypowiedzianego sojuszu zrywać akurat w kwietniu 1939 - albo w ogóle trzeba było go nie zawierać; trochę co innego), po drugie, co to niby ma wspólnego z antysemityzmem? A potem chóralnym krzykiem media pozostające w dyspozycji grandziarzy usiłowały wmówić ludziom, że zdroworozsądkowe twierdzenie, iż niemieckie obozy zagłady były równie "polskie" jak "żydowskie" to "naśmiewanie się z holocaustu". A potem, że porównanie eksperymentów Volkswagena z gazowaniem spalinami małp z podobnymi eksperymentami SS sprzed 80 lat, to "żartowanie sobie z holocaustu". Bardzo naprawdę starają się znaleźć cokolwiek, do czego by mi można ten antysemityzm przyczepić!

Pomijając już wszystko inne: jeśli dowodem szczególnego polskiego antysemityzmu, zwłaszcza w porównaniu z gwałconą codziennie przez wahabitów zachodnią Europą, ma być fakt, że żyje tu taki Ziemkiewicz, chodzi po ulicach, tłituje, i prezydent dotąd się od niego nie odciął - to "przedsiębiorstwu holocaust", jak nazwał nowojorskich szantażystów Norman Finkelstein, można naprawdę tylko współczuć, jak kiepskie kadry zdołał tu znaleźć dla realizowania swoich szemranych interesów.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje