Polska na karuzeli

​Robert Gwiazdowski, znany szermierz wolnego rynku i ekspert, wyznał ostatnio w "Rzeczpospolitej", że w roku 2004 został z namowy Jana Rokity członkiem zespołu, który miał przygotować program przyszłych rządów dla Platformy Obywatelskiej. Nie zabawił tam długo, ot, tyle, ile było trzeba by się przekonać, że partia głoszone przez siebie hasła, powiedzmy to przez uszanowanie dla szczególnego dnia ładnie, traktuje instrumentalnie (kto jeszcze pamięta byłego eurokomisarza Lewandowskiego i jego wyjaśnienie "durnych spotów", że "to przecież była kampania wyborcza"?) - ale wystarczająco długo, żeby zapoznać się z projektem reformy sądownictwa, przygotowanym przez prof. Andrzeja Rzeplińskiego.

Jak twierdzi Gwiazdowski - relata refero - projekt ten bardzo przypominał, zwłaszcza w kwestii "upolitycznienia wyboru Krajowej Rady Sądownictwa" to, co dziś robi minister Ziobro i co aktualnie przyprawia polityków PO oraz ich propagandystów, zwanych ironicznie "autorytetami", o spazmy i histerię.

Reklama

Warto byłoby, żeby ktoś ten dawny projekt PO odgrzebał i zaprezentował - ja tam wierzę Gwiazdowskiemu na słowo, bo rzecz doskonale mieści się w logice funkcjonowania naszej sceny politycznej i tzw. dyskursu publicznego, całkowicie oderwanego od jakiegokolwiek sensu i konkretu. Minister Siemoniak z PO przygotowuje się do ograniczenia roli Polski w tzw. eurokorpusie, i nikt się temu nie sprzeciwia, bo wiadomo, że "eurokorpus" stał się pokraczną karykaturą pierwotnego pomysłu i szkoda marnować na to-to pieniędzy. Ale jak potem minister Macierewicz z PiS jego plany realizuje, to Siemoniak lata w amoku po antypisowskich mediach i bredzi o poleksicie, a wraz z nim cała Platforma wraz ze swoimi "przystawkami", ekspertami i  agitpropem. Albo, to przykład jeszcze śmieszniejszy, dajmy na to, rządząca PO zapowiada metropolizację wielkich miast, a opozycyjny PiS krytykuje te plany usilnie, dowodząc, że metropolie to samo zło, bo trzeba stawiać na rozwój równomierny, czyli dowartościowywać prowincję, a nie miasta. A po nieoczekiwanym rozjechaniu zakonnicy na pasach PiS nagle przeziera na oczy i ogłasza projekt przekształcenia Warszawy w metropolię, a PO też przegląda na oczy i rzuca się przeciwko metropolii warszawskiej rejtanem wrzeszcząc o faszyzmie.

O co w tym wszystkim chodzi? Oczywiście, jak wielokrotnie już pisałem, jest to najczystszy "nasizm". Wczorajszą władzę, a dzisiejszą opozycję "totalną" guzik obchodzi, że stan sędziowski stał się przez ćwierć wieku (jeśli nie był zawsze) skansenem patologii i degeneracji, rządzonym przez zdeprawowaną sitwę - ważne, że póki mamy KRS ustawiony przez osławionego "Janka" Burego i jemu podobnych, "nasi" trzymają na tym łapę, i nawet jakby u któregoś z "naszych" znalazło CBA złote sztaby, to ręka rękę wymyje, znaczy się, wybroni, czego wspomniany "Janek" najlepszym przykładem.

W zasadzie nic nowego i nie bardzo wiem, jak może ktoś tego nie rozumieć. Najwidoczniej moc wpływu emocjonalnego warunkowania intensywną propagandą, programowania neuro-lingwistycznego i tego rodzaju sztuczek na proste, nieodporne umysły jest większą niż chciałoby się sądzić. A może jest to tak, jak mówią księża egzorcyści o opętaniu - szatan, bezsilny wobec człowieka żyjącego pobożnie, opanowuje łatwo tego, kto się na niego nieopatrznie otworzy?

Ostatnio posłanka PO - sama wyraźnie nie rozumiejąc, co robi - upowszechniła w internecie nagranie, na którym jakiś nieszczęsny pomyleniec dostaje ataku furii w chwili przełączenia w telewizorze TVN 24 na TVP Info. Jeśli ktoś kiedyś nie widział egzorcyzmów, to ten filmik daje niezły ich przedsmak, brakuje tylko, żeby zapluwający się z wściekłości szaleniec pluł gwoździami i klął w kilkunastu językach. Trudno o bardziej przejmującą antyreklamę tefałenowskiego agit-propu i dobitniejsze pokazanie, jaką miazgę robi on z mózgu kogoś, kto dzień po dniu chłonie sączoną tam nienawiść i jad. Wystarczy potem pokazać takiemu znaczek "TVP" albo "PiS" i ciska się jak przysłowiowa wesz na grzebieniu albo jak diabeł pokropiony święconą wodą, skacze, pluje, bluzga - a zebrać cały tłumek takich przepranych i poszczuć, zrobią każdą najpodlejszą rzecz, jakiej "nasi" będą dla obrony swych interesów potrzebować.

Szczególna rzecz, że tym, jak nazywa sprawę psychiatria, "obłędem udzielonym" zarażają się też sami szuflujący emocjonalną propagandę. Strach sobie wyobrazić, co musi się dziać w głowie takiego Wojciecha Maziarskiego, który na starania "odnaszenia" sądów przez nową ekipę reaguje wezwaniami do majdanu, blokowania dróg, pociągów i Bóg jeden wie jakich jeszcze zadym, bo "wszystkie sposoby są dozwolone"? Od dawna mam problem, czy ludziom jego pokroju polecać psychiatrę, czy właśnie egzorcystę, ale tak czy owak, jakieś wsparcie naprawdę by się przydało, bo tylko patrzeć, jak to histeryczne szczucie i judzenie zaowocuje nowymi Niewiadomskimi i Cybami.

Zapewne, bez budzenia emocji nie ma polityki, i nie jest niczym nowym, że strona przegrywająca traci nad swymi emocjami kontrolę. Ale trudno mi przypomnieć sobie historyczną analogię dla tak dalece idącego oparcia całej polityki wyłącznie na kreowaniu nienawistnych emocji. Od czasów, które wspomniał cytowany na wstępie Gwiazdowski, do dziś, Platforma Obywatelska przeszła drogę jak z himalajskich szczytów na dno Rowu Mariańskiego. Kilkanaście lat temu, gdy była to partia Rokity, Płażyńskiego, Gilowskiej i paru innych zacnych osób, myślano w niej o tym, że Polskę trzeba zmienić i jakoś naprawić, a kto o tym nie myślał, to przynajmniej wiedział, że musi takie myślenie pozorować. Dziś zdeprawowanej do cna sitwie, którą pozostawił za sobą uciekający do Brukseli Tusk, już się niczego nie chce udawać. Co ma ona ludziom do powiedzenia? Grzegorz Schetyna i jego partyjni koledzy artykułują to zupełnie otwarcie: jak uda im się jeszcze kiedyś dorwać do władzy, to wszystko przywrócą do stanu sprzed rozjechania owej przysłowiowej już zakonnicy. Rozwiązane zostanie CBA, wszystkie śledztwa przerwane, prowadzący je śledczy ukarani, a dowody zniszczone. Zlikwidowany zostanie IPN, a wszystkie akta kapusiów, na czele z papierami arcykłamcy Wałęsy, pójdą z dymem. I wszyscy, wszyscy, których PiS pozbawił posad, jak obiecał w radiu RMF Tomasz Siemoniak, dostaną je z powrotem. Za to zemsta, jak obiecują w cotygodniowej politgramocie "Polityki" Wiesław Władyka i Mariusz Janicki, spadnie na "niezliczonych poputczików dobrej zmiany, urzędników wszystkich szczebli, menadżerów spółek, dyrektorów szkół, kuratorów, prokuratorów, sędziów, którzy ulegli i wielu innych".

Moja śp. babcia powiedziałaby pewnie o głoszących otwarcie ten plemienny program zemsty i restauracji - "chyba ich Pan Bóg opuścił". Eksponować tak otwarcie, że w zasadzie nie chodzi w tej "polityce" zupełnie o nic, niż tylko żeby na powrót zastąpić ichnich "Misiewiczów" swoimi? Może się to zdawać głupie, ale da się znaleźć w tym wyrachowanie. Na razie przecież PO nie zwraca się do szerokich rzesz wyborców, ale do wąskiej grupy najbardziej zajadłych - czytaj, najbardziej rządami konkurencyjnego plemienia poszkodowanych i zagrożonych. Na razie PO nie walczy z PiS, ale z Nowoczesną i lewicowym drobiazgiem o skupienie tej grupy wokół siebie. Do starcia z PiS dojdzie dopiero za dwa lata, a do tego czasu, kombinują pewnie politycy PO... wiadomo przecież, że, jak to ujął znany politolog, "wyborca ma pamięć złotej rybki".

Gdyby miał pamięć lepszą, to by wiedział, że - tak samo, jak było to poprzednio - nawet tych zapowiedzi PO, gdyby nie daj Boże miało okazać się jedyną alternatywą dla PiS, nie spełni. To znaczy, w części personalnej, owszem, chyba że jakiś pisowiec przesiądzie się do nich w porę jak kiedyś Sikorski, Pitera czy Borusewicz. Ale co do CBA, to wiadomo przecież, że dobrze swoim ludziom ufać, ale jeszcze lepiej nie musieć im ufać, tylko mieć na nich solidne haki - dlatego w końcu zarzuty przeciw Piniorowi czy Zdanowskiej przygotowywał jeszcze Wojtunik w czasach, gdy zakonnica hasała po pasach w zdrowiu i beztrosce. Takiego Wałęsę też lepiej mieć na sznurku, żeby nie bryknął, o pomniejszych nie wspominając. To jest tak jak z tym nieszczęsnym artykułem 212 kk., rodem ze stanu wojennego, ohydnym, putinowskim, ale tak przydatnym, że każda ekipa, która w opozycji przysięga dziennikarzom, że go zlikwiduje, jak już się dorwie, na śmierć o tej obietnicy zapomina - i w ogóle, co się tutaj dziennikarzyno upominasz, jak tu wojna trwa o Polskę/demokrację, o tam, patrz, tam są nie nasi, bierz ich! Albo jak, żeby oprócz bata pamiętać i marchewce, z prawem Ministra Finansów do umarzania wybranym osobom i firmom należności podatkowych. Czy jak z innymi tam zbiorami zastrzeżonymi w IPN - długo by wymieniać.

Karuzela, karuzela - i jak to na karuzeli, nic dziwnego, że się coraz bardziej chce rzygać.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy