Powstanie Warszawskie a Bitwa Warszawska

Nie taję, mam co roku problem z rocznicą Powstania Warszawskiego. Z jednej strony, trudno się nie cieszyć, gdy widzi człowiek te wielkie rzesze młodych ludzi chcących upamiętnić polską walkę o honor, godność i niepodległość Ojczyzny. Piszę o polskim życiu publicznym od lat, pamiętam dobrze czasy, gdy rząd dusz należał do szyderców, gdy władze Warszawy - z UW, SLD, później z PO - różnymi praktycznymi argumentami odpierały pomysł, by w dniu rocznicy upamiętniać "godzinę W" wyciem syren i zatrzymaniem na chwilę miejskiego ruchu, a wtórująca im "Wyborcza" wręcz pomysł ten wyszydzała jako rzekomy przejaw polskich kompleksów i zacofania.

Pamiętam jej artykuły o rzekomym mordowaniu przez Powstańców Żydów, wywody mędrków, że patriotyzm to takie samo zło i anachronizm jak rasizm, pamiętam jak Wojewódzki doznawał publicznie orgazmów nad słowami Peszkówny, że gdyby na Polskę znowu ktoś napadł, to ona nie zamierza schodzić do kanałów czy być sanitariuszką, tylko "po prostu spier...a z tego kraju". Cieszę się, to chyba oczywiste, że ten postępowy panświnizm, w którym michnikowszczyzna i tzw. elity III RP usiłowały wychować młode pokolenie Polaków, nie przyjął się i przegrał z wartościami.

Reklama

Z drugiej strony, moja radość byłaby większa, gdyby zamiast 1 sierpnia te tłumy wychodziły na ulice 15-go, świętować nie masakrę i rzeź Polaków, ale lanie, jakie spuścili oni potężnemu najeźdźcy, ratując nie tylko swoją świeżo odzyskaną niepodległość, ale także całą Europę. Gdyby zgromadzeni na Placu Teatralnym zamiast o dymie pożarów i mieczu siekącym nasz kraj, na który tylko jeden Bóg coś może porazić, śpiewali radośnie "lance do boju, szable w dłoń!" i wspominali, jak nasi dziadowie gonili bolszewicką hołotę, aż ta gubiła w ucieczce sapogi.

Uważam, że Lech Kaczyński popełnił kardynalny błąd, wyłom w rządach szyderców wykorzystując do budowy Muzeum Powstania Warszawskiego, a nie Muzeum Bitwy Warszawskiej i poświęconego jej Łuku Triumfalnego. Po prostu, decyzja podjęta została w odruchu upamiętnienia najpierw tego, co emocjonalnie bliższe, bez świadomości, że tworzy się nią politykę historyczną, która będzie miała długofalowe skutki. Serce zamiast rozumu - jak to zwykle na polskiej prawicy.

Niestety, pojemność ludzkiej pamięci i zdolność do emocji jest ograniczona - dobrze wiedzą o tym organizacje żydowskie i afroamerykańskie w USA, od lat toczące bezwzględną wojnę o to, co ma w powszechnej świadomości funkcjonować jako archetyp zbrodni wszech czasów, holocaust czy kolonializm i niewolnictwo (czarni na razie przegrywają, ale biologia jest po ich stronie). Nie ma miejsca na dwa muzea, dwa święta i dwie bitwy, zwłaszcza w odstępie dwóch tygodni. Poszło w stronę Powstania i raczej się tego już nie da zmienić.

Fakty, mówiąc krótko, są takie... Po pierwsze, wbrew oczekiwaniom pomagdalenkowych elit patriotyzm nie stał się "anachronizmem" ani "zbieraniem psich kup", tylko żywą, łączącą Polaków emocją, w której stopniowo odradza się poczucie polskiej godności ("popnacjonalizm", jak to w bezsilnej frustracji nazwała demaskatorsko "Wyborcza" - Boże mój, ależ oni się tam musieli zapluwać widząc te obchody i słysząc, kogo wita na nich głucha cisza, a kogo oklaski). Po drugie, to poczucie godności, wskutek wspomnianego błędu prawicowej polityki historycznej, krystalizuje się wokół wydarzenia, które nie bardzo się na mit założycielski nadaje.

Zamiast przypominać sobie co roku cud sprawności i mądrości politycznej naszych przodków, którzy w 110 procentach wykorzystali zmianę międzynarodowej koniunktury i upomnieli się o niepodległe państwo, zdołali je z niczego w krótkim czasie postawić na nogi, ogromnym wysiłkiem całego społeczeństwa stworzyć i wyekwipować w wyniszczonym czteroletnią wojną kraju milionową armię i spuścić manto wielokrotnie silniejszemu, odwiecznemu wrogowi - skazaliśmy kolejne pokolenia na rozpamiętywanie, jak nasi bohaterowie idący z visami na "tygrysy" zostali podle zdradzeni, opuszczeni i wyrżnięci w pień, z inspiracji i ku zadowoleniu fałszywych sojuszników.

Problem z Powstaniem Warszawskim polega bowiem na tym, że - jakkolwiek by się jeżyła przeciwko tej diagnozie patriotyczna wrażliwość - było od pierwszej chwili skazane na ten los, jaki je spotkał. Powstało na ten temat już tyle książek, i tyle jeszcze powstanie, i wszystko to odbija się i będzie odbijać jak od ściany, bo skoro się już przyjęło, że Powstanie świętujemy, to trzeba sobie samym wmówić, że to Powstanie było sukcesem. No, a co najmniej, że nie było głupie.

Komu z tym lepiej, niech wierzy, ale moim obowiązkiem, jako pisarza, jest głosić prawdę. Prawda jest taka, że obficie produkowane egzegezy, uzasadniające, iż Powstanie wybuchnąć musiało i bez niego byłoby jeszcze gorzej, są niestety dorabiane post factum, z dzisiejszego punktu widzenia, w oderwaniu od wiedzy historycznej.

Czasem opierają się na całkowitych fałszach (np. "gdyby nie Powstanie, Stalin zrobiłby z nas 16. republikę" - nie, decyzję o powołaniu marionetkowego państwa polskiego podjął Stalin już wcześniej; czy też "Warszawa musiała powstać, bo Niemcy i tak by ją spalili i wymordowali za odmowę kopania umocnień" - nie, w dokumentach niemieckich nie ma śladu takich zamiarów), a czasem na niesprawdzalnych, kompletnie wyssanych z palca frazesach typu: "bez Powstania nie byłoby Sierpnia i Solidarności". A czasem, i to jest najciekawsze, na przywołaniu faktu niewątpliwego, tylko zupełnie przez przywołujących nierozumianego. Z tą ostatnią argumentacją spotykałem się ze strony entuzjastów Powstania w tym roku najczęściej.

Faktem jest to, co powiedział między innymi bardzo często cytowany Jan Karski, że gdyby Powstanie nie wybuchło, Stalin oskarżyłby Polskę, że Armia Krajowa to tylko blef, że nie było żadnego podziemia, że Polacy w ogóle nie walczyli, więc nic im się z owoców zwycięstwa nad Hitlerem nie należy.

Niewątpliwie - tak by zrobił. Oczywiście, trudno nie zadać pytania, co otrzymaliśmy z owoców tego zwycięstwa, skoro Powstanie wybuchło, trwało 63 dni i skończyło się całkowitą zagładą stolicy oraz rzezią jej mieszkańców. Odpowiedź brzmi: dokładnie tyle samo, co Czesi, Rumuni czy Węgrzy - nic.

Otóż prawdziwą przyczyna wybuchu tego nieszczęsnego powstania była niewiarygodnie cyniczna, długotrwała i intensywna kampania propagandowa prowadzona przez Stalina, ale także przez znajdujące się pod jego ogromnym wpływem media brytyjskie i amerykańskie (bardzo czekam na historyka, który ten temat opracuje). Przez wiele miesięcy Polaków oskarżano, że nie walczą, że są de facto sojusznikami Hitlera (a jednocześnie cenzura uniemożliwiała im jakąkolwiek na te oskarżenia odpowiedź). Szczególnie nasiliło się to po odkryciu masowych grobów w Katyniu; wprawdzie rząd Polski nie odważył się nigdy oskarżyć o tę zbrodnię sowietów, ale sam fakt, że zwrócił się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża wystarczył, aby de facto wykluczyć Polskę z grona aliantów i - idę o zakład - sprzątnąć Sikorskiego, który wracał z dalekowschodniej podróży z zebranymi tam dowodami.

Przecież to proste jak drut. Dla Anglosasów było oczywiste, że jeśli Stalin chce Polski wraz z całą Środkową Europą, to mu ją należy dać. Dla Stalina - że im więcej Polaków zginie z rąk Niemców, tym mniej będzie miał potem z nimi kłopotu. Dla Zachodu też najwygodniejsze było, żeby Polacy wyginęli i o nic się potem nie mogli upomnieć. Stąd to nieustanne szczucie, które ówczesnych Polaków doprowadzało i w końcu doprowadziło do szaleństwa. Jednocześnie, przypomnijmy, alianci do minimum przykręcili pomoc dla polskiego podziemia i zrzuty broni (nie zdołano do Polski wysłać nawet połowy przeszkolonych "cichociemnych", bo RAF nie dawał nam samolotów, nawet tych, na których latały nasze załogi) zakładając, że Polacy wykorzystywać ją będą przeciwko sowietom.

Słowa Karskiego są świadectwem, że Stalin wspólnie z Churchillem i Rooseveltem założyli Polsce tak zwanego, jak zwą to zapaśnicy, nelsona. Jeśli nie rzucicie wszystkich sił do walki z Niemcami i nie wyginiecie w niej do ostatniego, to was oskarżymy, że sprzyjacie Hitlerowi i wykluczymy z obozu zwycięzców jako fałszywych sojuszników. A jeśli dacie się podjudzić, no to was Niemcy wytłuką, więc też się pozbędziemy problemu.

"Polacy, czuły naród, dali nabrać się" - jak to ujął w sławnej piosence Kaczmarski. Rządzący w Londynie, widząc beznadziejną sytuację, nie zrobili nic, uciekli przed decyzją i scedowali ją na niskiej rangi dowódców lokalnych. A ci, nie mając pojęcia o całej tej politycznej grze, w której Churchill, Roosevelt, Stalin i Hitler zgodnie, choć nie w porozumieniu, dążyli do biologicznej zagłady Polaków, poddani wielomiesięcznej presji stalinowskiej gadzinówki "Kościuszko", judzącej, że AK nie chce walczyć i jest w porozumieniu z Hitlerem - ochoczo spełnili oczekiwania całej czwórki (bo i dla Niemców, dodajmy, powstanie w Warszawie było optymalnym rozwiązaniem problemu "polnische banditen").

Straszna historia, gorzka, wieńczącą pasmo polskiej naiwności i nieodpowiedzialności, rozpoczęte szaloną decyzją, by obronić przed Hitlerem Francję i Anglię biorąc jego agresję na siebie, w idiotycznym przekonaniu, że mocarstwa się za to odwdzięczą.

Nie chcę tu pisać więcej, poświęciłem odkłamywaniu tej historii całą książkę (polecam zainteresowanym tematem) - w każdym razie nie jest to historia na mit założycielski.

Ale stało się, właśnie Powstanie na ten mit wybrano, zamiast Niepodległości i Bitwy Warszawskiej. Mam z tym kłopot. To, że ja mam kłopot, oczywiście, to pikuś, ale kłopot mają z tym wszyscy patrioci. A przynajmniej powinni mieć.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy