Prezent mimo woli

Wbrew oczekiwaniom, sondażowa popularność PiS nie spada. Wedle najnowszych pomiarów wynosi 37 proc., podczas gdy ustawiona na wygodnej pozycji krytyka poczynań nowego rządu Platforma lekko spadła i liczyć by mogła tylko na 29 proc.

Ostro poleciał w dół Lepper, skompromitowany dopraszaniem się o dopuszczenie go do stołków, tym bardziej, że dopraszał się nieskutecznie. Marnie wypada Giertych, który po ostatnich zmianach w Radiu Maryja przestał być jego słuchaczom potrzebny. SLD utrzymuje swój żelazny elektorat partyjno-mundurowy, i tak jeszcze przez czas jakiś zostanie, ale niewiele z tego wynika. Jakkolwiek patrzeć, Kaczyńscy górą.

Reklama

Tej popularności PiS zupełnie nie rozumie większość medialnych komentatorów, którzy upadek wieszczą rządzącej partii od samego początku jej sukcesów. Nie były to, trzeba przyznać, proroctwa bezpodstawne.

Oczekiwania rozbudzone w kampanii wyborczej PiS są w wielkim stopniu nie do zaspokojenia, pozytywne efekty jego rządów, jeśli w ogóle społeczeństwo odczuje, to za parę lat, żadnych spektakularnych przypadków "oczyszczenia" struktur państwa z mafijnych układów też się nie należy spodziewać z miesiąca na miesiąc. Ale mimo to Marcinkiewicz stał się najbardziej popularnym polskim politykiem, Kaczyński drugim, ich partia zaś, zamiast tracić, wciąż zyskuje poparcie. Cud?

Nie. Oczywisty, choć przez sprawców zupełnie nieprzewidziany efekt nieskrywanej niechęci, z jaką media traktują nową władzę. Większości ich pracowników wydaje się, że dowalając Kaczorom za wszystko i stale ich krytykując, przedstawiając każdą decyzję rządu w negatywnym świetle i w ogóle nie ukrywając żywiołowej niechęci do oszołomów, których jakże niesłusznie społeczeństwo wyniosło do władzy, szkodzi im. Nic bardziej błędnego.

Takie a nie inne sympatie polityczne Polaków wynikają z faktu, że, biorąc en masse, zbuntowali się oni przeciwko swoim elitom. Przeciętny Polak nie lubi mędrków, których ogląda w telewizji, nie wierzy w to, co mu mówią, nie wierzy w prezentowane przez nich sondaże ani wygłaszane opinie. Wszystko to się skompromitowało. Odżył w duszy Polaka stary, od dziesięcioleci ćwiczony podział na "my" i "oni". My, prości ludzie, i oni, władza. Otóż swym nieustannym polowaniem na Kaczory media oddały im niezwykłą przysługę - zdołały przekonać wyborców, na razie przynajmniej, że Kaczyńscy, choć objęli władzę, nadal należą do "nas", a nie do "onych". Bo skoro "oni" ciągle im dowalają - to "my" powinniśmy ich lubić.

Nie wiem, jak długo to się utrzyma, ale póki sondaże są, jakie są, póty "Samoobrona", LPR i PSL muszą grzecznie robić, co im Kaczyński każe, bo inaczej ten ostatni zrobi nowe wybory i wywali ich za burtę. Daje to nowemu rządowi wielką szansę na przeprowadzenie ważnych zmian, mimo braku w parlamencie formalnej większości. Oby to wykorzystano, bo ten luksus nie będzie trwać długo. Zwłaszcza, gdyby PiS nie oparł się pokusie położenia łapy na państwowej telewizji. Ale mam nadzieję, że Kaczyński wyciągnął wnioski z upadku Millera.

Dowiedz się więcej na temat: Prawo i Sprawiedliwość | prezent

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje