Przegniła Brytania

Ponieważ wokół sprawy narosło sporo nieporozumień, muszę je wyjaśnić. A ponieważ wszystko zaczęło się od felietonu zamieszczonego tutaj, na interia.pl, muszę uczynić to właśnie w tym miejscu. Mowa o moim wyjeździe do Wielkiej Brytanii w ostatni weekend, który tym razem nie doszedł do skutku.

Otóż bynajmniej nie jest tak, że ktoś mi wjazdu do Zjednoczonego Królestwa zakazał. Taki zakaz byłby uczciwszą sprawą, ktoś musiałby się pod nim podpisać, byłoby z czym dyskutować. To się odbyło zupełnie inaczej: puk, puk, kto tam? Policja. Pan wynajął lokal (stolik w restauracji, pokój w hotelu etc) dla jakiegoś polskiego faszysty. Faszysty? Ależ to jakiś polski pisarz, nikt nic... My tam nie będziemy dyskutować, faszysta czy nie, ale dzwonili do nas, że to wzbudza oburzenie muzułmanów, i że przyjdą go stąd wyrzucić siłą, więc wie pan: my tu sobie nie życzymy żadnych kłopotów. My panu oczywiście niczego nie możemy zakazać, ale jeśli to spotkanie się tu odbędzie, to jutro traci pan licencję: o, drzwi do ubikacji są za wąskie, parking nieprzepisowo mały... A pan tu na pobycie stałym? To możemy zabrać kartę. A pan pracuje w publicznej instytucji? To może pan zaraz tę pracę stracić.

Reklama

Rozumiemy się?

Żeby nie posądzał mnie ktoś o rzucanie gołosłownych oskarżeń - sama inicjatorka nagonki na mnie, brytyjska posłanka Partii Pracy Rupa Huq, opowiada o tym swoim sukcesie całkowicie otwarcie i z dumą na łamach "The Guardian": otrzymałam ostrzeżenie, że z Polski przyjeżdża "neo-nazi speaker" i "holocaust denier", przekazałam to ostrzeżenie policji, a ta uniemożliwiła spotkania. Brytyjska posłanka w ogóle nie widzi nic złego ani dziwnego w takim trybie działania, w którym, nie będąc zwierzchnikiem policji może, poza jakimkolwiek prawem, "przekazać" jej polecenie "uniemożliwienia" spotkania z kimś - bez żadnego konkretnego powodu czy dowodu, na podstawie samego niczym nie popartego oskarżenia.

Nie twierdzę, że w dawnym United Kingdom, dziś, jak widać, coraz bardziej zmieniającym się w United Fascist Kingdom, nigdy nie słyszano o takich sprawach, jak wolność słowa i zgromadzeń; ale słyszano tak dawno temu, że na śmierć już zapomniano. Zwłaszcza po tym, jak ujawniły się przykre, najdelikatniej mówiąc, skutki radosnego zachłyśnięcia ideologią multi-kulti i wiarą w ubogacającą siłę niekontrolowanego napływu islamskich imigrantów. Anglicy tak się dziś śmiertelnie boją zamieszkałych na Wyspach muzułmanów, że wystarczy rzucić na kogoś cień podejrzenia, iż może się muzułmańskiej społeczności nie spodobać - a sami pędzą mu uciąć głowę, zanim kolesie z maczetami się zbudzą.

Wbrew kibicującym jej polskim lewakom, pani Rupa Huq i wspomniany "The Guardian" - lewicowy szmatławiec, w który zawinąć śniętą rybę byłoby dla nieboszczki obrazą - pierwotnie nie oskarżyły mnie wcale o antysemityzm (cytowane wyżej przechwałki pojawiły się dopiero po całej sprawie). Dla posłanki, która swego czasu zasłynęła stwierdzeniem, że Wielka Brytania powinna przeprosić muzułmanów za swój udział w powstaniu Izraela, fakt, że znanych z polakożerstwa premiera tego kraju i szefa jednej z partii opozycyjnych nazwałem słowem ekstremalnie obelżywym, niczym horrendalnym zapewne nie jest. Zaatakowała mnie "po linii" oskarżenia o "islamofobię". Przy czym jako jedyny konkretny przykład padły słowa z zamieszczonego tu przed dwoma miesiącami felietonu "Barbarzyńcy w murach". Poszło konkretnie o porównanie kłopotów obecnej Europy z upadkiem Imperium Rzymskiego i zalewających ją dziś imigrantów z "barbarzyńcami" z czasów tzw. wielkiej wędrówki ludów. Ponieważ dla wzmocnienia obelgi użyto także oskarżenia o "homofobię", więc możliwe, że kapuś, który inspirował panią Huq powiedział jej o jeszcze jednym z moich felietonów dla Interii - "Tęczowe pęknięcie". Polecam oba jako obowiązkową lekturę na dziś, będzie też musiała w końcu przeczytać je sama pani Huq, a także redaktorzy wspomnianego szmatławca, na okoliczność procesu o zniesławienie, który im solidnie obiecuję. Aha: jeśli kogoś bulwersuje nazwanie "Guardiana" szmatławcem, to wyjaśniam, że szmatławiec tym się różni od uczciwej gazety, że opluwszy kogoś, nie daje mu na swych łamach prawa do obrony, tylko otrzymany list z rzeczowym, uprzejmym sprostowaniem wyrzuca do kosza.

Pewnie bym tym wszystkim nie zawracał Państwu głowy, gdyby w mojej niemiłej przygodzie nie odbiła się sytuacja wszystkich Polaków na Wyspach. Jestem przekonany, że gdybym przyjeżdżał z jakiegokolwiek innego kraju - już nie mówię muzułmańskiego, wtedy mógłbym być nawet, jak pokazuje angielska praktyka, głoszącym terrorystyczny dżihad muftim z walizką pełną bomb - nie byłoby kłopotu, podobnie, jak nie było go nigdy podczas moich niezliczonych wcześniejszych wizyt u brytyjskiej Polonii. Łatwość, z jaką lewicowy szmatławiec mógł rozpętać nagonkę i poszczuć na organizatorów mojego pobytu gliniarzy, jest funkcją bulgoczącej dziś w zachodnich mediach antypolskiej propagandy. Polska, kraj wafelkowych swastyk i tysięcy nazistów maszerujących "o kilkaset kilometrów od Auschwitz", Polska zamykająca do więzień ocalonych z Holocaustu za mówienie, jak to naprawdę było - to znaczy, że "Polacy byli gorsi od Niemców", a wszystko to z inspiracji i z poparciem, "skrajnie nacjonalistycznego rządu". W medialnych wiwatach lewicy po tym, jak po "uniemożliwieniu" przez policję wszystkich zaplanowanych spotkań odwołałem przyjazd, szczególnie ciekawy był jeden wątek - oskarżenie Polaków, generalnie wszystkich Polaków, o to, że przez swe kontakty z krajem i spotkania z takimi ludźmi jak ja kultywują "one nation identity", co jest samo w sobie zbrodnią przeciwko budowanemu na Wyspach "wielokulturowemu społeczeństwu". I dlatego najlepiej by było, że wyp... z Wielkiej Brytanii z powrotem do siebie.

Oczywiście, poza tymi, którzy w "wielokulturowe" społeczeństwo włączyli się ochoczo. Bo przecież moje przygody z Rupą Huq i smutnymi panami, zastraszającymi restauratorów i hotelarzy, nie są niczym innym, niż jednym z wielu wątków - pomniejszym, bez wątpienia - odwiecznej wojny polsko-polskiej. Przecież ani pochodząca z Pakistanu posłanka, ani ci gliniarze, nie znają słowa po polsku i nigdy w ogóle o żadnym Ziemkiewiczu nie słyszeli. Cała sprawa była złośliwością polskich folksdojczów multikulturalizmu, którzy, przegrawszy wszystko, co było do przegrania tutaj, w kraju, starają się na znienawidzonej ojczyźnie wziąć odwet tam.

Mówiąc nawiasem, wiedzieli do kogo się zgłosić, bo pani Rupa Huq - poza wspomnianymi już przeprosinami za stworzenie Izraela - apelowała do rządu brytyjskiego także o zakazanie wjazdu na Wyspy, także jako "islamofobowi" i "homofobowi", prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi. Dzięki naszym, polskim kapusiom znalazłem się więc w niezłym towarzystwie. Z tym, że Donald Trump ma człowieka, który krok w krok nosi za nim walizkę z atomowym guzikiem - a ja mam tylko swój łeb, z którego wyciągam felietony, analizy oraz komentarze. I mimo to samo moje pojawienie się w upadającej Brytanii mogłoby stanowić dla niej - jak to ujmują stosowne przepisy - "clear and present danger". Wcale nie będę z tym polemizował, obalaniem ustroju siłą zajmowałem się już we wczesnej młodości, potem przez wiele lat pracowicie podgryzałem największe autorytety III RP, tak wielkie, że wydawało się, iż prędzej zakonnica w ciąży na pasach itd. No i - sami widzicie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje