Pycha PiS

​"O rany, nic się nie stało" - była kiedyś sztuka o takim tytule, i to zdanie doskonale pasuje do histerii, jaką rozpętano wokół reformy wymiaru sprawiedliwości. Najbardziej charakterystyczne jest to, że właściwie żaden z jej heroldów nie umie, ani nawet nie próbuje wyjaśnić, co w tej reformie złego, co "zmienia Polskę w wielki zakład karny" czy "cofa do PRL".

Miotają wielkie słowa i "nisko latające kwantyfikatory", dusze krwawią, serce krwawią, ale żeby cokolwiek konkretnie - to nie. Źle, bo PiS. A jak PiS, to faszyzm. "Ustawa likwidująca Sąd Najwyższy", "zniszczony trójpodział władzy", "zgwałcili konstytucję", no i oczywiście nieśmiertelne "nie ma już demokracji". Szczyty idiotyzmu i hipokryzji - a konkurencja naprawdę jest przecież potężna - osiągnął Grzegorz Schetyna, strasząc, że jak odzyska władzę to wprowadzi taki paragraf, na mocy którego wszystkim posłom i senatorom głosującym dziś za reformą wymiaru sprawiedliwości wlepi po pięć lat.

Reklama

Wspaniała zapowiedź "demokraty", obrońcy praworządności i "wolnych sądów" - jak się dorwie, to wprowadzi prawo działające wstecz i złamie jedną z najświętszych zasad demokracji, jaką jest immunitet deputowanego w zakresie wykonywania mandatu poselskiego. Bo można dyskutować o tym, czy immunitet posła dotyczyć powinien np. prowadzenia samochodu po pijanemu albo kradzieży sklepowych, ale żeby wsadzać posłów do więzień za to, jak głosowali - na taki pomysł nie wpadli nawet Mussolini czy sam Hitler! Brawo, kapitanie Schettino, jeśli nie jesteś tajnym agentem ministra Błaszczaka, to zgłoś się i zażądaj dowolnych pieniędzy, na pewno ci da!

Gdybym pisał ten tekst wczoraj przed wieczorem, to pewnie taki bym dał tytuł - "o rany, nic się nie stało", i skupił się na tym wątku, że w istocie zdarzyło się "tylko" tyle (choć moim zdaniem to właśnie "aż" tyle), iż wejdzie w życie kolejna zła, nieprzemyślana reforma, którą trzeba będzie wkrótce naprawiać nowelizacjami. Reforma, ale nie żadna rewolucja - to właśnie nominowanie sędziów kluczowych trybunałów przez gremia polityczne, które ta reforma wprowadza, a nie dotychczasowa zasada paramafijnej kooptacji przez "kastę" od wewnątrz, jest normą w krajach Unii i w ogóle Zachodu, wystarczy zadać sobie trud zapoznania się z faktami i skonfrontowania ich z histerią polityków i mediów "totalnej opozycji". Jeśli ta zła reforma wejdzie w życie - to i tak będzie w wymiarze sprawiedliwości lepiej, niż dotąd.

A jeśli nie wejdzie? Byłem jednym z pierwszych, który publicznie prosił Andrzeja Dudę o zastosowanie weta i naprawienie nazbyt pospiesznie fastrygowanego przez Sejm projektu, zanim się to stało modne, co prawda od tego czasu dwa najbardziej wątpliwe punkty projektu zmieniono, ale jeśli prezydent na weto się zdecyduje, to też tragedii nie będzie. Sejm będzie się musiał zająć sprawą w normalnym trybie, skoro reforma czekała prawie dwa lata, to może poczekać jeszcze i pół roku, stanowienie prawa to nie fabryka królików. Inna sprawa, czy ma równo w głowie ktoś, kto oczekuje, że nakłoni prezydenta do naprawy złego prawa ściągając mu pod pałac chorych z nienawiści frustratów, wyjących "będziesz siedział" i niosących transparent "wetuj, k***o". Moim zdaniem - wie co robi, bo przecież takie weto zrujnowałoby plany "opozycji totalnej" i jest ostatnią rzeczą, na jakiej jej zależy. Jeśli prezydent reformę powstrzyma, sami zobaczycie, jakie będą robić zygzaki i fikołki, żeby sobie i swoim zwolennikom wmówić, że tak czy tak, nie ma już demokracji a Duda to marionetka i tak dalej.

Wzajemna nienawiść, jak widać choćby po wspomnianym przed chwilą transparencie warszawskich demonstrantów (z lubością eksponowanym w TVN i retwittowanym, m.in. przez byłego rzecznika MSZ i ambasadora Bosackiego) nakręca się świetnie i wielka szkoda, że nie ma już chyba nikogo, kto szczutym przez propagandę Polakom mógłby wylać na głowy wiadro zimnej wody. Zwolennicy reformy na pewno są od tego jak najdalsi - wypierają ze świadomości oczywiste fakty, bagatelizując rozmiary protestów i deprecjonując jego uczestników jako ubeków, złodziei i tak dalej. Nic się nie stało, pisowcy, nic się nie stało. To głupie i przeciwskuteczne.

Krótko przed 20. przechodziłem wczoraj przez obrzeża warszawskiej manifestacji, a potem raz jeszcze godzinę później. Zdecydowaną większość jej uczestników stanowili ludzie zupełnie inni, niż przywykliśmy widzieć na marszach KOD albo niż ci, którzy leżeli pod Sejmem i tupali w barierki. Powiedziałbym - "normalsi". I było ich naprawdę dużo. Dużo jak na polskie warunki, oczywiście - ze 30 tysięcy. Oczywiście, choćby było i sto, to i tak daleko do "milionów" o których roją Wałęsa z Frasyniukiem, i o wiele za mało, by obalić ustrój siłą, do czego nawołują media opozycji. Manifestacje przebiegły pokojowo i godnie, nie spalono miast, nie udało się ich nawet, wbrew namiętnym błaganiom rozhisteryzowanej "Wyborczej", "sparaliżować". A gdyby nawet? Sto tysięcy na ulicy to wielki tłum, ale przy urnach - zaledwie ułamek procenta, gdyby udane manifestacje automatycznie przekładały się na głosy, stowarzyszenie "Marsz Niepodległości" byłoby w parlamencie poważną siłą.

Oczywiście, PiS może swobodnie pozwolić sobie na zignorowanie całego tego wzmożenia - ustawa wejdzie w życie, krzyki przycichną, zapowiadane przez Zachód sankcje okażą się pustym straszeniem bez możliwości wykonania, wszystko dokładnie tak, jak to było z Trybunałem Konstytucyjnym.

Ale na miejscu liderów PiS poważnie bym się zastanowił. Co sprawiło, że "normalsi" zaczęli "kupować" histeryczną narrację, iż dokonuje się zamach stanu, że zabierają im wolność i trzeba iść, walczyć, skakać i klaskać opozycji, nawet tak żałosnej, jak Schetyna, Petru i Myszka-Agresorka? Co sprawiło, że strategia "ulica i zagranica", która od dwóch lat się, delikatnie mówiąc, nie sprawdzała, nagle przyniosła spektakularny sukces?

Moim zdaniem sprawił to przede wszystkim sam PiS. Sądzę, że tym, co skłoniło normalsów do przyjścia na protesty była nie tyle sama ustawa, bo mało kto zna jej szczegóły i chyba też mało kto wierzy w histeryczne poryki opozycji (choć, przyznajmy, wciągnięcie w narrację opozycyjną takich ludzi jak Timmermans czy Tajani dużo opozycji dało) - był to tryb, w jakim PiS ją "przeprocedował".

Można przecież było zrobić to normalnie. Przedstawić projekt jako przedłożenie rządowe, poddać konsultacjom, objaśnić, dlaczego tak a nie inaczej, zorganizować wysłuchanie publiczne. Pewnie i wtedy nie uniknięto by żenujących burd, ale ograniczyłyby się one do KOD-u, "obywateli" i lewicowych młodzieżówek. Zwykły wyborca poczułby się przez władzę uszanowany.

Tymczasem PiS wolał użyć - po raz kolejny - kruczka prawnego z "projektem poselskim", przepchać zmiany kolanem, w atmosferze kolejnego stanu wyjątkowego, szermując okrzykami o ubekach i mafiach chroniących patologię i korupcję. Właściwie nie wiadomo, dlaczego, bo, raz jeszcze powtórzę, o społeczną akceptację dla zmian w aparacie sprawiedliwości i tak się nie musiał martwić, a powodów do nagłego pośpiechu nie widać. Ja sądzę, że PiS tak po prostu ma, lubi ten styl działania w wiecznej walce o wszystko, w wojennej histerii, dający możliwość szantażowania wątpiących ("rozkraczonych", by użyć obrzydliwego, ulubionego określenia pisowskiej internetowej żandarmerii), że muszą wybrać mniejsze zło, i że "na froncie nie zakłada się klubów dyskusyjnych". Koledzy bliżej monitorujący sytuację wewnątrz obozu rządzącego widzą w tym frakcyjny spisek Ziobry, który chciał w ten sposób szybciutko umocnić swoją pozycję ponad wszelki zdrowy rozsądek i ponad rywali.

Ale normalnemu człowiekowi nasuwa się wyjaśnienie najprostsze, oczywiste. Skoro przepychają po nocy, nie pozwalają dyskutować, składać normalnie poprawek - choćby bzdurnych, prawo to prawo - to spiskują, robią jakiś szwindel. No chyba rzeczywiście - zamach! Inaczej by się przecież tak nie zachowywali.

Polacy, bez względu na swe poglądy polityczne, mają w genach podejrzliwość wobec władzy, każdej władzy, i bardzo silną potrzebę bycia suwerenem. Nie znoszą, gdy się im prawo do kontrolowania władzy uszczupla. PiS wiele stracił, gdy usiłował im wmówić, że ich głosowanie na PO i Komorowskiego się nie liczy, bo się nie znają. Potem wiele zyskał, szermując owym argumentem o suwerenie. A teraz znowu mocno stracił, zaburzając wyborcom poczucie bezpieczeństwa i włażąc im na ambicję spiskowym przeprowadzeniem, jakby w ukryciu przed ogółem, reformy skądinąd oczekiwanej przez większość respondentów wszelkich sondaży.

Pycha to pierwszy z Grzechów Głównych. O tym, jak pycha zgubiła poprzedni układ, tak okopany, tak potężny, że wydawało się, tylko zakonnica na pasach i tak dalej, pisałem w tych tu felietonach na bieżąco i wiele z tego weszło do książki, która ma ten grzech w tytule. Obecnie ta sama pycha zaczyna przeżerać PiS. Nie ma z kim przegrać, opozycja to śmieszne żałosne oszołomy, mamy większość, to możemy sobie przegłosować wszystko i na wszystkich... powiedzmy, patrzeć z góry. To jest tak jak z podwyższonym cholesterolem - długo, długo można lekceważyć. Do czasu. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje