Rachunku!!!

Od trzech lat czekamy na obiecane cuda w gospodarce, a gdy się one wreszcie dzieją, media, zamiast trąbić o tym na pierwszych stronach, jakby ich nie dostrzegały. Tak sobie myślę, siedząc w pociągu, i - jak to w pociągu - czytając gazety uważniej niż zwykle, bo co lepszego do roboty. Tu czy tam zakreślę jakąś informację, z której - gdyby to ode mnie zależało - powinno się zrobić tytuł, a co najmniej ją wytłuścić czy wziąć w ramkę. A tymczasem to, co najważniejsze, co, rzekłbym, cudowne właśnie, przemyka gdzieś po kątach szpalt.

A przecież cud jest oczywisty: mamy najwyższy wzrost gospodarczy w Europie! W ostatnim mierzonym kwartale: 4,2 proc. To już nie zielona wyspa, ale zgoła zielony pagórek. Nawet najwięksi optymiści tyle nie przewidywali.

Reklama

Czy to jest ten cud? Nie, nie całkiem. Cudem jest to, że mamy według statystyk taki wielki wzrost, a wpływy do budżetu nie rosną. Normalnie przekłada się jedno na drugie według prostego wzoru. A nam się nie przekłada. Narzędzia bankowe wykazują gospodarcze wzmożenie, a urzędy skarbowe nijak nie mogą wpaść na jego ślad.

Niedawno pewien przedsiębiorca wyliczył mi na skrawku papieru, dlaczego po podwyżce VAT o jeden procent będzie z tego tytułu płacił przez rok mniej niż dotąd. Mówiąc najkrócej, podwyżka generuje koszty, które płatnik odpisuje od podstawy opodatkowania. Ale urzędnicy, znający gospodarcze realia z wydruków, nie porachowali tego i nie wzięli w swych strategiach pod uwagę.

Nie twierdzę, że tu akurat jest wyjaśnienie wspomnianego cudu. Rozwiązania szukałbym też w degeneracji aparatu skarbowego. Od dwudziestu lat urząd skarbowy, jak każdy urząd w Polsce, jest przede wszystkim łupem dla polityków. Służy do tego, żeby zatrudniać tam szwagrów, kolesiów, nałożnice, pociotków i tak dalej. Ostatnie kryterium, jakie jest przy zatrudnieniu brane pod uwagę, to takie, czy dana osoba ma o tej robocie pojęcie. Łupić uczciwych obywateli każdy głupi potrafi, a ścigać tych, którzy naprawdę mają możliwości na podatkach zakombinować, urząd i tak nawet nie próbuje.

Inny przedsiębiorca opowiadał mi w dyskrecji, jak się robi, żeby - mówiąc językiem Palikota - "zoptymalizować podatki" (tak nawiasem: czy ja dobrze pamiętam, że polityk od świńskiego ryja i wymachiwania plastikowym sobowtórem obiecywał najpóźniej do 6 grudnia 2010 zrzec się mandatu poselskiego?). W dyskrecji, więc zachowuję szczegóły dla siebie, ale w najgrubszym zarysie: firma formalnie zarejestrowana w Londynie, bank w Estonii, ubezpieczenie na Litwie i tak dalej. Wszystko legalnie, a co nielegalne, tego i tak nikt nie wyśledzi (o masowej ucieczce z ZUS na Litwę pisze, nawiasem mówiąc, dzisiejsza "Rzepa").

Nic nowego, poza jednym, że nie był to żaden wielki przedsiębiorca, tylko jeden z takich, co niemalże dźwigają towar na własnych plecach, zatrudniają, jeśli kogoś w ogóle, to tylko członków rodziny, i omijają ze swym drobnym handelkiem miasta powyżej 100 tysięcy. A co myśleć o większych firmach? Nie mówię o wielkich koncernach, ci to już w ogóle ho-ho, gdzie tam; mówię o takich średnich, które stać na zatrudnienie ambitnych, obkutych w prawie i jego lukach ludzi, takich, którzy na państwową służbę nie pójdą, bo raz, że nikt ich tam nie proteguje, a dwa, że za ich kwalifikacje to żadne pieniądze.

Cudem kolejnym jest też to, że mamy tak wielki wzrost, a inwestycje - spadają. Normalnie, według ekonomicznego modelu, jak przedsiębiorca zarabia, to inwestuje, żeby więcej zarobić w przyszłości, i w ten sposób gospodarka się rozwija. My niby mamy wzrost, ale przedsiębiorstwa nie inwestują - pisze dzisiejszy "Dziennik", że inwestycje firm spadły w ciągu roku o 10 proc. Pisze też o badaniach zrobionych przez Deloitte dla Lewiatana, z których wynika, że także w przyszłości większość przedsiębiorstw nie planuje się rozwijać. Dotyczy to także tych, którzy mieliby z czego. Wolą pieniądze kisić, chronić niż puszczać w obrót. Choć przecież jest tak dobrze i radośnie. Cud, prawda?

A przecież w gospodarce, jak w "Alicji", żeby stać w miejscu, trzeba biec ile sił w nogach; kto się nie rozwija, ten się zwija. Co przeszkadza polskim przedsiębiorcom? "Zgadnij, kotku" - napisałby Kisiel.

Według danych NBP (nadal to "Dziennik") łączna suma udzielonych w Polsce kredytów bankowych to 750 miliardów złotych. A więc prawie drugie tyle, co dług budżetu państwa, po zabiegach rządowej kreatywnej księgowości. Całość długu publicznego oszacować trudno, jedni liczą 2 biliony, inni 4 biliony...

Skupmy się na tym długu "prywatnym". Ze wspomnianych 750 miliardów tylko 220 miliardów to kredyty zaciągnięte przez przedsiębiorców. Cała reszta to kredyty wzięte przez osoby prywatne, a więc nie na inwestycje, tylko na konsumpcję.

Niedawno "Rzeczpospolita" podawała za Eurostatem, że Polska bije całą Europę we wzroście sprzedaży detalicznej. Wyniósł on u nas w ubiegłym roku prawie 13 procent! Inne narody oszczędzają, a my się zachłystujemy konsumpcją. Na kredyt, który bierzemy nie żeby zainwestować, tylko żeby przejeść. Tych kredytów na przejedzenie mamy w tej chwili, jak można policzyć, 530 miliardów (nie, jak napisałem niedawno w jednym z felietonów, zwiedziony przez eksperta BIK, 410). Z tego 25 miliardów stanowią "kredyty zagrożone", czyli niespłacane. Niby niedużo. Ale z raportu InfoDług wynika, że w ciągu roku suma tych niespłacanych kredytów wzrosła o 75 procent, a w ciągu dwóch ostatnich lat - aż trzykrotnie.

Jeśli nadal liczba osób niezdolnych spłacać swe długi rosnąć będzie w tym tempie, może być niedobrze. A jeśli gospodarka zwolni i ludzie zaczną tracić dochody, to ta liczba nie będzie wzrastać w dotychczasowym tempie, tylko znacznie szybciej.

Wtedy banki, które dziś, cierpiąc na "nadpłynność", reklamują kredyty "na pstryk", na dowód i podpis, przestaną się zadowalać konfiskowaniem dłużnikom należności wraz z lichwiarskim procentem, karą i gażą dla komornika, a zaczną domagać się pieniędzy od rządu. I rząd im te pieniądze da, bo przecież, jak głosi święty dogmat, "banki nie mogą upaść". Gdyby upadł choć jeden, zaczęłoby się domino, ludzie rzuciliby się wypłacać swoje oszczędności, a to, jak wiadomo, zabić może każdy bank, bo gdyby bank mógł angażować tylko tyle, ile rzeczywiście ma w depozytach, nie miałby żadnych zysków.

A gdzie rząd te pieniądze na "ustabilizowanie systemu" znajdzie? Normalnie by pożyczył, ale po uratowaniu przez instytucje międzynarodowe Grecji, Irlandii, niemal już pewnej interwencji w Hiszpanii i Portugalii, spodziewanej we Włoszech, i być może gdzieś jeszcze, pożyczyć nie będzie od kogo.

Trzeba będzie wycisnąć kasę na ratowanie lekkomyślnych Polaków z nich samych. I przedsiębiorcy najwyraźniej dobrze przeczuwają, co się święci, skoro na wszelki wypadek wolą nie inwestować i nie rozwijać interesów - nawet ci, którzy mieliby za co.

Jest jeszcze w dzisiejszej prasie wiadomość, że według rankingu Transparency International: "Polska znalazła się w gronie dziewięciu państw świata, w której od 2006 r najbardziej wzrósł poziom tak zwanej codziennej korupcji... w 2010 roku 15 proc. Polaków dało łapówkę". Co to jest "codzienna korupcja", wie każdy, kto próbował cokolwiek załatwić.

Obiecywała Partia, że będzie rządzić tak, "by żyło się lepiej", i słowa dotrzymała, przynajmniej w odniesieniu do tych, którzy żyją z "wymuszeń urzędniczych", czyli z wyciskania łapówek. Już ich nie straszy agent Tomek ani CBA, już się nie muszą niczego bać. Pod taką kryszą, jaką daje im obecna, jedynie słuszna władza, mogą łupić obywateli zupełnie bezkarnie i bez dbania nawet o pozory.

Jeśli nie dość komuś sukcesów, to jeszcze polecam informację, że prawdopodobnie uda się odnieść wielkie zwycięstwo w Brukseli. Bruksela łaskawie zaaprobuje "kreatywną księgowość" ministra Rostowskiego, pozwalając nie wliczać zadłużenia OFE do oficjalnego długu publicznego (co bynajmniej nie znaczy, że dług nie wliczany przestanie istnieć, ale zawsze bilans będzie ładniej na papierze wyglądał). A nawet, co więcej, Bruksela podniesie nam maastrichtowski próg deficytu budżetowego z 3 do 4,5 proc. PKB.

Patrzcie, malkontenci, jaka jest moc tuskowej polityki ukłonów! Komisja Europejska dała się ująć i pozwala Polakom wsadzić łeb w pętlę długów jeszcze głębiej. I nie będzie protestować nawet wtedy, kiedy w końcu sami sobie wykopiemy stołek spod nóg. Co za sukces! Trzeba by mszę jaką odprawić, z tedeum i biciem w dzwon Zygmunta, dla uczczenia ekipy, która nam to załatwiła.

Na tym kończę, bo pociąg dojeżdża do stacji końcowej. To znaczy, pociąg relacji Bydgoszcz - Warszawa. Bo kiedy dojedzie do swojej stacji końcowej ten wielki pociąg, z którego wysiąść nie sposób, prowadzony przez maszynistę wprawdzie bez głowy do rachunków, ale za to świetnego w bajerowaniu, nikt przewidzieć nie potrafi.

Ale kiedyś w końcu musi. I chyba już bliżej niż dalej.

Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje