​Równia pochyła demokracji

Demokracja w Polsce jest zagrożona! - powtarza od lat opozycja, która sama siebie nazwała "totalną" (skądinąd, wedle wszystkich reguł marketingu politycznego - samobójczo). Nie tylko usiłuje przekonać co do tego Polaków, ale też jeździ ze swym odkryciem nim za granicę i namawia, kogo tylko może, by możliwie głośno Polskę za łamanie demokracji potępił. Kiedy się jej to uda - a udaje się zwłaszcza tam, gdzie demokracja też ma się marnie - z radością oznajmia Polakom, że Zachód potępia Polskę jako niszczące demokrację "państwo zbójeckie" (niedawne określenie lewicowego tygodnika "The Guardian"), kiedy się nie udaje, sama pisze, piórami funkcjonariuszy swego agit-propu, w różnych "New York Timesach" to, co chce od Zachodu słyszeć, i też triumfalnie oznajmia to samo.

Przynosi to efekt odwrotny od zamierzonego. To nie jest rok 2007, kiedy wywiady o zagrożeniu demokracji w Polsce, udzielane na okrągło zachodnim mediom przez takich ludzi jak Bronisław Geremek, Marek Edelman czy Władysław Bartoszewski, wracając niczym bumerang nad Wisłę, bardzo przyczyniły się do zmobilizowania przeciwko PiS kilku milionów wyborców, w tym dwóch trzecich młodych - choć już wtedy skonsolidowały także poparcie dla PiS, który, o czym się zapomina, w 2007 miał wynik znacznie lepszy niż w 2005. Obecnie drugi efekt przeważa nad pierwszym. I mimo że widać to gołym okiem, im bardziej przeciwskuteczna jest ta strategia, tym mocniej opozycyjne media i politycy duszą pedał, zaostrzając retorykę i podnosząc głos. Dziś mówią już otwarcie o konieczności "rozwiązań siłowych", o tym, że "musi się polać krew" - i tracą popularność jeszcze szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. To gadanie o rozlewie krwi, represjach i prześladowaniach wciąż jeszcze jest raczej pajacowaniem sfrustrowanych nieudaczników niż poważną groźbą - choć jeden chory człowiek już sobie pod wpływem tej propagandy zadał okrutną śmierć i powtórka jest niewykluczona - ale w którymś momencie jakiś naładowany szczuciem "tefałenów" szaleniec rzeczywiście zrobi coś nieodwracalnego i ostatecznie zniszczy PO, Nowoczesną oraz ich medialny orszak, tak, jak wariat Eligiusz Niewiadomski złamał przed bez mała stu laty swą zbrodnią potęgę endecji.

Reklama

Mimo iż usunięcie z polskiej debaty publicznej toksycznej opozycji skupionej wokół "Gazety Wyborczej", TVN i pism Ringera Axela Springera jest ze wszech miar pożądane - lepiej, by nie trzeba było płacić za nie takiej ceny.

Paradoksalnie, największym zagrożeniem dla demokracji w Polsce nie jest władza, tylko "totalna" opozycja. Nawet już nie przez wezwania do "rozwiązań siłowych", obniżanie pozycji Polski w międzynarodowej grze interesów i infekowanie polskiego dyskursu publicznego czystą, zwierzęcą nienawiścią, w której dostrzega jedyne paliwo polityczne. Jest zagrożeniem już przez sam fakt swej nieudolności. Bo przy takiej opozycji i takich opozycyjnych mediach PiS będzie rządzić tak długo, póki mu się nie znudzi - i nawet jeśli się pokłóci sam ze sobą i pęknie, to i tak rządzić będzie jeden z tych PiS-ów, a opozycją do niego będzie drugi PiS.

W pewnym stopniu jest to wina "partiokracji", o której tyle mówi, i słusznie, Paweł Kukiz. Grzegorz Schetyna może odstraszać już nawet widzów TVN-u (podobno, gdy pojawia się na ekranie, oglądalność gwałtownie spada), może być nieszanowany i niepopierany przez nikogo poza najbliższymi współpracownikami, ale Grzegorz Schetyna rozdysponowuje po swojemu 15 milionów złotych budżetowej dotacji, więc liderem opozycji jest i pozostanie. Gdyby mu te pieniądze zabrano, wyleciałby jak Petru, ale to mu nie grozi. Schetyna pozostanie Schetyną, a więc i opozycja pozostanie taką, jaką jest, więc i większość Polaków, choćby miała nie wiedzieć ile powodów do niezadowolenia z PiS (na razie zbyt wielu nie ma), będzie musiała z braku sensownej alternatywy na PiS głosować, choćby ze wstrętem.

Czy w Polsce naprawdę demokracja jest zagrożona? Tak, zresztą nie tylko w Polsce i nie tylko w naszym regionie. Demokracja wszędzie jest dziś w kryzysie, ale co innego zagraża jej w Niemczech czy Francji, a co innego w Polsce. W Polsce to przede wszystkim brak szacunku dla instytucji i procedur, lekceważenie prawa jako czynnika stabilizującego państwowy organizm, beztroskie przekonanie, że najważniejsze są personalia i że jak sprawa jest słuszna (a wiadomo, że nasza sprawa jest słuszna zawsze, z definicji) to można nagiąć, albo i złamać zasady, bo cel uświęca.

Problem w tym, że ci, którzy w obronie demokracji wszczęli i eskalują ten ogłuszający wrzask, są dla Polaków skrajnie niewiarygodni.

Po pierwsze - ośmieszają wszystko bombastyczną przesadą. Kiedyś Ryszard Kalisz wyszył raport o śmierci Barbary Blidy, a ponieważ mimo jego starań wynikało z niego, jeśli ktokolwiek się wczytał, iż rzekoma męczennica zabiła się przypadkiem, próbując się samookaleczyć i uniknąć w ten sposób aresztowania (dziś już wiemy, że w świetle prawa i procedur całkowicie zasadnego) pan Kalisz ogłosił z grubej rury, że przedstawia dowody, iż rząd PiS "złamał Konstytucję". Poszukałem tych dowodów. Owoż złamaniem Konstytucji było, wedle Kalisza, powołanie do spraw uzdrowienia patologii w handlu węglem zespołu międzyresortowego, ponieważ Konstytucja niczego takiego nie przewiduje.

To było śmieszne i żałosne (Konstytucja nie przewiduje na przykład "gabinetów politycznych", więc wedle takiej interpretacji łamią ją wszyscy ministrowie wszystkich rządów III RP), choć oczywiście w "tefałenach" nikt nie odważył się tego oczywistego faktu skonstatować, a jeśli się taki trafił, został zakrzyczany. Ale nawyk histerycznego podnoszenia do rangi "łamania Konstytucji" każdej, najbardziej nawet duperelnej nieprawidłowości czy tylko wątpliwości, został podchwycony i rozwinięty do absurdu. Do tego stopnia, że dla Polaków zarzut ten stracił już jakikolwiek sens i znaczenie. Przypomnę, że histeria, jakoby prezydent Duda złamał Konstytucję i powinien być usunięty z urzędu, a w każdym razie cały naród powinien jego i PiS bojkotować oraz okazać "obywatelskie nieposłuszeństwo" rozpoczęła się niemal nazajutrz po objęciu przezeń urzędu, na długo, zanim jeszcze PiS pomyślał o usunięciu z Trybunału Konstytucyjnego nominatów PO i zastąpieniu ich swoimi (pozdrowienia dla profesora Zolla, tak przy okazji).

A po drugie, ci, którzy krzyczą o obronie demokracji, są przecież skrajnie niewiarygodni. Żeby w ogóle się na ich miejscu odzywać, trzeba bezczelności Lecha Wałęsy, który "falandyzował" prawo na potęgę i posyłał UOP do nękania opozycji, by teraz czepiać się, że PiS jedzie po bandzie (nie mówiąc już o głupocie nazywania tej jazdy totalitaryzmem gorszym od komunistycznego). Trzeba cynizmu Grzegorza Schetyny, odpowiedzialnego za "akcję widelec", za trzymanie niewinnych ludzi latami w "aresztach wydobywczych" tylko dlatego, że Donald oczekiwał rozprawy z "kibolami", by teraz mówić o praworządności. Trzeba podłości Hanny Gronkiewicz Waltz, która życzliwie patronowała rozkradzeniu połowy Warszawy, by krytykować PiS za patologie "reprywatyzacji", trzeba przewrotności Andrzeja Rzeplińskiego, bez oporów "klepiącego" Platformie kradzież 150 miliardów złotych z OFE, i samemu wyłudzającego na lewo w sposób godny wioskowego cwaniaczka 150 tysięcy "ekwiwalentu urlopowego"... Długo by wyliczać.

A do tego trzeba jeszcze hipokryzji Lisów, Wrońskich, Morozowskich i Stasińskich, którzy wtedy kryli łajdactwa "swojej" władzy i gorliwie kibicowali policyjnym prowokacjom wobec Marszu Niepodległości, napaści na wykonujących swe obowiązki dziennikarzy w Państwowej Komisji Wyborczej czy niszczeniu przez Grada i Hajdarowicza "Rzeczypospolitej" - a teraz nagle stali się obrońcami praworządności.

Z punktu widzenia wyborcy wygląda to w najgorszym razie tak, że za PiS nie jest wcale z praworządnością gorzej. Nie robi nic, czego nie robili świętoszkowie z "totalnej", a wielu ich grzechów na sumieniu nie ma (ot, porównać choćby swobodę, jaką cieszy się plugawy "sok z buraka" z losem serwisu "antykomor"). Może i usadza tu czy tam swoich, jak to prosty lud mówi, przydupasów - ale wszyscy przecież tak robili. I gdyby nie daj Boże "opozycja totalna" wróciła do władzy, to znowu będzie wszędzie usadzać swoich, bo przecież już to otwarcie zapowiada. I jeszcze zapowiada, że będzie karać tych, którzy dziś ścigają jej złodziejstwa, a złodziei obroni, i w ogóle, rozpęta jeszcze większą wojnę domową rozliczeniami.

No to kto by chciał jej powrotu? A jeszcze dodać trzeba niepowstrzymane równanie "totalnej opozycji" w dół, do poziomu Mazguły i "Farmazona", jej coraz bardziej odrażające oszołomstwo, od którego liderzy nie mają odwagi się odciąć, i nadęte wyznaczanie linii podziału między "elitami", czyli sobą, i "chamstwem", względnie "bydłem, które wdarło się na salony", czyli całej reszcie, uprawiane coraz bezczelniej przez te same upadłe autorytety, które jednocześnie wciąż zachłystują się oburzeniem, że Jarosław Kaczyński użył kiedyś określeń "najgorszy sort Polaków" i "oni stoją dziś tam, gdzie wtedy stało ZOMO’.

Zawsze powtarzałem - mieć złą władzę to niedobrze, ale mieć do tego także złą opozycję to to jest dopiero prawdziwa tragedia. I ta tragedia jest właśnie naszym udziałem. Dlatego trzeba jasno, wyraźnie dziś mówić: jeśli demokracja jest w Polsce zagrożona, to kluczem do jej uratowania nie jest zmiana władzy, tylko zmiana opozycji. Bo póki opozycja jest taka, jaka jest, to żadna zmiana nie nastąpi, a nawet gdyby nastąpiła, to nie będzie zmianą.

I tego właśnie: sensownej, merytorycznej i kierującej się interesem Polaków opozycji - sobie i państwu życzę, ku pożytkowi całej naszej Ojczyzny. 

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz | felieton

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje