Stop wariatom futerkowym!

Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta pana Kononowicza, którego źli ludzie podpuścili do publicznych wystąpień w roli kandydata na prezydenta i potem zarabiali na internetowej "bece" z niego. Ale jego wyborcze hasło "żeby nie było niczego!" pewnie jeszcze dźwięczy Państwu w uszach. Nie wiem, jak to jest z prawami autorskimi, ale proponuję, żeby stało się ono oficjalnym hasłem PiS na następne wybory. Przynajmniej jako oferta partii rządzącej dla rolnictwa.

Planowana likwidacja branży futrzarskiej, której służy zgłoszony przez posłów tej partii i podpisany przez samego Komendanta projekt, procedowany od wczoraj w Sejmie, to bowiem tylko kolejny etap operacji "wygaszania" rolnictwa, wedle mechanizmu, który trafnie opisał Cezary Kaźmierczak: jeśli koncernowi z Francji, Niemiec czy innego kraju psują interes Polacy, to nie wysila się, by z nami konkurować jakością czy ceną swej produkcji, ani nawet nie musi załatwiać eurodyrektyw, w rodzaju tej o "pracownikach delegowanych", tylko po prostu inwestuje w polskich lobbystów i "pożytecznych idiotów" - i ci już załatwią odpowiednie "wzmożenie moralne", na fali którego zniszczą polskich konkurentów ustawami.

Reklama

Pamiętam takie sprawy jeszcze z lat dziewięćdziesiątych - urządzono wtedy wielką kampanię medialną przeciwko sprowadzaniu do Polski "szrotu", czyli przywożeniu na lawetach starych czy "bitych" samochodów z Niemiec, które tu przywracano do użytku i sprzedawano ludziom nie mogącym sobie pozwolić na "nówki". Urządzono tę kampanię po to, by obudzić w Polakach godnościowe "a bośmy to jacy tacy, żeby niemieckim złomem jeździć?" i przeprocedować ustawowy zakaz "laweciarstwa". W efekcie tysiące warsztatów po polskiej stronie granicy, w których klepało się niemieckie szroty, upadło, a ich właściciele w większości wyjechali zatrudnić się za pachołków u blacharzy niemieckich - bo Polacy dalej, jeszcze przez wiele lat, jeździli "niemieckim złomem", tylko jeszcze płacili Niemcom za jego doprowadzenie do stanu używalności.

Po wejściu do Unii Europejskiej okazało się jednak, że głównym, jeśli nie jedynym polem, na którym jesteśmy w stanie skutecznie konkurować z Europą jest rolnictwo - a szczególnie tzw. "specjalne działy rolnictwa". Więc polscy pożyteczni idioci, z poduszczenia i za pieniądze zachodnich lobbystów, zaczęli je jeden po drugim likwidować, pod pretekstem, że to dręczenie zwierząt. Niech sobie dręczą i zarabiają na tym Francuzi, Niemcy i kto chce, ale naszemu chłopu zarobić nie damy, żeby se cham nie myślał.

I tak - najpierw zakazano tuczu gęsi na tzw. stłuszczone wątróbki. Miliony poszły się czochrać, głównie do nie mającej tyle wrażliwości na gęsią krzywdę Francji. Potem zakazano uboju rytualnego i jeszcze większe miliony, które zarabiali Polacy na eksporcie na Bliski Wschód, oddaliśmy zagranicznej konkurencji, w tym wypadku głównie Niemcom. No, a teraz zabrano się do likwidacji hodowli zwierząt futerkowych. To oznacza utratę przez Polskę jeszcze większych pieniędzy, głównie na rzecz Rosji i Danii.

Nie dajmy sobie wciskać kitu, że chodzi tu o zapobieganie okrutnemu traktowaniu zwierząt. Gdyby kogoś obchodził los zwierząt, postulowałby zaostrzenie przepisów i norm dotyczących odpowiedniego ich traktowania. To promotorów antypolskiej i antyrolniczej ustawy w ogóle nie interesuje. Oni chcą, przeciwnie, żeby zamiast w Polsce zwierzęta te hodowano w Rosji, gdzie w ogóle żadnych norm i przepisów nie ma i gdzie rzeczywiście - co propaganda pożytecznych idiotów kłamliwie przypisała hodowlom polskim - można zwierzęta oskórowywać na żywca czy wyrabiać z nimi najstraszniejsze rzeczy. A Polacy żeby za to Rosjanom płacili, zamiast samemu na krzywdzie futerkowców zarabiać.

W ogóle, zwracam uwagę, że histeryczne i demagogiczne argumenty, użyte przez pożytecznych idiotów (doceńcie Państwo jaki jestem koncyliacyjny, mówiąc tylko o idiotach, a nie o łapówkarzach, którzy niszczą polskich rolników za zagraniczne pieniądze) są właściwie argumentami przeciwko rolnictwu jako takiemu.

Nie tylko farmy szynszyli czy norek można pokazać jako miejsce potwornej męczarni zwierząt. A jak męczą się kurczaki, stłoczone na fermach tak, że aż im pióra przestają rosnąć! A jak te fermy śmierdzą! A te, gdzie hoduje się świnie, śmierdzą jeszcze bardziej. A kto nie ulituje się - jeśli to odpowiednio jakieś "otwarte klatki" sfilmują i zmontują - nad losem biednej krowy, spędzającej cały krowi żywot z łbem pomiędzy stalowymi prętami, a na koniec uśmiercanej prądem?

Okradanie zwierząt z ich jaj i mleka, jedzenie ich mięsa - ale też zabieranie drzewom owoców, koszenie trawy, pożeranie nasion, które taki "kukurydz czy inny zbóż" wyhodował sobie dla przedłużenia gatunku, miażdżenie tych kukurydzianych albo żytnich dzieci na mąkę, czy zacieranie ich w kadziach z biednymi drożdżami, zmuszając te ostatnie, by masowo dusiły się we własnych wydzielinach i destylowanie potem z tych wydzielin alkoholu... Tak, wszystko to jest potworne. Jesteśmy potworną rasą i jeśli raz przyjmiemy sposób myślenia ekowariatów, to powinniśmy, nie poprzestając na działaniach połowicznych, zlikwidować całe rolnictwo, a przede wszystkim - gatunek ludzki, największe zagrożenie dla ekosystemu. Jest w Australii taki filozof, który doszedł do tego wniosku już dawno, zupełnie poważnie, i liczba ekoświrów uważających go za swojego guru rośnie. U nas na razie ograniczono się do likwidowania krok po kroku rolnictwa.

To reguła i najważniejsza cecha podobnych wzmożeń i szantaży moralnych, że wpuszczają nas one na mętne wody całkowitego relatywizmu i tym samym oddają pod władzę widzimisię jakichś samozwańczych autorytetów. Bo, weźmy inny przykład - "człowiek ma prawo do wolnej niedzieli, tak każe Dekalog". No, powiedzmy, że ma - to co? Zatrzymajmy na niedzielę cały kraj i niech nikt nie robi nic, jak pobożni Żydzi w szabes. Ba, ale Żydzi tak mogli tylko dlatego, że żyli zawsze wśród obcych i mogli najmować szabesgojów. Wszyscy mają prawo, przechodzące w obowiązek, nie pracować w niedzielę, ale tylko ci wszyscy, którzy pracują w wielkich sklepach. Bo ci z małych nie mają. Co na to pożyteczni idioci? Że w niedzielę nikt nie musi kupować, może kupić innego dnia. Pewnie, a czy musi się szwendać po teatrach, kinach, knajpach? A dlaczego mają pracować taksówkarze, pompiarze na stacjach benzynowych (zatankować też można w inny dzień), kolejarze (a siedzieć w domach w dzień święty na d. zamiast się szlajać!) i tak dalej.

Rozkosznisie broniący szynszyli i norek podobnie: przedsiębiorcy żyjący z hodowli futerkowców mogą żyć przecież z czegoś innego. No pewnie, szkoda, że nie ujęto tego w słowa: "weźcie kredyt i zmieńcie pracę", to by świetnie do PiS pasowało. "Można nosić sztuczne futra". Pewnie, można też jeść "kotlety schabowe z soi" czy inne wegańskie imitacje jedzenia. A zamiast skórzanych butów i torebek nosić plastikowe. Choć torby plastikowe są akurat na celowniku innej sekty ekoświrów, bo są niedegredowalne. Sztuczne futra - to jest dopiero niedegradowalny śmieć, a ile zanieczyszczeń wydziela się przy ich produkcji - spytajcie fachowców! Ale tak właśnie jest z "eko", tu nie ma żadnej logiki, każdy wariat, jeśli dostanie odpowiednią kasę i nagłośnienie od lobbystów, może tu wylansować swoje mody. Jak to ujął pewien profesor - jeśli pędzelek jest z drewna i włosia, to jest eko, bo jest z naturalnych materiałów ulegających biodegradacji, a jeśli jest z plastiku, to też jest eko, bo do jego wyprodukowania nie ścięto drzewa i nie skrzywdzono zwierzęcia.

Potężny oręż w rękach tej mafii, w gruncie rzeczy bezideowej, bo jak widać równie dobrze czującej się czy to na umownej lewicy, czy na umownej prawicy, która lepiej od nas wie, co nam wolno jeść, kiedy nam wolno pracować, kiedy robić zakupy, i w ogóle, co dla nas najlepsze - i dla naszego dobra, w imię postępu moralnego, narzuci nam to ustawami, karami administracyjnymi, a jak się da to i przemocą. Chyba, że ludzie normalni i zdroworozsądkowi zdołają ich powstrzymać, w co nadal wierzę. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy