Świnie i złodzieje, ale tylko prywatnie

To pewnie było tak: przyszedł ktoś, dajmy na to biznesmen, do drogiej restauracji. I jak to należy do fasonu, gdy sobie podjadł i popił, zaczął się troszkę fraternizować z kelnerem. A co tam u was, Macieju, a wszystko dobrze, jasny panie, pochwalcie kucharza że smacznie, i obsługa tu u was też na poziomie, a dziękuję raz jeszcze proszę pana, tak, u nas najlepsi goście bywają, tam w tamtym saloniku to nawet często pan minister gości przyjmuje, zamiast w ministerstwie…

Gość, który, jak to biznesmen, stale musi robić z różnymi ludźmi dile, i dużo w jego interesach zależy od wyłapania, kto jest pod kogo podwieszony, tudzież skąd wiatr wieje, westchnął na to: o, wiele bym dał, żeby usłyszeć, o czym oni rozmawiają... A kelner, tknięty nagłą myślą, zastanowił się, rozejrzał i spytał: a konkretnie ile?

Reklama

Tak to pewnie było i tak się zaczęło, wiele lat temu. A może najpierw był jakiś dziennikarz z tabloidu, który dał kelnerowi czy menadżerowi w łapę za podsłuchanie celebryty? Tak czy owak, ktoś pierwszy zobaczył, że można to zrobić, że można na tym zarobić, i że ministrów czy prezesów podsłuchać równie łatwo, jak każdego innego gościa.

Okazja czyni złodzieja. W III RP, gdzie policjanci żyją z prowizji od "blacharzy" i "likwidatorów", służba zdrowia dorabia sobie powiadamianiem o świeżych "skórach"  zakładów pogrzebowych, urzędnicy skarbówki - informowaniem o znajdujących się w finansowej potrzebie "firm oddłużających", a pracownicy banków, a nadzoru budowlanego... ileż by można taką wyliczankę ciągnąć - więc, w takiej właśnie "najlepszej od tysiąca lat" III RP dlaczegóż by nie miałby sobie kelner dorobić podłożeniem dyktafonu?

Tym bardziej, że ­- wszyscy o tym wiedzą, oprócz orłów z ABW i BOR - od dawna już nagrywają wszyscy wszystkich. Michnik Rywina, Gudzowaty Oleksego, Julke Karnowskiego, Sztylc Kaczmarka, w Elblągu czy na Dolnym Śląsku, zresztą nie tylko w kraju - w USA szurnięto przecież niedawno trenera koszykówki za podsłuchaną prywatną rozmowę w której się niepochlebnie wyraził o czarnych, a młodociany gwiazdor musi się od miesięcy kajać i tłumaczyć ze starej taśmy, na której opowiada dowcipy w stylu żartu ministra Sikorskiego o polskiej krwi prezydenta Obamy. Nawet w szkołach, jak mi mówi znajomy belfer, istną plagą stało się nagrywanie nauczycieli przez z natury sprawniejszych w obsłudze elektronicznych gadżetów uczniów. No, a już szczególnie podsłuchują się na całym świecie biznesmeni. W biznesie tajna informacja jest cenniejsza niż złoto. W polityce też, ale politycy, poza naszymi, zwykle nie są idiotami, żeby kłapać dziobem w restauracji.

Kłania się Brzytwa Ockhama. Nie ma sensu kreowanie jakiegoś wielkiego spisku, jeszcze na dodatek pisanego jakoby cyrylicą, nie ma sensu wplątywanie w cała sprawę wywiadów światowych mocarstw, węgla, gazu, łupków i Bóg wie czego, wycieranie sobie gąb sformułowaniem "zorganizowana grupa przestępcza", które w prawie coś konkretnego znaczy i nijak jego znaczenie ma się do tej sprawy. Ministrów i prezesów państwa rządzonego przez Tuska mogło nagrać nawet dziecko komórką otrzymaną na Pierwszą Komunię.

Okazja czyni złodzieja, powiadali nasi przodkowie. Szpiega również. Kelnerom zamiast zarzutów prokuratorskich należą się gratulację za skompromitowanie wysoko postawionych chytrusów, którzy służbowe sprawy zamiast w gabinetach woleli załatwiać w knajpach, bo w gabinecie nie mogliby się nażreć za pieniądze podatnika ośmiorniczek.

Tylko, patrzcie państwo: śmiały się lemingi do rozpuku z "chytrej baby z Radomia" - a "chytry chłop z Chobielina" jakoś ich nie śmieszy. Tacy mądrzy byli komentatorzy, konstatując po tragedii w Smoleńsku oczywiste oczywistości, że 36 pułk lotniczy powinien być już dawno temu zlikwidowany, a wszystkie jego samoloty uziemione na kilka lat przed nieszczęściem - a teraz żaden nie zauważa, że nie byłoby całej sprawy, gdyby rządzący przestrzegali elementarnych reguł przyzwoitości i zdrowego rozsądku, nie mówiąc już o procedurach bezpieczeństwa?

Paręnaście lat temu, kiedy jeszcze nie było dyktafonów w długopisach, robiłem reportaż w małym amerykańskim miasteczku i chciałem porozmawiać z miejscowym sędzią. Sędzia to w hrabstwie, odpowiedniku naszego powiatu, fisza większa niż burmistrz, choćby dlatego, że się go wybiera na kadencję siedmioletnią. Jak to przybysz z Europy Środkowej chciałem być głupio uprzejmy, że nie róbcie sobie problemu, chodzi o kilka prostych spraw, możemy się spotkać na lunchu czy kawie, tak jakby prywatnie... Popatrzono na mnie jak na idiotę i wyjaśniono, że sędzia NIGDY nie spotyka się z nikim prywatnie. Ktoś tak ważny jak on - hrabstwo Carbon County, całe 60 tysięcy dusz, 27 tysięcy spraw sądowych rocznie, nie w kij dmuchał - MUSI być absolutnie "transparentny" i niedostępny dla kogokolwiek spoza najbliższej rodziny. Wszelkie spotkania, obojętne o jakiej porze i w jakim miejscu, muszą być wcześniej umawiane - agenda jest do wglądu dla każdego zainteresowanego w biurze - i nigdy z nikim nie spotyka się pan sędzia sam na sam, wyłącznie w obecności asystentów. PRZECIEŻ na sędziego nie może paść nawet cień podejrzenia, że coś tam z kimkolwiek uzgadniał czy dilował w tajemnicy przed ogółem!

Ciężkie życie? Zapewne. Ale nikt facetowi nie kazał się ubiegać o ten urząd, a skoro chciał, skoro go zdobył, to musi postępować zgodnie z wymaganiami, które przy jego piastowaniu obowiązują. Nie ma ośmiorniczek za darmo.

To znaczy, w USA.

Tyle w kwestii rzekomej "prywatności" rozmów, będącej głównym wątkiem "zamiatającej" propagandy. Wątkiem drugim, nierozerwalnie z nim związanym, jest deklamacja o "przestępczym" charakterze nagrania i pokrzykiwanie na domagających się uszanowania norm przyzwoitości, że stoją tam gdzie ZOMO, pardon, tam, gdzie przestępcy. Jest to taka bezczelność i cynizm, jakiego propaganda nie serwowała od czasów stanu wojennego.

Po kolei - rozmowy, jako się rzekło, nie były prywatne. Po drugie - są dowodem szeregu skandalicznych zachowań, kompromitujących elity władzy. Łamanie konstytucji i prawa unijnego przez szefa NBP, "skręcanie" postępowań skarbowych, wykorzystywanie narzędzi państwa i prawa jako "pały" na "tłustych misiów", to jest biznesmenów, żeby ich "jeszcze bardziej okraść" - co tu wyliczać, samo negocjowanie zmian w ustawach poza konstytucyjnymi kompetencjami jest w normalnym kraju aferą. Po drugie, nawet gdyby rozmowy były "prywatne", nic to nie zmienia w odpowiedzialności podsłuchanych.

Wymagamy od osób publicznych, aby były uczciwe, a nie aby dobrze udawały. Propaganda "Wyborczej", "Polityki" i prorządowych stacji odwołuje się do przekonania, że prywatnie wszyscy są świniami, co więcej, że prywatnie wszyscy mają prawo być świniami, i wszelka uczciwość, przyzwoitość, rzetelność jest tylko zachowywaniem pozorów. I można tych pozorów wymagać jedynie na pokaz. Prywatnie wszyscy tarzają się w błocku, a jeśli ktoś jakieś świństwo podejrzy, to niech się wstydzi ten, kto widzi, a nie świnia.

Fakt, iż ta linia propagandowa trafia do przekonania żelaznemu elektoratowi tej władzy, od pani Samanty Donicy z biura powiatowego, po panią Agnieszkę Holland z Hollywood, że obie one jednym głosem powtarzają suflowane im przez agit-prop frazesy o "przestępstwie" dowodzi, iż powszechne ześwinienie ogarnęło nie tylko elity władzy, ale także tzw. salony, czyli środowiska opiniotwórcze, i naśladujących je parweniuszy. 

To nie wróży dobrze przyszłości naszego państwa. W atmosferze totalnego przyzwolenia dla Belki, Sienkiewicza, Sikorskiego, Grasia, Krawca, Parafianowicza i innych władza po aferze pozostaje taka sama, jak przez nią. Owszem, jak to obrazowo ujął politolog, opadły jej gacie i wszyscy widzą goliznę, ale robi swoje. To znaczy nadal nieustająco na wszystkich szczeblach diluje i kombinuje, rękę-ręką-myje i wymienia wzajemne przysługi, i w tym wszystkim gdzieś krążą setki nagrań-haków, które każdy zainteresowany, czy to gangster, czy biznesmen czy obcy agent może kupić, sprzedaż albo użyć do wymuszenia na "organie publicznym" korzystnej dla siebie decyzji. A tak zwana, z przeproszeniem, elita, jest właśnie zorganizowaną grupą przestępczą, zbiorowo i w sposób skoordynowany popełniającą przestępstwo zwane "poświadczaniem nieprawdy". Czyli wmawianie frajerom, że szambo to nie szambo a bydło to nie  bydło.

Rafał Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy