Szlakiem Palikota

Wydaje się Państwu, że o aborcji napisano i powiedziano już wszystko. Otóż moim zdaniem nie – a jeśli nawet, to najważniejsze się nie przebiło i trzeba powtórzyć. A najważniejsze jest to, że, wbrew powtarzanej w kółko propagandowej zbitce feministek i innych zwolenników prawa do likwidowania niechcianych dzieci jeszcze przed urodzeniem, nie jest to decyzja kobiety. Decyzję o "zabiegu" ZAWSZE podejmuje mężczyzna.

Nie wprost. Poprzez zniknięcie. Albo rozłożenie rąk - "trzeba było uważać". Albo poprzez obłudne "ja za wszystko zapłacę". W każdym razie: to on. Być może zdarzają się wypadki, że ojciec dziecka zachowa się jak na faceta przystało, to znaczy zapewni swą kobietę "nie bój się i nie martw niczym, ja się wszystkim zajmę, wszystko co trzeba zapewnię, ochronię was, pomogę, ty myśl tylko o naszym dziecku", a ona mimo to decyduje się je zabić - ale muszą to być przypadki tak rzadkie, że statystycznie nieistotne.

Reklama

Wmówienie kobietom, że to "ich decyzja", mało tego, ich "prawo", to jedna z najperfidniejszych operacji propagandowych w dziejach. O tyle ułatwiona, że facetowi łatwo zniknąć - i jeśli się z czymś jestem w stanie zgodzić z krytykami Kościoła i tradycjonalistycznej moralności, to w tym, że istotnie potępienie skupiono zanadto na kobietach, zapominając, że za każdą aborcją stoi jakiś mężczyzna. Ciekawe, że właśnie z tych powodów aborcja była bardzo stanowczo potępiana przez dawne sufrażystki. Jej dostępność na każde życzenie stała się hasłem feminizmu dopiero w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku, w ramach kolonizowania ruchów kobiecych przez szukających "nowego proletariatu" marksistów.

Korzystam z okazji, by o tym przypomnieć, bo po tym wizerunkowym samobójstwie, jaki właśnie na okoliczność aborcji wykonała "totalna opozycja", temat chyba na długo spadnie z tak zwanej "agendy". Przyglądam się polityce i komentuję ją obrzydliwie długo, od ponad ćwierć wieku, ale muszę powiedzieć, że takiego samozaorania jeszcze nie widziałem.

Odkładając na bok sprawy moralne i wszelkie argumenty merytoryczne: Polscy wyborcy mają już sporu o aborcję szczerze dość. Reagują na samo słowo alergicznie, a wszelkie dłubanie przy "kompromisie" uważają za polityczną grę i "temat zastępczy". Po wieloletnich dyskusjach większość z nas zgadza się, że aborcja to zasadniczo zło, choć w pewnych szczególnych wypadkach zło mniejsze. Jest więc za tym, by, tak jak obecnie, dopuszczalna była tylko w wyjątkowych okolicznościach. Zarówno rozciąganie zakazu na przypadki zagrożenia życia matki czy "ciąży pochodzącej z czynu przestępczego" , jak i czynienie "bohaterki" z celebrytki, przechwaląjącej się, że pojechała za granicę usunąć ciążę, bo nie chciało jej się przeprowadzać do większego mieszkania, budzą powszechny sprzeciw.

Względny sukces "czarnych protestów" sprzed bez mała już dwóch lat wynikał z faktu, że pani Janda i inne celebrytki zdołały Polki nastraszyć, że PiS chce ten kompromis naruszyć i drastycznie zakaz zaostrzyć. Były to więc manifestacje nie za liberalizacją prawa aborcyjnego, tylko w obronie stanu obecnego - czego lewica, jak zwykle wsłuchana wyłącznie w samą siebie, nie zauważyła.

Wydawało się wtedy natomiast, że zrozumiała to Platforma Obywatelska, bo przyjęła narrację zgodną z oczekiwaniem większości: "będziemy chronić istniejący kompromis". Schetyna zapowiadał także, że PO szukać będzie elektoratu centrowego, umiarkowanie konserwatywnego, mówił o "nowej chadecji", o "konserwatywnej kotwicy", i brzmiało to wszystko rozsądnie, bo większość Polaków jest taka właśnie "umiarkowanie zachowawcza" (parafrazując Kołakowskiego: konserwatywno-liberalni-socjaldemokraci) i to nie nic innego, tylko spozycjonowanie kiedyś PO przez Tuska jako partii zdrowego rozsądku, ciepłej wody w kranie i zbywania różnych genderowych wariactw wzruszeniem ramion dało jej - oczywiście w połączeniu z kredytami i dotacjami unijnymi - osiem lat rządów.

Ale to już dawno i nieprawda. Platforma zarządziła dyscyplinę głosowania przeciwko istniejącemu kompromisowi aborcyjnemu, a kiedy troje posłów, ostatnich w partii niedobitków konserwatyzmu, nie posłuchało i zagłosowało zgodnie z własnym sumieniem oraz programem partii, wyrzuciła ich z hukiem, zaraz następnego dnia. Kilka dni po tym, jak stanęła murem za senatorem Gawłowskim, umoczonym w korupcyjne smrody w sposób oczywisty nawet dla słabo zorientowanego konsumenta mediów. Wychodzi na to, że być za utrzymaniem istniejącego ustawodawstwa, co przez ostatnie lata PO deklarowała jako swój program, to rzecz w PO nie do przyjęcia - za to brać "kanapki" czy kraść kamienice jak najbardziej.

Nie sposób już nawet powiedzieć, że Schetyna się "zakiwał". To jakieś wyrafinowane samobójstwo ze szczególnym udręczeniem. Partia niegdyś dominująca, potężna, wyprawiła się po niszowy elektorat partii "Razem", ścigając się do jego względów z prezentującą się niegdyś jako technokratyczna i zdystansowana od sporów ideologicznych Nowoczesną. Tego niszowego elektoratu nie zdobędą, bo lewicowa drobnica będzie dla niego zawsze bardziej wiarygodna od zaplątanej PO i coraz bardziej groteskowej i pokłóconej "nowośmiesznej", za to stracą resztki szacunku i szans w centrum.

Zresztą - gdyby tam, po stronie aborcji na żądanie, rzeczywiście był jakiś elektorat, to Ruch Palikota wciąż by istniał i liczył się. Dzielenie sceny politycznej według kryterium aborcyjnego jest dla opozycji skrajnie niekorzystne, a przejmowanie retoryki pani Nowackiej i jej towarzyszek, zionących pogardą dla "zdeformowanych płodów", "zlepków komórek" oraz "kalek i bękartów", do mnożenia się których "zmusza" zakaz aborcji, to pewna recepta na powtórzenie sukcesu, jaki Korwin-Mikkemu przyniosła kampania przeciwko niepełnosprawnym dzieciom.

Jest w tym coś, czego "umom nie razbieriosz". W całym demokratycznym świecie wybory wygrywa się przez zdobycie centrum, i każda siła polityczna, która chce wygrać, kieruje się właśnie ku wyborcom umiarkowanym, powściąga swych radykałów, łagodzi retorykę i szuka kompromisów. U nas też się to czasem zdarza, ale widać wyraźnie, że większość polityków ciągnie ku skrajnościom. Wbrew wszelkim rozumowym przesłankom. U Tuska było to racjonalne, bo odkąd podjął decyzję o przeskoczeniu na unijną synekurę, musiał się zacząć podobać już nie Polakom, ale rządzącemu Unią lewactwu. Ale u innych to niepohamowana namiętność. Zresztą po obu stronach, wystarczy spojrzeć, jak po umownej prawej stronie szaleją dziś i wierzgają radykałowie po dymisji Antoniego Macierewicza.

Tyle, że Jarosław Kaczyński nad tym samobójczym pędem panuje, czego wspomniana dymisja najlepszym dowodem. Natomiast "totalna opozycja" najwyraźniej zupełnie straciła kontakt z rzeczywistością, albo ktoś jej powiedział, że w następnych wyborach głosować będą tylko prenumeratorzy "Wyborczej". Nie wiem, czy warto wyprowadzać "totalną opozycję" z błędu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje