Tego nie da się ułożyć

Nie przypominam sobie w dziejach III RP rządu, przeciwko któremu nie protestowaliby pracownicy służby zdrowia. Czasem są to anestezjolodzy, czasem pielęgniarki, czasem jeszcze inna grupa, w zależności od tego, kogo akurat odsłoni przykrótka kołderka, przeciągana przez kolejnych ministrów to tu, to tam. Ktokolwiek by protest prowadził, zawsze cieszył się on dużą sympatią społeczeństwa, bo wszyscy wiemy, że lekarze zarabiają za mało i powinni dostawać więcej. Chętnie przyznaje to zresztą także każda oprotestowywana władza. Ale dodaje też, że choć się zgadza, iż w służbie zdrowia powinno się zarabiać lepiej, to dała, ile mogła, więcej nie ma, choćbyście zabili - "a z próżnego i Salamon / Nie naleje też tak samo", jak to ujmował Towarzysz Szmaciak z genialnego poematu o realnym socjalizmie pióra Janusza Szpotańskiego.

Ostatecznie więc protestujący z rządowymi negocjatorami powożą się trochę w tę i we w tę, naciągną wspomnianą już przymałą budżetową kołderkę na tych, którzy się zmobilizowali do protestów, kosztem kogoś innego, kto się w porę nie ogarnął i nie podniósł krzyku - i się rozejdzie po kościach.

Reklama

Jest taka piosenka mistrza Młynarskiego o układaniu, jak to jest w niej nazwane, "pucla". Dziateczki mają piękny obrazek i mnóstwo kawalątek, lecz choć wytężają oczka i męczą się cały dzień, nic im się nie udaje. Bo, jak w końcu odkrywa najsprytniejszy z nich mały Jasiu, żaden z kawałków w ogóle nie pasuje do obrazka. Po prostu "to nie da się ułożyć". Ta piosenka była oczywiście wyrafinowaną kpiną z prób budowania w Polsce ustroju, który, wedle słów samego Stalina, "pasował Polakom jak krowie siodło". I właśnie dlatego doskonale pasuje ona także do niestrudzonego reformowania służby zdrowia w III RP, polegającego na zmienianiu nazw (wojewódzkie wydziały zdrowia, wojewódzkie kasy chorych, wojewódzkie oddziały Narodowego Funduszu Zdrowia, raz połączone, raz znowu podzielone etc.) bez zmiany istoty sprawy, przerzucaniu niedostatku z jednej grupy personelu na drugą i cyklicznym podnoszeniu postulatu "współpłacenia za usługi medyczne", a potem odrzucaniu go w myśl konstytucyjnej zasady, że służba zdrowia musi być bezpłatna.

Właśnie owa konstytucyjna zasada jest istotą problemu. Dodajmy - zasada w najoczywistszy sposób łamana, bo przecież w owym zbiorze pobożnych życzeń i legislacyjnych uników, jakie stanowi fetyszyzowana przez "opozycję totalną" konstytucja z 1997 roku, sprawa postawiona jest bardzo kategorycznie: każdy obywatel ma prawo do bezpłatnej opieki medycznej. Nie ten, który jest oskładkowany, nie ten, który ma swoje konto w jakimś NFZ, tylko każdy. Domagając się od pacjenta poświadczenia "uprawnień" szpitale i przychodnie codziennie więc rażąco łamią Konstytucję, przeciwko czemu jakoś żaden KOD nie protestuje, bo jest ona w tym punkcie rażąco i w sposób dla wszystkich głupia. Nie na tyle jednak rażąco i w sposób oczywisty, żeby ktokolwiek gotów był ten idiotyzm zlikwidować. Niczego ludzie nie bronią tak bardzo, jak pozorów.

Stare powiedzenie głosi, że biednych nie stać na tanie rzeczy. Idąc dalej, logicznie - na rzeczy bezpłatne nie stać nawet najbogatszych. "Bezpłatność" czegokolwiek, usług medycznych także, to złudzenie, za które trzeba płacić znacznie drożej, niż gdyby płaciło się wprost, normalnie. Najbogatsze kraje sobie z tym wyzwaniem nie poradziły, i my sobie nie poradzimy też. "Albo dajcie nowe klocki, albo zmieńcie ten obrazek". Celem naprowadzenia PT Czytelnika na właściwy trop, zwrócę od razu uwagę na fakt, że klocki są jakie są i ich się zmienić nie da.

Dopóki obstajemy przy obrazku dyktowanym przez ideolo, wbrew praktycznemu doświadczeniu, zawsze będzie nie tak. Nic nie pomoże podniesienie odsetka PKB przeznaczanego na ochronę do zdrowia 6, czy 6,8 albo nawet i 7 proc. PKB, bo to i tak będzie o wiele, wiele mniej, niż na swoją "bezpłatną służbę zdrowia" wydali na przykład Brytyjczycy czy Szwedzi, a co sądzą o efektach, wystarczy ich tylko zapytać. Powiedzmy, że PiS wyczaruje skądś pieniądze dla rezydentów. No i co? Mówimy przecież o stażystach, ludziach świeżo po studiach. Nie mówię, że nie powinni więcej zarabiać - wszyscy powinni. Ale jeśli stażyści dostaną po sześć tauzenów na głowę, jak żądają głodujący, to ile, po sprawiedliwości, powinni dostawać starsi, bardziej doświadczeni? Sześć tysięcy miesięcznej pensji ma w Opolu znajomy ordynator ważnego oddziału. Już widzę, jak go uraduje wieść, że po 27 latach pracy, na swoim stanowisku, z taką odpowiedzialnością, ma zarabiać tyle samo co jakiś, z przeproszeniem, szczyl prosto ze studiów. Zrozumiałe. Podobnie, jak i zrozumiała jest reakcja PT szczyla, który zapewne odpowie, że on ma to wszystko gdzieś, bo może wyjechać do krajów, gdzie jest więcej kasy, a my se róbmy co chcemy - ściągajmy lekarzy z Ukrainy albo i Mongolii, względnie leczmy się lewoskrętną witaminą C.

Całkowita prywatyzacja zakładów medycznych, konkurencyjne ubezpieczalnie, z dopuszczeniem (docelowo - całkowitą dominacją) podmiotów prywatnych i pogodzenie się z faktem, że zawsze ktoś będzie na marginesie, poza systemem i walczyć można tylko o to, aby ten margines był jak najmniejszy i aby tym, którzy tam wylądowali były w stanie pomóc instytucje charytatywne. Dopóki nie znajdzie się władza na tyle mądra i odważna, by to zrobić, proszę mi jako obywatelowi, pacjentowi i podatnikowi nie zawracać głowy kolejnymi problemami i konfliktami przy beznadziejnym dopasowywaniu kawałków rzeczywistości do obrazka wziętego z marzeń.

Ale poza stwierdzeniem powyższych "oczywistych oczywistości" jest jeszcze jeden powód, by się do sprawy głodujących rezydentów odnieść. Otóż od opisanej na wstępie rutyny protestów był w dziejach III RP jeden wyjątek - protest pielęgniarek przeciwko rządowi PiS w roku 2007. Nie żeby z tego protestu wynikło coś dla samych pielęgniarek. One akurat nie zyskały nic, co same po czasie przyznają. Ale bardzo zyskała na nim ówczesna opozycja. Protestujące pielęgniarki odwiedzali celebryci i politycy, prezydentowa Kwaśniewska przynosiła im ciasto, Ewa Kopacz obiecywała złote góry jak tylko obalą PiS, "Krytyka Polityczna" dostawiła do "białego miasteczka" swój namiocik, w którym brylowała Henryka Krzywonos, a Hanna Gronkiewicz-Waltz zapowiadała, że jeśli policja spróbuje zepchnąć pielęgniarki z bezprawnie zajętej ulicy, to Straż Miejska na jej rozkaz będzie ich bronić.

To wszystko mocno uderzyło w PiS, a możliwe było tylko dlatego, że Jarosławowi Kaczyńskiemu puściły nerwy i zamiast cierpliwie pielęgniarki przyjąć w URM, ulitować się rutynowo i użyć nieodpartego, zwyczajowego argumentu "ja bym wam serce, kochaniutkie, ale w budżecie nędza..." - zobaczył w nich spisek opozycji i kazał potraktować z buta.

Wydaje się, że jest to słabość Kaczyńskiego jako polityka - są relacje, że w czasie grudniowego "ciamajdanu" nakazał wyrzucenie okupujących sejm posłów siłą - na szczęście dla PiS i nieszczęście dla opozycji, szef Straży Marszłkowskiej odmówił, i właśnie za to miał wylecieć.

Nic dziwnego, że jeśli nawet "totalna opozycja" nie miała nic wspólnego z organizacją protestu "rezydentów", to  zareagowała nań ekscytacją i nadzieją, że uda się powtórzyć dawny sukces "Białego Miasteczka". Niebezpodstawną, jak pokazała, skwapliwość, z którą zwolennicy PiS rzucili się demaskować protestujących jako rozbijającą się po świecie i obżerającą kawiorem "bananową młodzież" z Nowoczesnej i Razem. Ale, jak się zdaje, PiS uczy się na błędach i demaskujący najnieoczekiwaniej dostali od swoich mocodawców po uszach.

Z punktu widzenia władzy - słusznie. Nie ma co robić z lekarzy wrogów ustroju. Trzeba, jak poprzednicy - ulitować się, przyznać rację, powiedzieć, że nie ma, ale jak będzie to damy. Coś tam się obieca, coś przesunie z rubryki do rubryki, i protest się rozejdzie po kościach. A pucel jak jest rozsypany, tak będzie nadal. Jak ktoś chce się leczyć, to i tak musi prywatnie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy