Tożsamość z bańki

Zastanawiam się, co takiego my, Polacy, zrobiliśmy aktorom, że akurat oni stali się grupą zawodową najbardziej chyba sfrustrowaną w Polsce, najbardziej gardzącą Polakami i stanowiącą żelazne zaplecze "opozycji totalnej" (bo jedno z drugim ściśle się łączy, o czym za chwilę)? Trzej leciwi wodzireje "Marszu Wolności" to przecież reguła, a nie wyjątek. Ze wszystkich profesji, które w nadziejach anty-pisu miały dokonać rewolucji odwracającej skutki ostatnich wyborów – bo przypomnę, plan opozycji był taki, żeby zwoływać kongresy zawodowe: prawników, historyków, tzw. ludzi kultury i tak dalej, na których kolejne branże jedna po drugiej wymawiać miały posłuszeństwo "państwu PiS" – nawet prawnicy wyraźnie się już pogodzili z rzeczywistością. Tylko aktorzy, szczególnie ci starzy, trwają przy totalsach niezłomnie. No, może nie aż tak niezłomnie, żeby nie brać kasy od "reżimowej" TVP czy PISF, ale chętnie dają twarzy opcji "żeby znowu było tak jak było", jej kolejnym akcjom, protestom i organizacjom, których sens sprowadza się do "nienawidzimy PiS".

Z wielką uwagą słuchałem, co w tej kwestii wyjaśni Janusz Gajos, który pofatygował się wyznać swą niechęć do rządzącej partii redaktor Pochanke w TVN 24. Znakomity aktor miał do powiedzenia tyle, że "jeden człowiek [tzn. Jarosław Kaczyński]  chce mu mówić jak ma żyć, daje mu tabelkę z przykazaniami na każdą okoliczność jego życia" i "od rana chce mu mówić, który but założyć na którą nogę". A także, że Kaczyński "myśli jak dziecko, które chce być królewiczem" i "prowadzi ludzi za rękę w stronę piekła", oraz, ogólnie, że "to jest cyrk, trudno uwierzyć, że to się dzieje naprawdę" i "to jest straszne".

Reklama

Nie chcę się pastwić nad Mistrzem, ale to przecież poziom intelektualny sióstr Godlewskich. Absolutnie o każdym polityku, liderze opinii czy nawet tylko celebrycie można by powiedzieć, że "chce mówić ludziom jak mają żyć" i poprzeć to andronami o tabelkach czy butach. Jeśli takie farmazony wygaduje Janusz Gajos, czego wymagać od Magdaleny Cieleckiej czy Jacka Poniedziałka?

Ale bezradność przy próbach sformułowania, co konkretnie tak złego robi PiS, jest charakterystyczna dla wszystkich liderów i zwolenników "totalnej opozycji". Na potrzeby zagospodarowania własnej "bańki informacyjnej" wypracowała ona pojęcia-klucze, czy raczej wytrychy, których w gronie przekonanych tłumaczyć nie trzeba. "PiS odbiera wolność", "rozmontowuje demokrację", "wyprowadza z Europy" - poczesne miejsce zajmuje tu fraza o "wielokrotnym łamaniu Konstytucji", która w dzisiejszym dyskursie opozycji zajmuje to samo miejsce, co w latach 2005-2007 "naciski" i "nadużycia władzy". I jest w takim samym stopniu - to znaczy w stu procentach - kłamstwem.

Tak, jak po roku 2007 wszelkie próby zmontowania jakichkolwiek nadużyć PiS, mimo dwóch komisji sejmowych i zaangażowania licznych prokuratur (byłych ministrów i członków komisji weryfikacyjnej WSI wzywano na przesłuchania po kilkadziesiąt razy) spaliły na panewce, tak i teraz, gdyby rzeczywiście doszło do postawienia kogokolwiek przed Trybunałem Stanu, wyszłoby, że nic "twardego" na niego nie ma. I dlatego, podobnie jak poprzednio, żadnego takiego wniosku nie będzie, to tylko narkotyk dla hejterskiej tłuszczy. Dopóki trzyma się ją w bańce, skuteczny - wystarczy powiedzieć "to, co się dzieje", albo "to, co oni wyrabiają", i ogarnięci nienawistnymi emocjami nie pytają wcale - no, a co się dzieje? Co wyrabiają? Na tej samej zasadzie, na jakiej obsesyjny żydofob, słysząc, że "Żydzi knują" nie pyta o konkrety, bo przecież wie, że knują, wierzy w to całym jestestwem. Różnica jest tylko taka, że w żydowskie knucie wierzyć "ludziom na pewnym poziomie" nie wypada, a brednie o "wielokrotnym łamaniu konstytucji" i "rozmontowywaniu demokracji" powtarzają z przekonaniem ludzie z naukowymi tytułami czy artyści tej miary co wspomniany Janusz Gajos.  

Taki wirtualny dyskurs czasem jest skuteczny - do dziś większość najstarszych Polaków wierzy, że karnawał "Solidarności" 1980-1981 był czasem wzmożonej przestępczości, chaosu i narastającego zagrożenia, choć dokumenty dowodzą, że nic podobnego nie miało miejsca, a przestępczość była wtedy, wręcz przeciwnie, najniższa w dziejach PRL. Tak samo wielu pięćdziesięciolatków z pokolenia zarażonego michnikowszczyzną wierzy we wspomniane "nadużycia PiS" czy na przykład "zaszczucie" Barbary Blidy przez Ziobrę, mimo bodaj pięciu już wyroków sądów, i to jeszcze sprzed reformy.

Ale ta skuteczność wynika z faktu, że zarówno telewizja czasów stanu wojennego, jak i ta przed rokiem 2007 była zgraną propagandową orkiestrą, wpatrzoną w tego samego dyrygenta. Tworzenie propagandowej wizji świata jest jak dmuchanie balonu - jedna dziura, i powietrze z niego ucieka. W 2015 PiS taką właśnie dziurę zrobił, przejmując media państwowe i czyniąc z nich anty-TVN.

Proszę zauważyć: u siebie liderzy i wyznawcy sekty antypisowskiej sa niezwykle wymowni, ale jeśli któryś z nich wychyli nos poza getto "swoich" mediów, wiernych, oddanych partyjnej sprawie tefałenów i tokefemów, i usłyszy pytanie - ale tak konkretnie? - to zaczyna się masakra. Archetypicznym przykładem stał się tu wywiad Roberta Mazurka z Magdą Jethon, ale - śledzę to - w podobny sposób głupieją, gdy ich spytać o konkrety, wszyscy zwolennicy PO czy tęczowej lewicy. Ich świat nie wytrzymuje konfrontacji ze światem realnym, nawet werbalnej. Stąd specjalnością opozycji stało się demonstracyjne wychodzenie, nieprzychodzenie, odcinanie się i apelowanie o nieutrzymywanie kontaktów z. Tylko tak mogą pozostawać w bezpiecznym wnętrzu bańki.

Może tą najbardziej oddaną upadłej władzy "special task force" dlatego stali się aktorzy, że, siłą rzeczy, oni najbardziej przyzwyczajeni są do życia w nierzeczywistości, wśród wyobrażeń i fantomów? Najłatwiej im uwierzyć w świat, w którym straszliwy reżim prześladuje, niszczy demokrację, wyprowadza, cenzuruje i tak dalej - choć, jako żywo, żadnemu z nich ani nikomu kogo znają w realu żadna konkretna krzywda się nie stała?

Z drugiej strony, to nikt inny, tylko właśnie stary aktor najlepiej ujął, o co w istocie chodzi umownej "tamtej stronie". PiS to przecież tylko totem, tylko hasło, znak, uruchamiający emocję spajającą upadłe elity III RP i tych, którzy za nimi poszli.

"Ostatnie czasy zniszczyły dążenia całego mojego życia. Całe życie chciałem być Europejczykiem... Że będę przez nich uznany, że będę na równi, że będę doceniony" - oznajmił w tej samej stacji Jerzy Stuhr, i w ten sposób powiedział właściwie wszystko o zbiorowym kompleksie niższości, podstawie tożsamości elity III RP i jej odrzuconych przez ciemne społeczeństwo starań o "wyzwolenie" nas wszystkich z tej "nienormalności", jaką stanowi polskość.

A jeśli uczynił to w sposób nie dość dobitny, to kropkę nad "i" postawiła "Wyborcza", publikując wyniki sondażu przeprowadzonego wśród swoich czytelników - czy raczej wyznawców - "czy wstydzisz się Polski". Z sondażu wynika jasno: tak, wyznawcy "wstydzą się za Polskę" "bardzo często" i "raczej często" - jak, nie przymierzając, wspomniany Stuhr, który pochwalił się, że za granicą każe żonie zwracać do siebie w obcym języku, żeby się nie wydało. Natomiast odczucie dumy z Polski jest im najgłębiej obce.

Fakt, że trybuna anty-pisu otwarcie się tymi wynikami chlubi oznacza, że jest z tego "wstydzenia się za Polskę" dumna. I tyle na temat mikroklimatu, panującego w tamtejszej bańce. Całe szczęście, że coraz mniejszej i mniejszej.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy