Urbanizacja "opozycji totalnej"

Wyznam, że inaczej niż u wielu rówieśników, bohaterem mojego dzieciństwa nie był ani Hans Kloss, ani Janek Kos. Oczywiście, oglądałem, bo co tam było w tych czasach innego do roboty, i cieszyłem się wraz ze wszystkimi, gdy "jak gonili hitlerowca, to mu opadały spodnie". Ale prawdziwym idolem dla małego Rafałka był Pan Wołodyjowski. Wywijałem drewnianą szabelką, galopowałem po mieszkaniu na odwróconym krześle i, nie ucząc się ich wcale, znałem dialogi z serialu na pamięć.

Dzięki temu jestem dziś może jedynym, który rozumie, co robi "totalna opozycja". Otóż robi ona właśnie to samo, co powieściowy Wołodyjowski (zaznaczam, że ten zmyślony pod ruskim zaborem przez Sienkiewicza i podniesiony do rangi bohatera masowej wyobraźni w PRL przez Hoffmana, bo historyczny postąpił był zgoła inaczej). To znaczy: nie mogąc znieść przegranej, wysadza się w powietrze. Chciałaby się oczywiście wysadzić z całą Polską, ale na to jej "prochów nie staje", więc wywala przynajmniej w powietrze takie swe ostatnie fortece, jak Sąd Najwyższy. Wiele wskazuje, że skończy się na jednej baszcie - festiwalu w Opolu. 

Reklama

W retoryce "opozycja totalna" wciąż jeszcze jest buńczuczna, próbuje udawać, że upadek PiS jest przesądzony, że całe społeczeństwo chce przecież do Europy, wiec oni, którzy do tej Europy latają z donosami i wmawiają, że Kaczyński nas z niej wyprowadza, prędzej czy później do władzy wrócą. Że z nimi są "autorytety", ich popiera Timmermans, Junker-Drunker i inne europejskie Guye, za nimi stoją murem piosenkarze i establishment prawniczy - więc któż przeciwko nim? Wiocha, biedota którą PiS kupił sobie za "pińset", stare dewotki (no bo kto inny w dzisiejszych czasach wierzy jeszcze w Boga?), jakieś wąsate Janusze. No przecież nie jest możliwe, żeby wyborcy szli za kimś takim, a nie za nami, ludźmi, było nie było, na poziomie. 

Ale kto się przyjrzy bliżej, kto umie czytać między wierszami, widzi, że w głębi ducha oni sami już w to nie wierzą. Jedną gębą zapewniając siebie nawzajem, że przyjdą te wymarzone miliony i zmuszą pisowców do skakania z okien, drugą snują już narrację o ciemnocie, która nigdy mądrych ludzi nie zrozumie, tylko słucha populistów, i która zamiast rozumem i przyzwoitością kieruje się zawiścią wobec lepiej urodzonych/wykształconych/zarabiających, w każdym razie - wobec lepszych. Pod osłoną buńczucznych okrzyków trwa przymierzanie pluszowych krzyży i masek Sokratesa, zaszczutego przez ciemną, pisowską tłuszczę za mówienie jej w oczy prawdy. 

Trudno wymagać od misiów o bardzo małych rozumkach, żeby pojęły, gdzie jest przyczyna ich klęsk. Nie pojmą zapewne, nawet gdy im ktoś poda na tacy. Ale mimo to, co tam, stać mnie na taki gest - proszę bardzo, powtórzę im to jeszcze raz.   

Ludzie się od was odwrócili i nigdy nie wrócą, bo im przestaliście imponować. Elity III RP wciąż tkwią mentalnie w latach dziewięćdziesiątych, kiedy blichtr salonów rzeczywiście miażdżył potencjalnych konkurentów do rządu dusz. Bo tam u Michnika i Kwaśniewskiego byli nobliści i profesorowie, Europa, kasa, haj lajf, szampan w lufkach, nagrody literackie niemieckich miast i wystrzałowe dziwki w koronczastej bieliźnie. A ówczesna prawica? Kruchta pełna staruszków, łupież na marynarkach, bogoojczyźniane zawodzenie żałobnych pień... Michnik i jego kompania trzymali w rękach wszystkie narzędzia dystrybucji szacunku i używali ich bezlitośnie w interesie własnym i twardo stojących za nimi uprzywilejowanych kast, dojących i łupiących ojczyznę na miliardy. 

Powie ktoś - ale przecież to się nie zmieniło, te narzędzia, poza wyłamanymi z chóru mediami państwowymi, wciąż są w tych samych rękach, wciąż jest ta sama kasa, te same autorytety, te same elity... Tylko że autorytety spierniczały i śmieszą jak sklerotyczne odezwy Olbrychskiego i Jandy, narzędzia się stępiły, Europa z wielkiego cyca, z którego pokorne cielęta mogły ssać do woli dobrobyt, zmieniła się w brudne, groźne murzynowo... A zwolennicy z "fajnych" Polaków, "wytworną konfekcją okrytych" europeizujących się i cywilizujących dzięki pracy w korpo i kopiowaniu zachodniego stylu życia, przepoczwarzyli się postarzałych, sfrustrowanych, duszących się z bezsilnej nienawiści kodomitów i UB-wateli z uzębieniem przednim a la Paweł Kasprzak. Żeby się zbytnio nie rozwodzić - co dwadzieścia lat temu imponowało, dziś odrzuca i śmieszy, co wtedy było tres chic i glamour, dziś jest obciach. 

Bardzo bym chciał wierzyć, że jest w tym zasługa takich żuczków jak ja, które przez te ćwierć wieku podgryzały michnikowszczyznę i salon swoimi drwinami i perswazjami w felietonach oraz książkach, ale nie jestem taki głupi. Elita III RP przegrała sama ze sobą. 

Nic bardziej żałosnego, niż kiedy dziś próbuje to towarzystwo wywijać słowami nieboszczyka Bartoszewskiego "warto być przyzwoitym". Przyzwoitym? Wy to mówicie? Chciałoby się słowami "Bogusia" Lindy z kultowego i typowego dla tamtych czasów filmu o dobrym ubeku powiedzieć: a co wy k... wiecie o przyzwoitości? 

Pokażcie mi te swoje autorytety. Wałęsa, człowiek-fejk, człowiek, który, mówiąc słowami sprzątaczki z filmu Barei "w życiu słowa prawdy nie powiedział", kłamał rano, w południe i wieczorem i wciągnął w te swoje kłamstwa opiniotwórcze elity, plączące się wraz z nim w rytmie - nigdy nic nie podpisałem, podpisałem, ale ich oszukałem, wszystko jest sfałszowane, podpisałem z dobrego serca bo chciałem pomóc ubekowi, który zgubił samochód, motorówką przywieźli mojego sobowtóra... Nie w tym rzecz, że rzekomy bohater się ośmieszał i nadal ośmiesza, tylko że chór poważanych, szacownych ludzi z powagą przytakiwał jego najbardziej absurdalnym kocopałom, na chama usiłując sterroryzować ludzi, że kto widzi to, co oczywiste i "czarne jak na białym", ten cham, gnojek i pisowiec. 

Przebrała się jakaś masa krytyczna - autorytety twardo stojące przy oczywistych cwaniaczkach i kombinatorach od ośmiorniczek, na każdym kroku okazujące moralność powieściowego Kalego, tryskające hipokryzją, po prostu nie mogą pozostać długo autorytetami. Popatrzcie na walczący dziś z PiS w pierwszej linii establishment prawniczy. Sędzia Rzepliński, który do i tak kosmicznej pensji hodował sobie "ekwiwalent" za rzekomo niewykorzystywane urlopy, drwiąc sobie przy tym z jasno tego zakazujących przepisów. Sędzia Żurek, który z sędziowskiej pensji dorobił się 21 nieruchomości i, załóżmy nawet że w tym bogactwie nie ma nic podejrzanego, podał do sądu swoją rodzoną córkę, żeby mu zwróciła 20 tysi (słownie: dwadzieścia) alimentów, które na nią płacił, gdy była niepełnoletnia? Złodzieje pendrajwów, sędziowie na telefon, komornicy-złodzieje, wszyscy bezkarni dzięki "niezawisłości" i mafijnej solidarności... 

Elity III RP nie znalazły nigdy w sobie siły nie tylko, by się od ewidentnego cwaniaczka, złodzieja, kłamcy czy wręcz gnidy odciąć, ale zawsze brały w obronę - murem, w jednym froncie, nasz ci on, nie damy ani guzika! Za to się płaci. Płaci się reputacją zblatowanej, gangsterskiej i jeszcze na dodatek bezczelnej sitwy, który w oczy powiada ludziom, że nie mają nic do gadania, bo suwerenem nie jest większość, tylko "wartości prawa", a jakie to wartości, to wie tylko sitwa i wszyscy mają jej słuchać. 

Nie twierdzę, że PiS będzie rządzić wiecznie - choć "opozycja totalna" pracuje na to jak może - ale elity III RP utraconego szacunku już nie odzyskają, choćby się nie wiem jak nadymały, nie wiem jak straszyły Stalinem, Gomułką, Putinem i Pol Potem, nie wiem, ile jeszcze bluzgów rzuciły na "gówniarzy", "faszystów" i tak dalej. Obserwacja młodego pokolenia nie pozostawia co do tego najmniejszych wątpliwości. A zatem i polityka, oparta na reprezentowaniu autoryzowanych przez europejskość elit przeciwstawianych siermiężnej swojskości jest gwarancją klęski. 

Salon, ze swymi mediami, kasą, tytułami, środowiskowymi hierarchiami wciąż się może wydawać potężny, ale jest to potęga taka, jak potęga Jerzego Urbana po upadku PRL. Niby sprzedawał pół miliona nakładu, ale co z tego wyszło? Historia jego "Nie" potoczyła się tak samo, jak historycznego pierwowzoru, jakim niewątpliwie było włoskie pismo "L’Uomo Qualunque" - w pierwszych powojennych latach sprzedawało 800 tysięcy nakładu, a potem zdechło. "L’Uomo" - proszę mi wierzyć, bliźniaczo podobny - obsługiwał po upadku faszyzmu emocje wyznawców Mussoliniego, kanalizując je w plugawe, nienawistne drwiny z nowych rządów, szydercę z demokracji i Ameryki, panświnizm etc. Urban tę samą przysługę oddał po upadku komunizmu tym, których on zauroczył i dogłębnie przecwelił, ocalając przed depresyjnym poczuciem, że zmarnowali życie i powinni się za nie wstydzić. Ale w obu wypadkach był to tylko przedłużony pogrzeb. 

Obserwując "opozycję totalną" trudno nie zauważyć, że ona także zmieniła się w takie wielonurtowe "Nie". Nie walczy o powrót do władzy, obsługuje tylko emocje wysadzonych z siodła sierot po III RP. Bo dla nich nie ma już żadnej nadziei, można tylko łagodzić ich furie i histerie, dając się wybiegać na marszach różnych frakcji KOD-u i wybluzgać na forum gazeta.pl czy u Lisa. Nawet, gdyby - uchowaj Boże - PO miała jeszcze kiedyś wrócić do władzy, tak jak wrócili postkomuniści, to powtórzy się to, co wtedy - sieroty po PRL płakały "komuno wróć", a tu na czerwonym koniu wrócili Balcerowicz z Michnikiem. To co było już "se ne vrati", i nawet gdyby jakimś cudem doszło do recydywy tuskizmu, to Polska i tak pozostanie "pisowska". Ale mam nadzieję, że Polacy sobie takiej recydywy oszczędzą. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje