W rurze gra

Właśnie podano, że gazowy kryzys pomiędzy Rosją a Ukrainą został zażegnany. Mam nadzieję, że nie do końca. To znaczy, że klepnięcie umowy między Kijowem a Moskwą (jakakolwiek ona jest, bo na razie doniesienia są sprzeczne) nie sprawi, że politycy Europy zapadną znowu w letarg.

"Szczery demokrata" Władimir Putin dał bardzo wyraźny sygnał, jak widzi przyszłość relacji swego kraju z europejskimi sąsiadami, i dobrze byłoby wyciągnąć z tego wnioski, póki czas.

Reklama

Jest szansa, bo, o dziwo, zachodnioeuropejskie media, zwykle rusofilskie, tym razem nie próbowały Putina usprawiedliwiać ani wybielać. Sens całej awantury okazał się jasny nawet dla gazet lewicowych: Rosja po prostu postawiła Ukraińcom, przed zbliżającymi się tam kolejnymi wyborami, ultimatum. Jak wybierzecie władzę, która się nam podoba, będzie mieli gaz równie tanio, jak Białoruś. Jak wybierzecie taką, która nam się nie podoba, zażądamy ceny pięć, sześć razy większej, i to od zaraz.

Nie wiem, jak się do tego żądania odniosą Ukraińcy. Ciekawi mnie natomiast, co zrobią, za lat kilkanaście, w tej samej sytuacji, wyborcy niemieccy. Bo przecież rezygnacja z energetyki atomowej, wymuszona przez finansowanych z Kremla eko-oszołomów Joshki Fishera, oraz bałtycka rura Schroedera niedługo całkowicie uzależnią Niemców od moskiewskiego kurka.

Nie w tak wielkim stopniu, ale podobnie uzależniają się też od Rosji inne kraje zachodniej Europy, w błogim przeświadczeniu, że Rosja należy do wielkiej rodziny demokratycznych krajów z G-8, i za naiwną miłość Zachodu zawsze będzie mu odpłacać tym samym.

Charakterystyczne, że na temat gazowego kryzysu wypowiedzieli się niemal wszyscy liczący się politycy Europy, poza jednym - Gerhardem Schroederem. Ten gdzieś zniknął. Choć, wydawałoby się, szef rady nadzorczej firmy układającej gazrurę pod Bałtykiem powinien mieć o sprawie coś do powiedzenia...

O włos uniknęliśmy w Polsce (przyszłość pokaże, czy nie przy czyjejś pomocy) narodowej katastrofy, jaką byłaby szykowana przez poprzednią ekipę sprzedaż Naftoportu spółce kontrolowanej przez Rosję. Ale w piętnaście lat po formalnym odzyskaniu niepodległości nadal pozostajemy uzależnieni od rosyjskich dostaw energii.

Powiedzmy sobie szczerze: o własnych siłach się z tego uzależnienia nie wygrzebiemy. To była właśnie jedna z głównych spraw, na jakie liczyliśmy, wchodząc do Europy. Nieoczekiwanie, Putin pomógł nam o tym Europie przypomnieć. I nie jest wykluczone, że jego butne zagranie wobec Ukrainy przysłuży się nieco otrzeźwieniu naszych unijnych partnerów i koniec końców wyjdzie nam na dobre.

Rafał A. Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: politycy | Władimir Putin

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje