Wakacyjna kawa na ławę

Wakacje to dobry moment, żeby się zastanowić nad sprawami poważnymi, a na co dzień przysłanianymi przez tzw. bieżączki. Media tak intensywnie zwracają naszą uwagę na coraz to inne drzewa, że las jako taki od dawna zupełnie umyka naszej uwadze. Do tego stopnia, że mógłby nawet w ogóle zniknąć i nikt by nie zauważył… A może już się tak właśnie stało?

Demokracja, Szanowni Państwo! Demokracja jest tym lasem, który mam na myśli. Wszyscy uważają to za tak oczywiste, że nie chce im się nic sprawdzać. No jest, przecież, że jest, może my tutaj mamy z nią pewne problemy, niedociągnięcia, bo jest jeszcze bardzo świeża, ale na Zachodzie jest ponad wszelką wątpliwość!

Reklama

Tak? Ale dlaczego właściwie tak uważamy? Bo się regularnie odbywają wybory? Toż i w Rosji, i na Białorusi, i nawet w Kazachstanie regularnie się odbywają wybory, a media twierdzą, że to dyktatury.

Wybory to tylko jedna z procedur demokracji - nie jej cel, ale środek. Środek do czego? Do tego, by "demos", czyli - jakby to przełożyć - lud albo społeczeństwo, kontrolował władzę. Istotą demokracji, jak sama nazwa wskazuje, jest bowiem władza owego "demosu". Rządzi rząd, administrują przez ten rząd mianowani urzędnicy, ale to lud, społeczeństwo, opinia publiczna pozostaje suwerenem. I jeśli rządzący się nie sprawuje - zmienia go.

Dlaczego Rosji czy Białorusi, choć wybory się odbywają, nikt poza ich rządami nie uważa za państwa demokratyczne? Ponieważ wybory w oczywisty sposób mają tam charakter plebiscytu o z góry znanym wyniku. Tak jak "wybory" do Sejmu czy Rad Narodowych w PRL - z jedną tylko dopuszczoną listą, z której kandydaci wchodzą w kolejności, w jakiej zostali umieszczeni.

I tak samo jak w PRL, władza, jeśli się tam zmienia, to pomiędzy wyborami - a zagonieni do urn grażdanie tylko tę zmianę zatwierdzają. Gomułka za Ochaba, Gierek za Gomułkę, Jaruzelski za Kanię - o tych zmianach zadecydowali członkowie KC KPZR i PZPR we własnym kręgu, przewrotem pałacowym, a nie żadni wyborcy. Podobnie jak w wąskim kręgu zadecydowano, że to akurat Putin zastąpi Jelcyna, a nie, na przykład, swego czasu znacznie od niego popularniejszy Lebiedź (który zresztą za tę popularność zapłacił śmiercią w katastrofie lotniczej, jak to się w Rosji zwykle zdarza osobom niemiłym carowi).

No, powie ktoś, u nas tak nie jest. U nas jednak o tym, że to Tusk trzyma wszystkie nitki, a nie Kaczyński, zadecydowali wyborcy. To fakt. Pytanie: czy aby nie był to ostatni raz, kiedy o czymś zadecydowali?

Dlaczego Rosjanie czy Rusini głosują tak, jak im każe władza? Dlatego, że poddani są potężnej presji. Mają głowy zabudowane szczelnie przez oficjalną propagandę, której nie są w stanie zweryfikować. Żeby to zrobić, musieliby mieć alternatywne źródła informacji i opinii. Takie oczywiście istnieją, ale mają ograniczony zasięg i trzeba do nich samemu dotrzeć. Większości się nie chce. Tym bardziej, że władza dysponuje także innymi środkami wpływającymi na nastroje społeczne, znanymi zresztą już od czasów rzymskich: rozdaje chleb i urządza igrzyska.

Słowem, we wschodnich despotiach można sobie pozwolić na kultywowanie demokratycznych procedur wyborczych, albowiem nie zagraża to zmianą władzy. W odniesieniu do wymienionych tu przykładowo krajów powiedzonko Stanisława Michalkiewicza "gdyby wybory coś mogły zmienić, to by ich dawno zakazali" na pewno jest trafne.

Czy również w odniesieniu do innych krajów, na przykład do naszego? Tu już pojawia się pole do dyskusji.

Zakuty zwolennik Tuska powie zapewne z wielkim przekonaniem, że demokracja w Polsce jest stuprocentowa, a to, że od ośmiu lat rządzi jedna partia, obrastająca z każdym rokiem w coraz potężniejszą biurokratyczno-biznesowo-medialną oligarchię, jest po prostu wolą mądrej, świadomie dokonującej takiego wyboru większości elektoratu.

Zakuty zwolennik Kaczyńskiego - powie dokładnie odwrotnie, podkreślając, że wszystkie media elektroniczne są w ręku ludzi Tuska, że kontrolują oni przepływy gigantycznych publicznych pieniędzy, kierując je do "swoich" - ci bardziej radykalni przypomną jeszcze, że wybory liczone są na "ruskich serwerach".

Ale i jeden i drugi, jeśli chwilę pogadać, przyzna, że tak właściwie, to nie ma na kogo głosować. Tak naprawdę ani Tusk, ani Kaczyński nie są spełnieniem niczyich marzeń...  No, mało kogo. Ci, którzy na nich głosują, nie głosują za tym czy tamtym, ale przeciwko temu drugiemu.

Niby nic nowego... Są, a w każdym razie były na świecie demokracje, które wyewoluowały w system dwupartyjny. Nie chcesz lewicy, musisz głosować na torysów czy republikanów, nie chcesz prawicy, musisz poprzeć demokratów albo labourzystów, choć może daleko im do ideału.

No, ale system politycznie nie dwupartyjny tylko DWUOSOBOWY to jednak światowe kuriozum, nie? Popatrzcie Państwo, jaka nieskrywana panika zapanowała na zapleczu władzy, gdy poszły plotki, że Tusk zwieje na tłustą unijną synekurę i pozostawi Platformę samą sobie. Ten ton - co z nami będzie, to niemożliwe, przecież wtedy, ach, ten straszny Kaczyński nas wszystkich... Ale i z drugiej strony - no, mów co chcesz o Kaczorze, ale bez niego wszystko to się rozsypie!

Skąd się wzięła ta szczelność systemu? Z ordynacji wyborczej, ustawy o finansowaniu partii politycznych i kontrolowania ogromnych pieniędzy przez państwo - czy to wprost, czy przez mechanizm sprawiający, że tylko ten zrobi dobry interes, kto ma układ z władzą. Ten ostatni czynnik praktycznie zlikwidował wolność mediów. Szczególnie elektronicznych, które nie mogą funkcjonować bez dużych pieniędzy, a te coraz bardziej są w ten czy inny sposób kontrolowane politycznie.

Żeby nie zanudzać: współczesne państwo skupiło w ręku taką potęgę, takie różnorakie sposoby kontrolowania mas, że to ono jest w stanie kontrolować wyborców - a więc wyborcy nie są w stanie kontrolować władzy.

Rąbek tajemnicy uchylony został, jeśli ktoś chciał zajrzeć, w ujawnionych rozmowach z "afery taśmowej". Władza może wyczarować przed wyborami i rozdać kupę pustych pieniędzy, może sprawić, że benzyna będzie kiedy trzeba po trzy, a kiedy indziej po siedem złotych za litr, może... Dużo może, naprawdę.

Powiedzmy, że teoretycznie kontrolujemy, jako wyborcy, rząd. Ale czy naprawdę to rząd jest władzą, a jeśli - czy całą? Mediów, zarządzających masowymi emocjami, już nie kontrolujemy. Media miał kontrolować rynek. Miał, ale nie kontroluje, bo tam, gdzie grają miliardy i koncesje, nie może być rynku.

Od pewnego czasu twierdzę, że sytuacja, w której wielkie korporacje powiązane z polityką mogą w zupełnie niekontrolowany sposób posługiwać się mass mediami przypomina średniowiecza, gdy każdy większy feudał mógł mieć swoje prywatne wojska i używać ich jak chciał. Finansów też nie kontrolujemy - Amerykanie wybierają prezydenta, ale szefa Rezerwy Federalnej, mającego władzę co najmniej nie mniejszą, wybiera wąskie grono udzielnych baronów finansjery.

Przyjmijmy na koniec jedno jeszcze założenie: że z tą demokracją, czyli kontrolą władzy przez społeczeństwo, nie jest tak, że jest albo jej nie ma. Przyjmijmy, że są różne odcienie szarości. Gdzieniegdzie tej kontroli jest więcej, gdzieniegdzie mniej, zależnie od ustawodawstwa, jakości instytucji, kapitału społecznego... Z tym, że moim zdaniem, generalnym kierunkiem jest od paru dziesięcioleci stopniowe obezwładnianie społeczeństw przez państwo, rosnąca przewagą rządzących nad rządzonymi. Tylko że na Zachodzie mechanizmy są subtelniejsze.  

A gdzie my w tym wszystkim, i w którą stronę zmierzamy? A to już zostawiam szanownym Państwu. Jeśli komuś się chce leniwie medytować nad takimi sprawami na leżaku. Osobiście - bardzo serdecznie zachęcam.

Rafał Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje