Wielki powrót pruderii

No i znowu: kolejna rewolucja pożera własne dzieci, i to z głośnym, lubieżnym mlaskaniem. Ponieważ nigdy mi się nie podobali, ani ta rewolucja, ani jej potomstwo, a w dodatku nie dzieje się to w moim kraju (choć oczywiście mlaskanie rozlega się i tu) rozsiadam się wygodnie i obserwuję to z rosnącą "schadenfreude".

Chodzi o tak zwaną "rewolucję seksualną", która dokonała się na Zachodzie w latach siedemdziesiątych. Polegała ona, generalnie, na tym, żeby po obaleniu "przesądów" rasowych, klasowych i przezwyciężeniu nierówności socjalnych dokonać również "wyzwolenia seksualnego". Czyli odrzucić wszelkie ograniczenia w tej dziedzinie jako relikt ciemnoty i zacofania czasów słusznie minionych i radośnie uprawiać seks metodą podwórkowych kotów. Jak każda rewolucja, tak i ta czerpała ze swych świętych ksiąg - zwłaszcza były to badania niejakiego Kinseya (delikatnie mówiąc, "podkręcone", bo robione na ochotnikach - a umówmy się, że ludzie chętni, by uprawiać seks na oczach innych musieli być nieco przesunięci względem normy), jak każda też, była skutkiem zmiany technologicznej - wynalezienia skutecznych sposobów antykoncepcji oraz leczenia syfilisu i innych chorób wenerycznych, będących zmorą poprzednich wieków.

Reklama

Jednym słowem - "każdy ma prawo do orgazmu", w seksie nie wolno niczego odmawiać ani sobie, ani bliźniemu, jakiekolwiek tłumienie czy ograniczanie naturalnego popędu, uznanego za jedną z głównych sił poruszających człowiekiem, prowadzi do chorób, aberracji i faszyzmu. Celibat stał się czymś skrajnie wrogim, dziewictwo - czymś wstydliwym, a odmawianie komuś seksualnego świadczenia zachowaniem skrajnie nienowoczesnym, zaściankowym i obciachowym, wykluczającym lepszego towarzystwa. I odwrotnie, przepustką do kariery, szczególnie w szołbiznesie, stało się eksponowanie "otwartości" i "braku zahamowań", czyniących osobę "symbolem" względnie "ikoną seksu". Wystarczy obejrzeć dokumentalne filmy o ówczesnych gwiazdach popkultury, kręcone jeszcze kilka lat temu.

Minęło już jednak dość czasu, żeby pierwsze "wyzwolone seksualnie" pokolenie zdążyło się zestarzeć - i to, co za młodu było przejawem nowoczesności, modą, a raczej więcej niż modą, towarzyską powinnością, na starość okazuje się doznaną przed laty opresją i traumą naznaczającą całe nieudane życie. Główny promotor amerykańskiej rewolucji seksualnej Hugh Hefner miał wielkie szczęście, że zdążył uciec przed tą falą do grobu, bo byłe "króliczki" pewnie by go sprocesowały tak, że musiałby sprzedać nie tylko sławny jedwabny szlafrok, ale i ostatnie majtki (o ile tej części garderoby w ogóle używał). A może inaczej, może to "fejm" Hefnera był jedną z ostatnich zapór, wstrzymujących tę falę, i dlatego ruszyła ona dopiero po zgonie starego świntucha.

Za to ruszyła niemal natychmiast po nim, a jej ofiarą padł niejaki Harvey Weinstein, baron Hollywoodu i od wielu lat główny tamtejszy ustawiacz karier. Nagle jego podopieczne, którym pozałatwiał "oskarowe" role, zaczęły sobie przypominać - nierzadko po trzydziestu latach - że kariery u króla hollywoodzkich produkcji robiło się na zasadzie, jak to ujmuje kodeks cywilny, "świadczenia wzajemnego". Nagle w tym rojowisku lewaków i libertynów (sam Weinstein był czołowym sponsorem Hillary Clinton i Demokratów) zaczęto przyznawać, że wszyscy o tym wiedzieli i, jak teraz z udawanym zafrasowaniem przyznają, "mogli zrobić więcej". Pewnie, że wiedzieli - znany komik kpił nawet, gratulując laureatkom nominacji do Oskara, że dzięki wyróżnieniu mogą już przestać udawać, że im się Harvey Weinstein podoba (bo istotnie, gość nie tylko obyczajami godowymi, ale i powierzchownością przypomina knura - jak mawiają Amerykanie, "czegóż to dziewczyna nie zrobi dla dolara").

Nie będę udawał, że kobiety, które po trzydziestu latach nagle odstawiają lans na pokrzywdzone, opowiadając, jak promotor ich karier łapał je ongiś za tyłki, budzą we mnie odruch współczucia. Raczej pusty śmiech. Molestowanie seksualne budzi odrazę i potępienie, gdy jego ofiarą padają osoby bezbronne, biedne i uzależnione od tego, kto je wykorzystuje. Robienie "kariery przez łóżko" ("d... se zedrę, ale gwiazdą zostanę", miała mawiać za młodu jedna z naszych celebrytek) to rzecz zupełnie inna. Różnica jest taka, jak między aborcją dokonaną przez kobietę zgwałconą, porzuconą i pozbawiona środków do życia, a aborcją pani Przybysz, której groziła przeprowadzka do większego mieszkania.

Ale jak pojawia się moda, to za modą trzeba nadążać. Raz celebryci polewają się wiadrem wody, raz fotografują sobie tyłki - teraz przyszedł czas na opowieści, jak się było molestowaną. Oczywiście, jak to jest w celebryckim światku regułą, samo pojęcie "molestowania" zostało sprowadzone do idiotyzmu. "Akcja" opowiadania wszem i wobec, że "ja też", zrównuje przypadki brutalnego gwałtu czy pedofilii z tym, że ktoś osobę klepnął, gwizdnął na jej widok, mrugnął do niej albo zwyczajnie dotknął. Tak - jakaś idiotka oskarżyła leciwego byłego prezydenta Busha, że ją "źle dotknął", siedząc na wózku inwalidzkim, w obecności żony i tłumu innych ludzi. I też została potraktowana równie poważnie.

Kłopoty Weinsteina, czy "fotografa gwiazd" Richardsona i szeregu innych mało mnie obchodzą - zadawali się z kobietami takich a nie innych obyczajów, niech teraz mają. Wyznania celebrytek, jak to oddawały się im, "czując się jak sparaliżowana" (pewnie - z jednej strony facet obleśny, ale z drugiej, kariera kusi) też są dość dwuznaczne, bo w sumie nie wiadomo, o co w nich chodzi. Najmniej, jak się zdaje, o dodanie otuchy kobietom naprawdę zgwałconym czy wykorzystanym - raczej o ugruntowanie przekonania, że w wyrachowanym puszczaniu się nie ma nic złego, skoro tyle sławnych kobiet przyznaje, iż "one też" pomogły sobie w sukcesie lędźwiami. Żałosna jest również obłuda ludzi zaangażowanych w nagłe demaskowanie seksualnej rozwiązłości lewicowo-liberalnych elit - u nas na przykład to przecież ci sami, którzy jeszcze wczoraj zajadle bronili Romana Polańskiego, i nic nie wskazuje, by zmienili zdanie w jego sprawie. Jak zwykle bowiem ocena czynu zależy od tego, czy osoba jest "z towarzystwa" - wychodzi więc na to, że okazanie gotowości do flirtu pani prowokującej kiecą z dekoltem do pępka i rozpierdakiem do pasa to faszyzm, a seksualne wykorzystanie głupiej trzynastolatki napalonej na karierę w filmie było tylko "rokendrolowym" trybem życia.

Ale fala ruszyła, przenosi się ze światka szołbiznesu na inne środowiska - już kilkadziesiąt osób płci obojga zgłosiło roszczenia z tytułu molestowania w Europarlamencie, tylko patrzeć, jak zacznie się wić za publiczne poklepywania i obmacywania rozmówców sam Jean Claude Juncker. I to wszystko jest moim zdaniem zupełnie zrozumiałe, co więcej - to było do przewidzenia, i sam wielokrotnie taki efekt zapowiadałem.

Istota sprawy tkwi w tym, że jeśli nawet nie cała przyjemność płynąca z seksu, to znaczna jej część, płynie z łamania zakazu (kiedyś włożyłem w usta bohaterowi jednej ze swych powieści stwierdzenie, że tylko katolicki ortodoks i fundamentalista może wiedzieć, jaka to przyjemność grzeszyć). Jak wszystko wolno, to się niczego nie chce. Dlatego w całych dziejach ludzkości, nieustannie okresy rozszalałej "rui i poróbstwa" przeplatają się z okresami doprowadzonej do absurdu pruderii. Jak w nieśmiertelnym "Tangu" Mrożka: kiedy już zbiorowym wysiłkiem uda się obalić wszystkie tabu, musi szybko przyjść jakaś nowa obyczajowa żandarmeria i narzucić nowe, jak najściślejsze. Tak, żeby znowu można było znajdować w nich szczeliny i zaznawać rozkoszy dobierania się do owocu zakazanego.

Polecam zainteresowanym lekturę opracowań historycznych dotyczących czasów wiktoriańskich. Czasów, kiedy nie wolno było powiedzieć na głos słowa "majtki", a jednocześnie populacja zawodowych i okazjonalnych prostytutek w Londynie czy innych miastach Europy (także w Warszawie) rozmnożyła się tak licznie, że proste obliczenie dowodzi, iż musiał z nich korzystać co tydzień praktycznie każdy mężczyzna w sile wieku. Do czegoś porównywalnego idziemy. A i zachowania współczesnych feministek do złudzenia przypominają mentalność starych bigotek, szalejących wówczas w różnych "Ligach Cnoty" i czujnie pilnujących młodzieży, żeby nie robiła tego samego, co one same za młodu.

Jeśli szczęśliwie samemu jest się normalnym i ma się uregulowane życie uczuciowe - to naprawdę, nic, tylko patrzeć i pękać ze śmiechu.

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje