Wielki powrót zawiści

Straszna afera z tymi dreamlinerami, które kupił polski LOT. Amerykanie wzięli za nie mnóstwo kasy i wywieźli ją z Polski. Wszystko poszło gdzieś na konta w amerykańskich bankach. Grube miliony! Afera!!!

Co? Nie widzicie w tym, co zrobiła firma Boening z otrzymanymi od Polski pieniędzmi, afery? I nie widzicie jej w żadnej innej z trudnej do policzenia sytuacji, kiedy zagraniczny kontrahent coś Polsce sprzedał i zamiast oddać pieniądze Polakom, zabrał je sobie? Naprawdę, nie dostrzegacie w tym skandalu?!

Reklama

No, oczywiście, jajcuję sobie - ale nawet nie wiem, czy to jajcowanie jeszcze kogoś poza mną śmieszy. Zamieńmy tylko "dreamlinery" na "kolekcję Czartoryskich" - i proszę, przecież równie kretyńskie okrzyki o "aferze" polegającej na tym, że jej były właściciel zrobił co chciał z pieniędzmi uzyskanymi ze sprzedaży kolekcji państwu polskiemu, rozlegają się od tygodni. Sensaci, którzy je wznoszą, powinni byli już dawno znaleźć się w Tworkach, a ich bredzenie powinno zostać skwitowane obojętnym wzruszeniem ramion z odrobiną niesmaku - a tymczasem nonsens wciąż wraca i wraca.

Czyżby zdrowy rozsądek na dobre już umarł? Książę Czartoryski, który odziedziczył po przodkach wielką kolekcję dzieł sztuki i pamiątek, postanowił sprzedać ją państwu polskiemu za ułamek jej rynkowej wartości. Wziął ustaloną cenę, przekazał sprzedany majątek ministerstwu, i od tego momentu te pieniądze należą do niego. I - jak powiedział był król Władysław IV, molestowany na Sejmie o rozliczenie talarów ze swej prywatnej szkatuły - "a bodaj był je k...om swoim rozdał", nikomu nic do tego. Może sobie palić banknotami w piecu, może kupić za wszystko miętowych dropsów i kazać je przetopić w ogromną statuę Donalda Tuska na białym Timmermansie albo wyjeździć wszystko na karuzeli, jego prywatna sprawa. Może się wściekać jego córka, której fortuna przeszła koło nosa, ale to rodzinny problem Czartoryskich, nie nadający się w żaden sposób na temat debaty publicznej. 

Można oczywiście spierać się, czy zakup był dla Polski korzystny - ale i to, szczerze mówiąc, tylko pod warunkiem, że ktoś nie ma o szczegółach sprawy najbledszego pojęcia, względnie naprawdę desperacko chce się o cokolwiek do rządu przyczepić, a naprawdę nie może znaleźć powodu. Zostawmy jednak szczegóły na później, nie o nie mi dziś chodzi, ale o to, jak to możliwe, że jawnie idiotyczna narracja o "aferze" mogła w ogóle zagnieździć się w przestrzeni publicznej.

Pewną wskazówką jest, kto tę narrację zbudował - otóż, zanim została podchwycona przez krzykaczy z "totalnej opozycji", pojawiła się w postkomuszym tygodniku "Przegląd". Jest to pismo bardzo specyficzne, niszowe, obsługujące emocje czegoś, co komentatorzy polityczni nazwali "elektoratem partyjno-mundurowym". Z tej racji używane tam pojęcia, kalki myślowe i nawet konkretne frazy stanowią skansen upadłego przed ponad ćwierćwieczem "prylu". "Przegląd" odtwarza na użytek swych czytelników ich "kraj lat dziecinnych", krainę czerwonych szturmówek, masówek, pochodów i lektorów partyjnych - a w tej to krainie, jak wie każdy miłośnik filmów Barei, jedną z totemicznych figur, symbolizującą zło, któremu "Polska ludowa" położyła kres, był dziedzic, arystokrata, wyzyskujący chłopów pańszczyźnianych. Taki dziedzic - dajmy na to, Pruski, ale mógłby być i Czartoryski - nie dość, że wyzyskiwał, brał w dyby i zmuszał do pańszczyzny, to jeszcze do glinianej butelki "nalewał wódkę, którą zwano wtedy gorzałką albo okowitą, i rozpijał nią chłopów pańszczyźnianych". Wszystko, co dziedzic w swym życiu zebrał, stanowiło owoc owego wyzyskiwania i rozpijania, więc głęboko słuszne było, że ludowe państwo mu to wszystko skonfiskowało i przekazało na sprawiedliwość społeczną. Czyli na zmarnowanie i rozkradzenie - warto czasem zajrzeć tu i tam, co pozostało z wielu pięknych ziemiańskich dworków, ongiś fortec polskości, po półwieczu użytkowania ich przez PGR-y. Zapewne tak samo wyglądałaby kolekcja, zapoczątkowana ongi przez sławną "panią na Puławach", gdyby miało ją zebrać i przechować przez stulecia państwo.

Że pogrobowcy gomułkowskiej narracji "ludowej polskości" rozpętują nienawiść przeciwko "pazernemu arystokracie", który ma czelność wydawać swoje własne pieniądze na swoje własne potrzeby, zamiast oddać je potomkom wyzyskanych pańszczyźnianych ("Jem. Ja jem - moje!", żeby przypomnieć gombrowiczowskich Hurleckich), i że przy tym konstruuje oskarżenie rządu o to, że odkupił od legalnych właścicieli coś, co wedle wyznawanej przez nich komunistycznej doktryny powinien im po prostu zabrać - to niespecjalnie dziwi.

Ale to, że tę gomułkowską narrację podchwyciła PO, teoretycznie liberalna, zwracająca się przecież nie do resztek aparatu PZPR, byłych milicjantów i agitatorów, tylko do "elektoratu wielkomiejskiego", oraz jej media, krzewiące kult "młodych, wykształconych, z wielkich miast" - to naprawdę znaczące.

Najwyraźniej jednak politycy "totalnej" uznali, że takie uderzenie w rząd - kogo to obchodzi, że kretyńskie - trafi jej zwolennikom do przekonania. I obawiam się, że mogą mieć rację. Świadczą o tym kolejne "hejty", przewalające się z bulgotem w szambie mediów społecznościowych i na plotkarskich forach. Widać z nich, że tępa zawiść wobec bogatszego przestaje być czymś wstydliwym. Przeciwnie, zawistny cham jest z siebie dumny, nie musi już, jak kiedyś, ograniczać swej nienawiści do tych tylko spośród bogaczy, których można oskarżyć, że do majątku doszli w sposób wątpliwy. Nienawiść ściga na przykład Ewę Chodakowską - bo gdzieś tam pochwaliła się majątkiem, który zdaniem e-chamów powinna rozdać ubogim, najlepiej im samym, a nie go mieć, i jeszcze się chwalić. Albo leją się bluzgi na Annę Lewandowską, bo wyszło w jakiejś rozmowie, że lata do Rzymu czy gdzieś tam prywatnym samolotem.

Ostatni przykład wydaje się skrajny. Pani Lewandowska, poza tym, że jej własna kariera jest imponująca i doskonale transparentna, jest żoną najbardziej znanego polskiego piłkarza, którego nazwiskiem reagują na słowo "Polska" nawet arabscy handlarze na najbardziej odległych suku. Okazuje się jednak, że dla niektórych nawet uwielbiany "Lewy" nie ma immunitetu na zbrodnię bycia bogatym. Choć sprawa wydaje się prosta - boli cię, że facet tyle zarabia? To weź, tłuku, piłkę, wyjdź ją kopać na boisko i se zarób tyle samo albo i jeszcze więcej. Przecież na pewno potrafisz. Co, nie potrafisz? No to zamknij mordę i szanuj człowieka, który umie coś, czego inni nie umieją.

Powie ktoś, że do internetowego hejtu nie należy przywiązywać wagi, będzie miał oczywiście rację - ale nie do końca. W sensie socjologicznym coś jednak on nam o społeczeństwie mówi.

Za pomysł, by problem niepełnosprawnych "odbić" pijarowsko "daniną solidarnościową od najbogatszych" premier Morawiecki powinien do dziś klęczeć w kącie na grochu. Miałem nadzieję, że tak tylko palnął, zaczadziawszy w związkowo-socjalnej atmosferze swej partii - ale może jest gorzej, może i PiS skalkulowało sobie, że szczucie na "najbogatszych" także i w jego segmencie elektoratu się opłaci?

"Coś się z narodem dzieje niedobrego", że pożyczę frazę ze sławnej kiedyś piosenki kabaretu "Tey". Od czasów zapyziałego "prylu", powtórzę, zawiść uchodziła za coś, czego się należy wstydzić. Oczywiście, istniała, a dzięki niej istniała i lewica, ale wydaje mi się, że, dajmy na to, premier Leszek Miller, postkomunista i socjaldemokrata, nie mógłby sobie pozwolić na coś takiego, na co pozwalają sobie obecny "prawicowy" premier i szczujący na Czartoryskich liderzy "liberalnej" PO.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje