​Wirtualny Gupek

Załapałem się jeszcze za młodu na parę wizyt w instytucji o dźwięcznej nazwie "GUKPPiW" (czyli: Główny Urząd Kontroli Publikacji, Prasy i Widowisk), w kręgu pisarzy i wydawców zwanej "gupkiem", a potocznie - cenzurą. Pamiętam jakieś zasiadające tam babsko, idealnie pasujące do opisu niejakiej Melanii Kierczyńskiej dokonanego w "Dziennikach" przez Tyrmanda ("obrzydliwy zlepek gnatów i brodawek"), które oznajmiło nam, że "nie widzi celowości" dopuszczenia do publikacji - jak to się wtedy mówiło, "zwolnienia" - naszych młodoliterackich tekstów. Jest państwowy związek literatów, który ma swoje "koła młodych" i swoich fachowców od oceniania, czego publikacja jest celowa, a czego nie, są pisma literackie, posiadające fachową kadrę, tam się możecie udać, a jeśli tam czegoś do publikacji nie przyjmują, to widocznie to publikowania niewarte.

Zaznaczam, że w tym wypadku w ogóle nie chodziło o przemycenie jakichś treści politycznych, nawet przeciwnie, po locie Hermaszewskiego fantastyka, kojarzona przez ignorantów z kosmosem, miała lekko z górki. Chodziło o zasadę: jest jeden obieg, mający swoich dysponentów, i nie może być żadnego miejsca, gdzie by ktokolwiek coś publikował bez ich "imprimatur", choćby tylko w niskonakładowej jednodniówce pod patronatem socjalistycznego domu kultury. Nic nie jest tak błahe ani tak głupie, nawet jakieś tam sajens-fikszen, żeby pozwolić mu istnieć poza kontrolą.

Reklama

W końcu swój fanzinek wydaliśmy wtedy po prostu na lewo, bo to już nie była ta komuna co w czasach swego rozkwitu, ale gmaszysko na Mysiej zapamiętałem jako jedną z najbardziej parszywych świątyń "realnego socjalizmu". Ostatnia rzecz, jakiej bym się przez trzy minione dziesięciolecia spodziewał, to że kiedykolwiek w życiu dostrzegę w GUKPPiW jakikolwiek aspekt pozytywny.

Dziś jednak niniejszym muszę przyznać: GUKPPiW przynajmniej nie udawał, że go nie ma. Każdy znał jego adres - Warszawa, Mysia 3, można było tam pójść, próbować się z werdyktem cenzora spierać, przynajmniej negocjować inną, kompromisową wersję wykastrowanego przez niego tekstu.

Dziś, kiedy ciężar komunikacji społecznej przesunął się z "publikacji, prasy i widowisk" do internetu, sytuacja jest dużo gorsza. Piszesz coś - i twoje słowa nagle znikają. Albo cały ty znikasz - to znaczy, znika twoje konto wraz ze wszystkim, co na nim jest. Nie wiadomo, kto to zrobił, i nie wiadomo dlaczego. Masz się tłumaczyć, ale nie przed jakimś konkretnym babskiem, choćby najobrzydliwszym, tylko przed nie wiadomo kim. Nie wiadomo kto uzna, czy ci wolno.

Niby nie wiadomo, kim jest cenzor, gdzie się chowa, ale wiadomo, jakie ma preferencje. Dziwnym trafem - bardzo podobne, jak babsko z ulicy Mysiej. Jeśli zamieścisz, zalinkujesz lub polajkujesz coś patriotycznego, coś o Polsce, zdjęcia z Marszu Niepodległości - cenzura reaguje natychmiast. Równie czujnie wypatruje wirtualny cenzor jakichkolwiek przejawów niechęci wobec "uchodźców", islamu oraz tzw. mniejszości seksualnych. Aż po historie tak anegdotyczne, jak likwidowanie profili sklepów z rowerami, bo oko cenzora dopatrzyło się na nich zakazanego słowa "pedały".

Za to jeśli zrobisz, na przykład, profil obrzucający błotem Jana Pawła II i religię, Polskę jako taką czy osoby nienawidzone przez lewicę - mogą go sobie internauci do ukakanej śmierci "zgłaszać". Administratorom mediów społecznościowych nie będzie się chciało nawet uruchomić automatycznej odpowiedzi, że "nie stwierdzają naruszenia standardów społeczności".

Facebook, youtube, w mniejszym stopniu Twitter wzięły na siebie, jako kolejne ogniwo w rewolucyjnej sztafecie, wyznaczone przez Marksa zadanie, którego nie udało się wykonać Makarence i Żdanowowi, ani nawet Gramsciemu: przeorać i wygładzić mózgi oraz wychować "nowego człowieka", lewicowego, wyzwolonego z "przesądów", wyznającego teorie jedynie słuszne. A przynajmniej - plan minimum - cenzurować i usuwać z przestrzeni publicznej "myślozbrodnie". Lewica powoli zdycha, użyźniając swym rozkładem glebę na której wyrasta nieuchronna przyszłość Zachodu, islamofaszyzm - ale na tyle jeszcze ma siły, żeby cenzurować. Cenzura, uniemożliwianie nielewomyślnych spotkań i wykładów, rozbijanie "faszystowskich" wieców czy spotkań autorskich - to jej ostatnia aktywność i pasja. I do tych "ultimos podrigos" opanowanie anonimowych działów cenzorskich społecznościówek okazało się idealnym narzędziem. Wystarczy kilku usadzonych gdzieś pod Dublinem wychowanków Michnika i Sierakowskiego, żeby banowaniem, blokowaniem i ewaporowaniem kont panować nad tym, co wolno mówić i czytać milionom Polaków. A przynajmniej, żeby mieć takie poczucie, że się panuje. A jeśli jeszcze uda się, przy wrzaskliwym poparciu lewicowych polityków i mediów oraz niestety części prawicowych "pożytecznych idiotów" dać im do ręki prawo samodzielnego i nieodwołalnego decydowania, co jest "fejkniusem", to będzie doprawdy cenzorskie eldorado, jakiego nawet Orwell nie umiałby wymyśleć.

Na okoliczność korzystania z tego eldorado, jakie stworzył im spontaniczny i - dziś widać - nieprzemyślany rozkwit społecznościówek, lewactwo nagle odeszło od swych podstawowych zasad i stało się entuzjastami świętej własności prywatnej i wolnego rynku (zgodnie z zaleceniem Lenina o "mądrości etapu"). Facebook czy youtube to prywatne korporacje, i wolno im usuwać oraz promować, co ich pracownicy zechcą. Nie podoba się, to sobie załóżcie własne, ha, ha.

Otóż nie. Nie było, jak sądzę, w XX wieku polityka bardziej liberalnego niż Ronald Reagan, i to właśnie Reagan zaingerował w rynek telekomunikacyjny, by rozbić monopol "telekomów". Mimo iż wielkie kompanie telekomunikacyjne nie wpadły na pomysł, by wyłączać telefony tym, których rozmowy nie pasowały do politycznych przekonań personelu. Liberalizm, wbrew jego koślawej, balcerowiczowskiej wizji, upowszechnionej w Polsce przez michnikowszczyznę, nie polega na tym, że ten, co ma majątek, może robić co chce z tym, co go nie ma. To jest feudalizm. Liberalizm to wolność i równość szans, a państwo ma w nim do odegrania ogromną rolę dopilnowania, aby szanowano zasady, prawa i nikt nie korzystał z chwilowej przewagi, by kogoś innego stłamsić.

Tymczasem państwo polskie wobec bezczelnej samowoli internetowych korporacji skapitulowało. Polskojęzyczne facebook czy youtube to wirtualne latyfundia pod władzą obcych krajów, obcych systemów prawnych - a tak naprawdę, chrzaniących jakiekolwiek prawo, także krajów macierzystych - nad którymi Polska nawet nie próbuje objąć jurysdykcji. To, co wyrabiają, to najczystszy kolonializm. Jakby w jakimś afrykańskim kraju najechało się białych ochroniarzy, ustalających samowolnie, komu wolno we własnym kraju gdzie wchodzić i co mówić, i bijących po mordzie, jeśli ich jakiś "czarnuch" nie posłucha. A gdyby "czarnuch" miał wątpliwości, odsyłających go z kpiarskim rechotem do sądu w swojej, białej stolicy.

Od lat, odkąd po raz pierwszy ktoś pokazał mi, że w wyszukiwarce youtuba nie sposób znaleźć żadnego z moich nagrań, na których wypowiadam się krytycznie o Unii Europejskiej, próbuję znaleźć kogoś, kto podejmie z tym stanem rzeczy walkę. Doczekałem się wreszcie, że sprawę podjęła fundacja Ordo Iuris, do wsparcia której serdecznie zapraszam. Gmach "gupka" peerelowskiego na Mysiej dawno już oddano Polakom na sklepy i biura, czas najwyższy zrobić to samo z "gupkami" wirtualnymi. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje