Władek Frasyniuk siadł

​Gdybym miał na to czas, napisałbym o bieżących polskich wypadkach powieść. Taki polityczny thriller a la Forsyth. Jednym z głównych bohaterów byłby pisowski inkwizytor, szef jednej z głównych służb specjalnych, którą zresztą sam od postaw stworzył i którą czyni coraz bardziej wpływową. To taki klasyczny bohater "czarnego kryminału", życie prywatne mu się nie udało, żyje skromnie, nie imprezuje ani w inny sposób używa uroków życia, nosi się niemodnie - całym jego życiem jest przykurzony gabinet, w którym wypala całe wagony papierosów, i misja, którą w nim realizuje. Misja oczyszczenia swej Ojczyzny z pozostałego po komunizmie zła. Facet jest zafiksowany na walce z "układem" i reliktami PRL-u, a ponieważ uważa, że tylko Kaczyński i jego partia są w stanie tego dzieła dokonać, za rzecz nadrzędną uważa zapewnienie jak najdłuższych rządów. Wedle zasady "cel uświęca środki".

Dodam, że mój bohater dobrze wie, bo przekonał się o tym na własnej skórze, iż w państwie, któremu się poświęcił, zaraza przeżarła cały aparat sprawiedliwości. Sędziowie są sprzedajni, prokuratorzy na gwizdek, korporacyjne samorządy i niezawisłość zawodów prawników stały się, wskutek zaniechania we właściwym czasie rozliczeń z komunizmem, sposobem sprawowania nad wymiarem sprawiedliwości i prawem kontroli przez starą nomenklaturę i mafie z niej powstałe. Dlatego, jak przystało na detektywa z czarnego kryminału, decyduje sam. Niekoniecznie nadaje sprawom przepisowy bieg. Kiedy ma w ręku coś naprawdę potężnego, woli schować taśmę z podsłuchu czy zeznania w swoim prywatnym zbiorze haków i użyć do politycznej rozgrywki. Na przykład, wpadł diler narkotyków, który obsługiwał cała śmietankę towarzyską stolicy, polityków, zblatowanych z nimi biznesmenów, celebrytów, "autorytety moralne"... Na przykład, udało się zamknąć luksusowy burdel w podwarszawskim Wilanowie. Nazwiska, adresy, kontakty, nagrania, odrażające perwersje - kopalnia "kompromatów". Czas mija, postępowań nie ma - są za to poufne rozmowy, które pisowski inkwizytor przeprowadza w swym zakopconym gabinecie albo konspiracyjnych lokalach z przerażonymi prominentami poprzedniej władzy.

Reklama

I tu jest clou mojej powieści, której nigdy nie napiszę, bo nie mam czasu. Kiedy przyszpilony, załamany działacz, autorytet, biznesmen etc. łka, że zrobi wszystko, co mu PiS każe, że stanie się takim pisowcem, że gorliwszego nie będzie, sfinansuje za własne pieniądze ogromny pomnik Lecha Kaczyńskiego, słyszy - o nie! Takich to my mamy własnych, nie trzeba nam. Ty masz być wrogiem PiS! Staniesz na czele "walki o demokrację", my ci troszkę pomożemy, i będziesz nas atakował, ale - uważaj, co mówię! - w sposób tak przegięty, tak kretyński, że ośmieszysz opozycję do cna. Zrobisz z walki z PiS kompletne wariactwo, tak żeby każdy, kto ma więcej niż trzy szare komórki, choćby nawet nas nie wiem jak nie lubił, nabrał do opozycji obrzydzenia i trzymał się z daleka.

Tak, wiem - pomysł nie jest oryginalny. Takie sztuczki robiła już Ochrana, która zakładała organizacje terrorystyczne i kreowała najbardziej zajadłych patriotów polskiej emigracji, którzy pod hasłem nieprzejednanego patriotyzmu i walki z caratem, rozpieprzali każdą próbę sensownej i konstruktywnej niepodległościowej działalności, oskarżając tych nieprzekupnych, że to oni właśnie są agentami. Partie komunistyczne na Zachodzie, okazało się po 1989 roku, zakładały często tamtejsze służby, kreując najbardziej zajadłych komunistów, ba - całkiem niedawno niemiecki sąd musiał odstąpić od ukarania liderów partii neonazistowskiej, bo okazało się, że cała ta partia... no, tak właśnie, założona została przez BND. O tym, czego byśmy się mogli dowiedzieć o własnej wzniosłej historii i jej legendach, gdyby motorówki umiały mówić, nie będę już nadmieniał.

A co do pomysłu, by kreować sobie wroga takiego, który ośmiesza wszystkich naszych wrogów en bloc - to też rutyna, pamiętacie może Państwo, w jednym z felietonów pisałem o dywersyjnej rozgłośni amerykańskiej działającej pod koniec II wojny światowej na zachodnim froncie. Była to niemieckojęzyczna rozgłośnia nazistowska, ale tak wściekle nazistowska, że Goebbels wymiękał - najprostszy żołnierz, słuchających jej prawomyślnych propagandowych bredni, nie mógł nie dojść do wniosku, że każą mu umierać za bandę kompletnych wariatów.

Także mój pomysł na powieść jest w sumie mało oryginalny - i to, poza brakiem czasu, drugi powód, żeby jej nie pisać i nie opatrywać obowiązkowym zapewnieniem, że wszelkie podobieństwo nazwisk, osób i sytuacji jest czysto przypadkowe i tak dalej. Z drugiej strony, myślę, iż takie dziełko mogłoby zrobić popularkę w targecie sierot po III RP, coraz bardziej sfrustrowanych kolejnymi kompromitacjami "totalnej opozycji". Tak zwane "spiskowe teorie dziejów" nie przypadkiem cieszą się tak wielką popularnością. Pełnią one ogromną rolę terapeutyczną. Temu, co niezrozumiałe, nadają rys racjonalności - to nic, że złowrogiej, rzecz najbardziej nawet złowroga boli człowieka mniej, niż niezrozumiała. Wiara w spisek nie pozwala osobie kontestującej rzeczywistość się załamać i popaść w depresję - a świadomość, że świat jest chaosem i wypadkową skutków krzątaniny głupków, bufonów i nieudaczników, ku temu właśnie wiedzie.

Poważnie mówiąc - nie, słabo wierzę w to, że złowrogi Mario albo ktoś jego pokroju wziął na bok Frasyniuka, pokazał mu, jakie są na niego haki, i kazał urządzić całą tę błazenadę z rozsiadaniem się na trasie smoleńskiej "miesięcznicy". Że decyzja o tym, by wykreować go, po zgranym już alimenciarzu kradnącym kasę z puszek, na kolejnego lidera opozycji i twarz antypisu, zapadła gdzieś na Nowogrodzkiej. Nie dlatego, że to nie ma sensu, przeciwnie - to by było jedyne racjonalne wyjaśnienie. Ale zasada zwana "brzytwą Ockhama" każe unikać wyjaśnień skomplikowanych tam, gdzie wystarczają proste.

Proste wyjaśnienie jest takie, że pan Frasyniuk ma nastukane pod kopułką. Tak jak wielu innych byłych bohaterów, którzy nie potrafią znaleźć się w rzeczywistości nie wymagającej bohaterstwa, walki, okrzyków i nie dającej adrenaliny. Pogadajcie o tym z psychologiem, albo poczytajcie o losach, dajmy na to, byłych astronautów po przejściu w stan spoczynku. Patrzę, jak Frasyniuk tokuje, że "ma w d**ie prawo", jak wyżywa się z moralną wyższością na próbującym go wylegitymować policjancie, jak nadyma się, że nawet w elektoracie PiS połowa bardziej wierzy jemu niż Kaczyńskiemu... Nic nowego. Trochę w tym z megalomanii Wałęsy, który przecież autentycznie wierzył, że jak On wezwie do buntu, to przyjdą miliony i wyrzucą Kaczyńskiego przez okno, trochę z oszalałego od nienawiści Niesiołowskiego - najwięcej ze śp. Kazimierza Świtonia, niegdyś arcyodważnego twórcy Wolnych Związków Zawodowych, który potem oszalał i z podpuszczenia jakiegoś ponurego esbeka obstawiał obóz Auschwitz krzyżami i udzielał światowym mediom wywiadów, że "okupację komunistyczną zastąpiła w Polsce okupacja żydowska".

O przyjęciu przez antypis samobójczej formuły "opozycji totalnej" i licytowaniu się w przeciwskuteczności zadecydował zapewne nie zręczny spisek służb, bo szczerze mówiąc nie wyglądają one na tak zręczne, tylko swoisty sojusz - drobnych i dużych przestępców z drobnymi i dużymi kabotynami. Ci pierwsi, po zmianie władzy, poczuli nóż na gardle i rozpaczliwie zapragnęli się wysadzić tę nową władzę w powietrze, choćby razem z całą Polską, zanim dobierze się do ich karuzel VAT-owskich, "reprywatyzacji", paliwowej "alchemii", amber-goldów i tak dalej i tym podobne. Ci drudzy zaś, przez ćwierć wieku pławiący się w przekonaniu, "że są wspaniali i najlepsi" uwierzyli, że to się da zrobić - że wystarczy załatwić u przyjaciół z Ojropy parę warknięć i burknięć na PiS, rzucić parę dramatycznych okrzyków o zagrożeniu wolności, państwie wyznaniowym i średniowieczu, a naród wyjdzie na ulicę przeciwko rządowi, który dopiero co wybrał, w imię przywrócenia patologicznej i nieudolnej ekipy, którą dopiero co odrzucił.

Tak powstało pospolite ruszenie, które skutecznie przekonuje Polaków, że jakkolwiek by PiS był zły, to alternatywy dla niego nie ma. Bo "opozycja totalna" jest tylko w stanie bronić swych świństw, iść w zaparte, a jedyne, co ma do zaoferowania, jej cały program, idea i strategia, to dzika nienawiść do Kaczyńskiego - tak dzika, że będą mu robić kocią muzykę i próbować przeszkadzać nawet, gdy chce pójść na grób brata. Że antypisowskie media wchodzą w to jak w masło i z zadęciem usiłują ludzi przekonać do kuriozalnej parodii męczeństwa wynoszonego za róg Frasyniuka, oburzyć żółtą garsonką premier albo kciukami prezydenta, czy poderwać Polaków do powstania w imię sprowadzenia do Polski muzułmańskich imigrantów - to też raczej nie z innej przyczyny, niż ze zwykłej głupoty swych funkcjonariuszy, pochodzących z wieloletniej selekcji negatywnej.

Nie napisze tej powieści także dlatego, że musiałbym się z nią bardzo pospieszyć. Bo cała ta sytuacja coraz mniej się nadaje na polityczny thriller czy czarny kryminał - a coraz bardziej na komedię. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje