Życie seksualne lemingów

Prowadziłem kiedyś w publicznej telewizji program, który miał w przystępnej formie talk-show zainteresować przeciętnego telewidza kulturą.

Kluczem do sukcesu był dobór gości, mających przyciągnąć widzów przed ekran. Między innymi, zaprosiłem pewnego aktora, bardzo wówczas popularnego, biorącego praktycznie wszystkie główne role.  Łatwe to nie było, bo gwiazdor okazał się arystokratą ducha, bynajmniej - jak twierdził - nie zainteresowanym "popularką". Sztuka, wyłącznie sztuka, ale taka sztuka przez największe "S". Homer, Szekspir, Dante, no, ostatecznie, ale to już ledwie-ledwie, Gombrowicz... Nie żadna tam pustota dla gawiedzi, serialowa tandeta, ja jestem ponad to, i to o trzy poziomy.

Reklama

No dobrze, jakoś zdołałem artystę przekonać, że właśnie o sztukę przez wielkie "S" mi chodzi, zaszyliśmy na antenie rozmowę, która mnie samego omal nie uśpiła, i nie byłoby o czym gadać, gdyby nie minęło - ja wiem - pół roku, gdy okazało się, że wspomniany arystokrata ducha otworzył prywatny teatr.

A w tym teatrze bynajmniej żadnych Homerów i Szekspirów, tylko jedna w drugą - farsy. Takie tam sztuczki do śmichu-chichu, pisane przez anglosaskich mistrzów rzemiosła i grane przez podstarzałych gwiazdorów, którzy w życiu zawodowym wszystko już mają za sobą, ale zagranie w farsie wyzwaniem dla nich nie jest, a wyrobiona jeszcze za PRL-u popularka zawsze salę napełni. Do tego młoda aktorka z serialu, która pokaże się na scenie w bieliźnie (co obfotografują zaproszone na próbę tabloidy) - a, i, byłbym zapomniał - w roli głównej, debiutuje jako aktor, gość prowadzący popularny telewizyjny talk-show.

Do dziś pamiętam ten pusty śmiech, jaki mnie skręcił, gdy sobie przypomniałem niedawne artystowskie nadęcie wybitnego artysty scen warszawskich.

Dokładnie ten sam śmiech skręcił mnie kilka dni temu, gdy tygodnik "Polityka" opublikował - jako materiał okładkowy! - wywiad z profesorem Zbigniewem Izdebskim o życiu seksualnym, klasyfikowanym przez pryzmat politycznych preferencji Polaków.

Wywiad ten przeprowadził niejaki Jacek Żakowski. To nazwisko zapewne niewiele Państwu mówi, ot, jeden z gorliwych medialnych kibiców władzy, gdzieś tam w drugim rzędzie za Lisem, Olejnik czy Kuźniarem. Ale w środowisku Żakowski znany jest jako osobnik wyjątkowo nadęty na punkcie swojego profesjonalizmu. Z zamiłowaniem zwykł wynosić się ponad innych dziennikarzy, szydząc z "jakichś polonistów czy teatrologów" (on sam kończył dziennikarstwo, ale jeszcze w PRL, co za szczególny powód do dumy akurat trudno uznać), nie szczędząc epitetów typu "to kabareciarz, a nie dziennikarz", ba! - domagając się zupełnie na poważnie, by do zawodu dziennikarskiego ograniczyć dostęp "weryfikacjami" przez specjalne komisje, jak było to za czasów PRL.

Jako dziennikarz niezwykle poważny, właściwie wzorzec z Sevres dziennikarskiej powagi, wykładowca jakiegoś collegium cośtam i autor wielu rozmów z wielkimi intelektualistami, w których wprawdzie niczym szczególnym się  nie wykazał, ale znaczący jest sam fakt, że dysponenci wielkiej kasy sfinansowali bilet do Harvardu czy Sorbony i hotele właśnie jemu. Jacek Żakowski zawsze był jednym z czołowych krytyków tabloidów i "tabloidyzacji" mediów. Zresztą pod tym względem nie odstawał od "Polityki", której patentem na sprzedaż jest przecież dowartościowywanie swoich czytelników jako "prawdziwych inteligentów".

No i właśnie ten Żakowski, w tejże "Polityce", która uznała to za zdarzenie godne okładki, zaszył rozmowę o życiu seksualnym Polaków. Koncept sam w sobie mało oryginalny, "Newsweek" czy "Wprost" latami dawały takie "cover story" mniej więcej raz na miesiąc, z rozbiciem już to na konkretne grupy społeczne (ze szczególnym uwzględnieniem studentek i w ogóle młodzieży, a w wypadku "Newsweeka" jeszcze kleru), już to na ujęcia problematyczne (fantazje seksualne Polek, Polacy kiepscy w łóżku etc.) Więc żeby dodać cover story pieprzu, pseudo-mądra rozmowa Żakowskiego dotyczyła tego, jak tam z seksem w poszczególnych elektoratach.

Co może z takich pogaduszek wyniknąć, nawet z profesorem? Przyznam, że znając "Politykę" i poziom rozmów prowadzonych przez Żakowskiego spodziewałem się mniej więcej takiego przesłania: wyborcy PO są zadowoleni, a wyborcy PiS sfrustrowani, czyli powtórzenia oficjalnej narracji z rozciągnięciem jej na kolejny obszar konfrontacji.

Tymczasem profesor Izdebski nieco "Polityce" bryknął, bo jego badania wykazały prawidłowość inną, skądinąd bardziej pasującą do obserwacji codziennego życia (ot, choćby forów internetowych): oto w ujęciu partyjnym zwolennicy prawicy górują seksualnie pod każdym względem. Prawicowi mężczyźni są lepiej obdarzeni przez naturę, prawicowe kobiety mają więcej orgazmów, oboje współżyją ze sobą częściej i czują się zaspokojeni oraz usatysfakcjonowani - natomiast wyborcy PO mają małe interesy, stawiają raczej na samozaspokojenie, generalnie życie intymne mają mniej udane i jedyne, w czym z prawicowcami wygrywają, to seks poza stałymi związkami. 

Dla mnie, jako dla autora powieści "Zgred", to żadne zaskoczenie - ot, wyjaśniło się wreszcie, skąd ta obsesja lewicowych krytyków literackich wytykania "prawicowym" pisarzom, że w ich powieściach są tak zwane "momenty". Ale w konfrontacji z ogólnym przekazem "Polityki" - szok. Pewnie skoro już rozmowę z profesorem zrobili, nie mogli jej nie zamieścić, ale dlaczego w takim razie została tak wyeksponowana?

Nic dziwnego, że z Żakowskiego, "Polityki" i wspomnianych sensacji od paru dni wszyscy sobie drą łacha co się zowie. Targetowi czytelnicy są wściekli, niby to o tabloidowość, w istocie raczej o to, że teraz przyznać się do głosowania na PO to, jakby nie patrzeć, akt pewnej odwagi, a lemingowski target jest od niej jak najdalszy. Nietargetowi pękają ze śmiechu i dopytują o ściślejsze korelacje - czy istnieje związek między stopniem gorliwości w popieraniu władzy a znikomością narządu płciowego? Bo jeśli tak, to najkrzykliwsi gwiazdorzy prorządowego komentarza - i sam Żakowski w ich liczbie - mogą być podejrzewani wręcz o wklęsłość.

Najmniejsza grupa, głównie dotyczy to resztek środowiska dziennikarskiego, jest po prostu zażenowana. Bo, co tu gadać, "Polityka" wygłupiła się jak rzadko, zwłaszcza w kontekście jej stale podkreślanej, napuszonej "inteligenckości", a próby wmówienia światu, że głupawy tekst miał poważne, naukowe znaczenie i wynikał z troski o Polskę oraz chęć jej lepszego opisania, pogrążają ją jeszcze bardziej. Nawet dziennikarze o poglądach zdecydowanie od Baczyńskiego odmiennych w większości zamilkli zawstydzeni, nie chcąc korzystać z okazji do kopania przeciwnika, który sam się położył na płask.

Ja jakoś od skomentowania sprawy - acz oględnego, przyznacie Państwo, zwłaszcza jak na człowieka jeszcze niedawno tak mocno atakowanego za wypowiadanie się na tematy seksualne - powstrzymać się nie umiem. Może z powodu wspomnianej na wstępie przygody z prawdziwym artystą od wielkiej sztuki, a może dlatego, że w uszach dźwięczy mi uparcie zapamiętany z dzieciństwa wierszyk: "Balon rośnie, że aż strach, przebrał miarę, no i... trrrach!". 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy