Bezsensowna tragedia

Rodzice zmarłego w wieku zaledwie 29 lat Andrzeja D. do dziś nie mogą się pogodzić z tragedią, której ofiarą padł ich syn.

Oboje zjawili się niedawno na odwoławczej rozprawie w Sądzie Apelacyjnym w Rzeszowie i po raz któryś przeżywali osobisty dramat. Jako oskarżyciele posiłkowi z płaczem wyrażali niezadowolenie z tego, że sąd w Tarnobrzegu zbyt łagodnie potraktował sprawcę rodzinnej tragedii.

Reklama

- Teraz zostało nam po synu troje dzieci bez środków do życia - mówiła roniąc łzy matka zmarłego...

- Kara dla sprawcy tej tragedii jest za niska - dodał ojciec, który zdawał sobie w pełni sprawę z faktu, że żadna - nawet najwyższa - kara dla sprawcy ich dramatu życia synowi już nie przywróci.

Pora wyjaśnić, iż do owego dramatu doszło w niedzielny wieczór, 21 stycznia br., w znanej na terenie Skopania i okolic restauracji ''Laguna''. Andrzej D. wraz z młodszą o rok żoną Anną byli tego popołudnia w kościele w pobliskiej Woli Baranowskiej. Po mszy spotkali znajomego Andrzeja I. i postanowili razem odwiedzić znaną im restaurację.

Zjawili się tam około godz. 16 i zamówili piwo. Rozmawiali spokojnie przez prawie cztery godziny, mężczyźni wypili po kilka piw, ale nie byli nietrzeźwi. Żaden z nich nie reagował, kiedy przy sąsiednich stolikach wybuchały drobne sprzeczki i przyjaźnie odnosili się do znajomych, z których kilkoro na chwilę dosiadło się do ich stolika.

Przyjacielska rozmowa

Podobnie było ze znanym im, choć starszym od Andrzeja D. o 12 lat Zygmuntem K., noszącym ksywę ''Zyga''. Dosiadł się do ich stolika około godz. 20 i choć różnie o nim mówiono z powodu rozwodu z żoną oraz dwukrotnych wpadek podczas jazdy po wypiciu alkoholu, nikt z ich towarzystwa mu tego nie wypominał. Zygmunt K. wspominał z Andrzejem D. ''dawne czasy'' i wspólnych znajomych sprzed kilku lat. Żona Andrzeja D. wyraźnie określiła później ich rozmowę, która trwała około 40 minut, jako przyjacielską.

Potem Zygmunt K. kupił sobie dwa piwa i przesiadł się do stolika innych znajomych. Wkrótce po jego odejściu do towarzystwa małżeństwa D. dołączyła siostrzenica Anny - Izabela T., której wyraźnie nie podobała się atmosfera panująca w restauracji. Kiedy przy sąsiednich stolikach zaczęły się awantury, zaproponowała, aby opuścić coraz głośniejszy lokal. Wszyscy wyszli na zewnątrz, udali się pieszo w stronę rodzinnego domu.

Nieszczęsny powrót po papierosy

Po kilku minutach Andrzej D. i Andrzej I. przypomnieli sobie, że wychodząc, zapomnieli kupić papierosów. Obaj wrócili do restauracji, a panie wolno szły dalej. Mężczyźni kupili papierosy i zeszli po schodach do wyjścia, ale wtedy Andrzej D. zaproponował, że kupi jeszcze w bufecie piwo ''na drogę''. Andrzej I. został w przedsionku przy drzwiach i przez oszklone drzwi widział, jak znajomy wraca do bufetu.

Niestety, nie dotarł do niego, ponieważ na tzw. pomoście przy kilku schodach w dół, prowadzących do toalety, spotkał wychodzącego z restauracyjnej sali Zygmunta K. Obaj stanęli naprzeciw siebie tak, że Andrzej D. stał plecami skosem do schodów, a Zygmunt K. twarzą do niego. Andrzej I. widział, jak rozmawiali, ale ich słów nie słyszał.

Nie widział jednak, aby żywo gestykulowali lub wybuchła między nimi koleżeńska sprzeczka. Zdziwił się więc, kiedy nagle ujrzał, że Zygmunt K. kładzie swe dłonie na piersiach Andrzeja D. i mocno odpycha go w tył. Odepchnięty zniknął mu z oczu, a Zygmunt K. ruszył ku drzwiom wyjściowym i kiedy w przedsionku natknął się na Andrzeja I., krzyknął do niego:

- Co wy ode mnie chcecie?!...

- Ja nic... - odrzekł Andrzej I., a Zygmunt K. minął go i wyszedł na zewnątrz.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje