Chcą od niego magii

Potrafi zamienić płomień w chomika, odgadnąć pomyślaną przez widza liczbę czy wyczarować z powietrza piłeczkę pingpongową. I nie ukrywa, że trochę przy tym oszukuje. Bo iluzja to oszustwo, tyle że na potrzeby rozrywki.

- Ale oszustwo akceptowane przez widzów. Przychodząc na występ, właśnie tego ode mnie oczekują, że uda mi się wyprowadzić ich w pole - mówi Grzegorz Pietruszka vel Gregor, iluzjonista z Radomyśla nad Sanem.

Reklama

I najczęściej mu się to udaje. A czasami nawet aż za bardzo. Tak było na przykład podczas występu w miejscowości Witkowice, uznawanej w naszym regionie za fasolowe zagłębie. Pomyślał, że skoro połowa wsi uprawia tam "jasia", to specjalnie dla jej mieszkańców przygotuje kilka trików właśnie z fasolą.

- Jeden polegał na tym, że do sporej skrzyni włożyłem ziarenko fasoli. Zamknąłem ją, a gdy z powrotem otworzyłem, była już wypełniona fasolą po brzegi. Zebrałem brawa, a tuż po występie, przyszedł do mnie jeden z widzów i chciał odkupić tę skrzynię - opowiada Gregor. O ile podczas występów udaje mu się zachować kamienną twarz, to przytaczając tę anegdotę nie potrafi powstrzymać śmiechu.

- Nie bardzo wiedziałem, co mu powiedzieć. Ostatecznie potraktowałem całą sytuację jako komplement, bo świadczyła o tym, że numer mi wyszedł.

Sztukmistrz z Radomyśla

Iluzją zainteresował się już jako dziecko. Do dziś pamięta dokładnie dzień, w którym złapał bakcyla. To była rodzinna uroczystość, podczas której jeden z krewnych chciał zaimponować familii kuglarską sztuczką.

- Na stole leżały czapki, a on miał przez blat tego stołu włożyć do nich jakieś kulki. Przez przypadek zobaczyłem, że dyskretnie ukrywa je między palcami i zrozumiałem, na czym polega ten numer. Postanowiłem, że ja też muszę się go nauczyć. I tak zaczęła się moja przygoda z iluzją - wspomina Gregor.

Nad sztuczkami pracował w domu, a następnie pokazywał je kolegom w szkole. Szybko się okazało, że ma do tego talent, ponieważ już wtedy nabierali się na jego pierwsze, proste triki. Kolejnym zdarzeniem, które popchnęło go w kierunku tej tajemniczej sztuki, był przyjazd cyrku do Radomyśla. - Rozbili namiot na szkolnym boisku. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem występ prawdziwego iluzjonisty. Pamiętam, że zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Bardzo chciałem nauczyć się takich sztuczek, ale nie miałem jak. W Polsce nie ma szkół dla iluzjonistów, tak jak chociażby w USA, gdzie jest Akademia Sztuki Iluzji. Jest też niewiele publikacji na ten temat - mówi Gregor.

Na szczęście, po jakimś czasie udało mu się znaleźć jedną z takich książek w stalowowolskiej bibliotece. To dzięki niej poznał "alfabet" iluzjonistów i dowiedział się na przykład, czym jest i na czym polega palmaż. - Czyli dyskretne trzymanie przedmiotu w dłoni, tak aby nie widziała tego publiczność - tłumaczy.

Tak poznał podstawy. Później zaczął zdobywać kolejne publikacje, a także nagrywać na video programy telewizyjne poświęcone iluzji. Każdy z nich oglądał wiele razy, puszczając w zwolnionym tempie, czasami nawet klatka po klatce. - W ten sposób próbowałem rozszyfrować niektóre numery i przyglądałem się, jak doświadczeni iluzjoniści manipulują dłońmi - wspomina radomyski iluzjonista.

Dzieci nie wierzą, że jest prawdziwy

Dzisiaj jest już profesjonalistą w swoim fachu. Choć sam nie lubi, gdy się o nim tak mówi. - Uważam się bardziej za superamatora niż zawodowca. Ale rzeczywiście, wiem już znacznie więcej i rozumiem większość iluzji wykonywanych przez innych. Bo szczerze mówiąc, wiele z nich działa na zasadzie tych samych mechanizmów. Na przykład w myśl jednego schematu można dokonać zniknięcia zarówno szklanki, jak i całego pociągu - mówi Gregor.

Nie ukrywa, że aby zostać naprawdę dobrym prestidigitatorem, sam talent nie wystarczy, bo trzeba jeszcze poświęcić mnóstwo czasu na ćwiczenia.

- Iluzjonista musi mieć doskonałą koordynację ruchową i być bardzo sprawny manualnie. Ja na ćwiczenia poświęcam 2 godziny dziennie - zdradza Gregor. Jak większość jego kolegów po fachu, często ćwiczy przed lustrem, dokładnie analizując swoje gesty oraz manewry odwracające uwagę. Bez nich widowni nie udałoby się zaskoczyć. Czasami jest to np. obrót tułowia lub spojrzenie, a czasami rozmowa. - Tu w grę wchodzi już psychologia. Chodzi o to, aby zasugerować widowni pewne rzeczy, dzięki czemu jej tok myślenia będzie szedł w kierunku, którego oczekuje iluzjonista. Dlatego na scenie muszę też być aktorem - mówi.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje