Horror Polaków we Włoszech

Położona kilkadziesiąt kilometrów na południe od Rzymu - Latina to urokliwa miejscowość, o której trudno znaleźć więcej informacji nawet w obszernych przewodnikach polskich po Włoszech.

Centrum miasteczka przy drodze do Neapolu jest usytuowane w głębi lądu, ale ma też nadbrzeżną część nad Morzem Tyrreńskim, zwaną Lungomare (bulwar nadmorski). Pełno tu piętrowych willi z tarasami przeznaczonych dla turystów, poza sezonem urlopowym udostępnianych także imigrantom z Polski.

Reklama

W czerwcu 1993 r. piętro jednej z nich, przy via Edagi 7, wynajmował dla grupy zatrudnianych nielegalnie na budowach w regionie Lacjum Polaków, 35-letni wówczas murarz Adam O. z Ropczyc. Wynajęte w agencji nieruchomości pomieszczenia to trzy pokoje z kuchnią i dwiema łazienkami oraz tarasem, przez który prowadziło oddzielne wejście z ogrodu i podwórza na górę.

Wewnątrz mieszkało dziesięć osób (dwie kobiety i ośmiu mężczyzn), a w postawionym przed willą aucie marki Fiat 125p i na jej tarasie spało dwóch Polaków, którzy korzystali także z toalet i kuchni na piętrze. Wszyscy rano wyjeżdżali do pracy i wracali późnym popołudniem, by coś przyrządzić do jedzenia, ogarnąć się i umyć, a potem spać. 14 czerwca tamtego roku niczym nie różnił się tu od poprzednich, poza nieco zbagatelizowanym przez wszystkich faktem, że mieszkający tu Darek spod Ostrołęki (jego nazwiska nie ustalono) sprzedawał komuś swój wysłużony samochód marki Opel kadett.

Nieproszeni goście z bronią

Chyba informacja o tej transakcji dała bandytom z kempingu w Sabatino pod rzymskim lotniskiem Fiumicino sygnał do ataku, którego nikt się w tej enklawie spokoju nie spodziewał. Darek spod Ostrołęki w nim nie ucierpiał, bo po sprzedaży auta poszedł spać do brata w innej części Latiny-Lungomare i do willi przy via Edagi 7 na noc nie wrócił.

Majster Adam O. zapamiętał, że przed północą wszyscy lokatorzy pokoi i tarasu już spali, z wyjątkiem jego samego i Zbigniewa K. Obaj oglądali w kuchni telewizję i Zbigniew K. tuż po godz. 24 wyszedł na zewnątrz wziąć wodę do picia z położonej opodal domu studni. Przechodząc przez ogród usłyszał jakieś podejrzane szmery i hałasy, ale je zbagatelizował.

Śpiący na tarasie Marek Sz. usłyszał po chwili odgłosy kroków przy samochodzie, w którym spał Janusz M. Świadek z tarasu widział, że do auta podchodzi zamaskowany mężczyzna z pistoletem z ręce, który cicho otworzył drzwi pojazdu i przystawił lufę broni (lub jej atrapy) do głowy kolegi. Marek Sz. usłyszał, jak rabuś ostrzegł Janusza po polsku, by leżał cicho, a potem widział, jak wyprowadza kolegę z auta, a zza drzew wychodzi do nich drugi napastnik z zamaskowaną twarzą i podobnym pistoletem. Obaj położyli Janusza na ziemię oraz związali mu ręce i nogi sznurem, a usta zalepili plastrem.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy