Kciuk to jego jedyny kontakt ze światem

"Łukasz, jaka jest mama?". Chłopak nie bez wysiłku unosi kciuk do góry. Jego mama jest the best, najlepsza, najdzielniejsza.

- Dziwne, kiedyś... przed tym wypadkiem... byłam raczej beksą. Szybko się wzruszałam, potrzebowałam "silnego ramienia", by się na nim wesprzeć. Teraz to ja pocieszam Łukasza, gdy ma gorszy dzień - mówi Wiesława Barnaś z Tarnobrzega. Gorszy dzień? Czy może być gorszy od tego sprzed roku, kiedy Łukasza, studenta informatyki, potrącił samochód.

Reklama

Gorszy dzień Łukasz ma akurat, gdy odwiedzamy go i jego mamę w ich tarnobrzeskim mieszkaniu. Gdy pada słowo "wypadek", twarz chłopaka wykrzywia grymas. - Łukasz, nie płacz, dobrze, już dobrze - uspokaja go pani Wiesława.

Sama też z trudem powstrzymuje łzy. Ale nie może pokazać, że czasami i ją wszystko przerasta, że są dni, gdy nie daje rady. Tuli w dłoniach twarz syna, ociera wilgotne oczy.

Rozmowę kontynuujemy więc bez towarzystwa Łukasza. Chłopak zostaje w pokoju obok. Uczy się - na nowo cyfr, liter, kolorów...

- Nie wiem, może to to, że niedawno minął rok od wypadku, a może ten listopadowy czas tak go rozstraja - kobieta próbuje znaleźć wytłumaczenie gorszych dni Łukasza. - Łukasz tego roku tak bardzo przeżywał Święto Zmarłych i to, że taty nie ma już z nami. Mąż zmarł 6 lat temu. Łukasz bardzo chciał wybrać się wtedy na cmentarz... W tym roku jednak nie było to możliwe. Przed rokiem też nie. Wtedy pierwszy raz 1 listopada nie pojawił się nad grobem taty. Bo 7 września uległ poważnemu wypadkowi.

Walczył o drugie życie

Kraków. To tu miały się spełnić jego marzenia. Był w trakcie ich realizacji, niebawem miał rozpocząć drugi rok informatyki. - Dziś już nie ma co roztrząsać, powracać do tego. Nie ma na to czasu - mówi pani Barnaś.

Ale nie ukryje tego, że wspomnienie telefonu w nocy 7 września 2007 wciąż powraca w jej snach. Łukasz, wypadek, stan krytyczny... To, co ktoś do niej wtedy mówił, pamięta jak przez mgłę. Kilka godzin później czuwała już przy nieprzytomnym synu, któremu lekarze nie dawali najmniejszych szans.

- To paradoks, ale to szczęście w nieszczęściu, że wydarzyło się w Krakowie właśnie. To dzięki heroicznej walce tamtejszych lekarzy Łukasz przeżył. Otrzymał drugie życie - mówi cicho. - Pierwsze... zakończyło się na jednej z krakowskich ulic.

Łukasz z grupą znajomych stał przed przejściem dla pieszych. Gdy wszyscy ruszyli na drugą stronę jezdni, jego na chwilę zatrzymał dzwoniący telefon. Wszedł na przejście tuż za kolegami. Prawdopodobnie motorniczy tramwaju ręką dał przyzwolenie, by jeszcze przeszedł. Gdy chłopak żwawo przemierzał ulicę, tramwaj czekał. Zza niego jednak wyjechał samochód.

- Prawdopodobnie tak to wyglądało. Prawdopodobnie. Wciąż jednak toczy się sprawa. Teraz jednak coraz mniej już mnie to interesuje - mówi kobieta.

Teraz całym jej światem jest walka o syna w niewielkim mieszkaniu, w bloku na tarnobrzeskim osiedlu.

Dni bez wytchnienia

Tylko w dużym pokoju, niegdyś gościnnym, zmieściło się specjalistyczne łóżko, wyciągi, pionizator, materac rehabilitacyjny.

- Odkąd Łukasz mógł wrócić do domu, trzeba było pozbyć się stołu, usunąć zbędne sprzęty, przystosować mieszkanie do jego potrzeb - wylicza matka chłopka. Nie dodaje, że całe swe życie też musiała podporządkować opiece nad synem. Zero czasu dla siebie, przyjaciół. Dla niej to oczywiste, która matka postąpiłaby inaczej.

- Teraz już przynajmniej spokojnie prysznic mogę wziąć, nie drżąc, że zostawiłam go w pokoju samego - dodaje. Wciąż jednak nie może wyjść na większe zakupy, nawet nie marzy o kinie. - Tak naprawdę, to nawet nie mam czasu, by gazety przejrzeć, coś w telewizji pooglądać - przyznaje pani Wiesława.

Gdy noc jest spokojna, dzień Łukasza i jego mamy zaczyna się około szóstej rano. - Bywa jednak, że dni nie mają ani końca, ani początku. Albo jakaś infekcja się przyplącze, albo Łukasz po prostu spać nie może - opisuje mama.

Po porannej toalecie i śniadaniu nie ma przeproś, obydwoje zabierają się do pracy. - Nie przyjmuję żadnych tłumaczeń. Gorszy dzień czy plucha za oknem nie jest powodem, by przerwać to, co przez miesiące ćwiczeń osiągnęliśmy - zaznacza pani Barnaś. Sama wykonuje z synem ćwiczenia usprawniające narządy mowy, robi masaż warg, języka. I potem prosi, "powiedz mama, ma-ma...". Usta chłopaka układają się prawidłowo. Wreszcie, wprawdzie bezgłośnie, ale zdają się wypowiadać upragnione słowo. - Wiem, że kiedyś je usłyszę, uda się nam. Dlatego nie poddajemy się - mówi kobieta.

Mamo, jest OK

Nie dają za wygraną też w ogólnym usprawnianiu chłopaka. Codzienność jej syna to od kilku miesięcy żmudne ćwiczenia, którym poddają go rehabilitanci. W tym nieoceniona jest też pomoc starszego brata Łukasza, Leszka.

Prócz rehabilitacji jest jeszcze godzinna pionizacja, ćwiczenia na wyciągach. A potem znowu nauka. Łukasz na specjalnej tablicy układa rzędy literek. Potrafi już tworzyć słowa, nie ma problemu z układaniem ciągu cyfr. - Chciałabym, by mógł pisać. Wkładam mu do dłoni długopis i próbujemy. Niestety, wciąż jest to poza jego możliwościami - mówi pani Wiesława.

Łukasz porozumiewa się za pomocą kciuka. Kciuk w górze znaczy "jest dobrze", "dobrze się czuję". Tak jednak nie sposób rozmawiać, trudno okazać emocje, prosić o coś. - Bywa, że muszę zadać wiele pytań, by dotrzeć do tego, o co w danej chwili mu chodzi - mówi mama chłopaka.

O ile łatwiej byłoby, gdyby Łukasz miał komputer. - Może już wkrótce będziemy mieć taki przystosowany dla niego - wierzy kobieta. Wierzy równie mocno jak w to, że rehabilitacja syna przyniesie widoczne skutki. Lekarze nie przekreślili tej nadziei.

- To, że wtedy w Krakowie obudził się po miesięcznej śpiączce, że żyje, to już dużo znaczy. Lekarze mówią, że jest silny, że powinien dać radę - przekonuje nas. Dać radę, jak w kilka miesięcy po wypadku, gdy właśnie dał radę gronkowcowi, potem sepsie. - Był osłabiony, wszystko się mu przyplątywało, a jednak wychodził z tego. Wierzę, że i z tego się podniesie, że kiedyś będzie samodzielny. Ja przecież wiecznie żyć nie będę... - dodaje cicho pani Wiesława.

Zapożyczyła się u rodziny, gdyż rehabilitacja, leki, odżywki to dla jej domowego budżetu zbyt duże koszty. Łukasza czeka też rekonstrukcja czaszki. - Kto nie doświadczył opieki nad tak poważnie chorą osobą, nie zdaje sobie sprawy, że najbardziej doskwiera nie brak snu, zmęczenie fizyczne, utrata nadziei, ile bezsilność finansowa - mówi cicho.

Koledzy nie zostawili go samego

Teraz, jesienią Łukasz miał jechać do Krakowa, gdzie poddawany byłby kompleksowej rehabilitacji, pod okiem doświadczonych specjalistów. Niestety, miesięczny turnus kosztuje 16,5 tysiąca złotych.

- Dla mnie to kwota nie do zdobycia - przyznaje pani Barnaś. W potrzebie nie zostawili jej jednak przyjaciele Łukasza, dawni znajomi, nauczyciele z "Górnika", szkoły średniej, do której chłopak uczęszczał, ale też z wielu innych tarnobrzeskich szkół. Mimo że od czasu, gdy Łukasz zdał maturę, minęło sporo czasu, tam wciąż o nim pamiętają. Organizują imprezy sportowe, kulturalne, loterie fantowe, a cały dochód z tychże przeznaczają dla Łukasza, by mógł pojechać na turnus rehabilitacyjny.

- Pieniądze wpływają na konto, wciąż jednak do pełnej kwoty trochę brakuje. Może do przyszłego roku uda się uzbierać całość - mama Łukasza nie traci nadziei i cieszy się z każdego grosza, który przybliża ich do celu. - Mimo że życie tak mnie doświadczyło, zostałam bez męża, a potem ten wypadek Łukasza, ludzie nie pozwalają mi zwątpić w ich dobro - dodaje cicho.

Łukasz, chociaż przykuty do łóżka, milczący, ma wielu przyjaciół. Nie zapominają o nim, odwiedzają, wspominają dawne czasy. Są "tacy" - Łukasz, którego mama przywozi na wózku inwalidzkim do pokoju, w którym rozmawiamy, unosi kciuk do góry, gdy rozmowa schodzi na temat jego znajomych. - Cieszy go każda ich wizyta, po każdej jest taki podbudowany - mama uśmiecha się do syna. - Czasem tylko w jego oczach widać smutek. Znajomi snują plany, niektórzy oczekują narodzin dzieci, a on... Jedna chwila zniweczyła wszystkie jego plany. Ale nie poddamy się, nie ustaniemy. On musi wygrać. Wygra tę walkę. A ja muszę być silna i konsekwentna, by go w tej walce wspierać. Muszę być twardą kobietą...

JOANNA RYBCZYŃSKA

tanobrzeg@sztafeta.pl

Pomóż Łukaszowi!

Każdy, kto chciałby pomóc Łukaszowi, może przekazać nawet najmniejszą kwotę na turnus rehabilitacyjny. Numer konta to: 3910 2049 1300 0092 020023 6919 (z dopiskiem "dla Łukasza").

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy