Kopali i bili jak opętani

Alan patrzy smutnymi, czarnymi oczami. Szczupły trzynastolatek wzrusza bezradnie ramionami. Nie ma pojęcia, za co tych trzech pobiło jego i o rok starszego Dawida. I to w biały dzień, na ulicy, przy ludziach.

- Może chodziło o film do internetu? Jeden wszystko filmował - zastanawia się głośno. Nie dopuszcza do siebie myśli, która ciągle kołacze w głowach rodziców, że bandyci celowo zaatakowali romskie dzieci. Dlaczego mieliby to zrobić? Trzynastolatek nie może i nie chce w to wierzyć. My też.

Reklama

Te ferie były naprawdę super. Alan spędzał całe dnie w świetlicy Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Nie było czasu na nudę. Atrakcja goniła atrakcję. Wyjścia na basen, do kina, do teatru i zajęcia z innymi dziećmi ze szkoły. Czwartek (24 stycznia) też zapowiadał się fajnie. O 10 rano całą grupą poszli na przedstawienie do domu kultury. Ale chłopak nie mógł się już wprost doczekać łyżew. Prosto ze spektaklu razem z wychowawczynią i grupką innych dzieci poszli na lodowisko.

Kopali i bili jak opętani

- Parę osób było już w środku, przy kasie. Na ulicy stało jeszcze kilkoro dzieci. Właśnie mieliśmy wchodzić, gdy nagle ktoś rzucił się na mnie od tyłu. Dawida też ktoś zaatakował. Nie wiedziałem co się dzieje. Powalili nas na ziemię. Jeden bił mnie i kopał, a dwóch dopadło Dawida. Któryś z nich walił go jakimś drewnianym drągiem - wspomina rozżalony Alan.

Wychowawczyni zamarła z przerażenia, gdy zobaczyła co się dzieje. - Byłam w szoku, gdy nagle zobaczyłam trzech w kapturach, jak rzucili się na Alana i Dawida. Kopali ich jak w jakimś szale. Jeden tłukł bez opamiętania pałką. Dzieci zaczęły krzyczeć i płakać, ale chuligani wcale się nie wystraszyli. Byli jak w amoku. Zaczęłam się z nimi szarpać. Razem ze starszymi dziewczynkami próbowałyśmy odciągnąć chłopców. W ostatnim momencie zauważyłam, że jeden z nich nagrywał wszystko na kamerę albo aparat fotograficzny - opowiada wstrząśnięta Aleksandra Majkutewicz, wychowawczyni.

A ludzie stali i patrzyli...

Dopiero po chwili bandyci uciekli. Opiekunka dzieci nie może zrozumieć, dlaczego nikt z przechodniów i obsługi lodowiska nie zareagował. - To jakaś straszna znieczulica. Na ulicy i w środku byli ludzie i nikt nie przerwał makabry bitych brutalnie chłopców. Dzieci mówiły mi, że pan z kasy podszedł do drzwi, gdy usłyszał krzyki i zaraz cofnął się z powrotem, jak zobaczył co się dzieje - ubolewa nauczycielka.

To ona wezwała policję. Funkcjonariusze odwieźli chłopców na pogotowie. Na szczęście rany były powierzchowne. - Do tej pory bolą mnie plecy od kopniaków, a jeszcze bardziej ręce, bo osłaniałem nimi twarz i głowę - nie ukrywa Alan.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy