Kto jest winien śmierci mojego synka?

Do Szpitala Miejskiego w Rzeszowie zgłosiłam się 2 kwietnia, tydzień po terminie porodu - mówi Marzena Iwanicka z Nienadówki.

- Zrobiono mi KTG i kazano czekać. Uspokojono mnie, że z dzieckiem wszystko jest w porządku. Na drugi dzień po porannym obchodzie ponownie zrobiono mi badanie KTG.

Reklama

Maluszek miał się dobrze. Widziałam, jak bije mu serduszko, ale ja już krwawiłam, co było widać przy badaniu lekarskim. Jednak odesłano mnie znowu na salę.

Kiedy o godzinie 11 powtórzono badanie KTG, okazało się, że kobiecie odkleiło się łożysko, a dziecko nie oddycha. Zaczęto przygotowania do cesarskiego cięcia. Było już jednak za późno...

- To tyle trwało. Minęło kilkadziesiąt minut, a potem... mój synek już nie żył, a był taki duży, miał 58 cm i ważył prawie 3700 gramów - płacze pani Marzena.

- Sekcja zwłok wykazała, że wszystkie narządy miał zdrowe, prawidłowo rozwinięte, gotowe do funkcjonowania i życia. Dlaczego więc umarł? Kto jest winien śmierci mojego synka? Przecież cały czas byłam w szpitalu pełnym lekarzy i położnych. Pod ich nadzorem. Mąż, spokojny, że zostawił mnie w bezpiecznym miejscu, pojechał do domu. Dlaczego nikt w porę nie zauważył, że dzieje się coś złego?

Złożyła doniesienie do prokuratury

Pani Marzena uważa, że doszło do zaniedbania ze strony personelu szpitala i złożyła doniesienie do prokuratury. Skarga wpłynęła tam 15 maja. Niestety, prokurator prowadzący sprawę jest na urlopie jeszcze do 20 sierpnia, więc nie wiemy, na jakim etapie jest prowadzone postępowanie.

Wiemy tylko, że sprawę bada biegły z zakresu ginekologii i położnictwa spoza Rzeszowa.

Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy

Szpital nie czuje się winny. Uważa, że zrobił wszystko, co w jego mocy, by uratować dziecko. Zapewnił matce opiekę psychologa. Ocenę postępowania personelu i zachowania wszystkich procedur pozostawia biegłemu.

- W położnictwie, jak w każdej dziedzinie medycyny, są obszary, których nie da się przewidzieć - mówi dr Krzysztof Botiuk, ordynator Oddziału Ginekologii i Położnictwa w Szpitalu Miejskim w Rzeszowie. - Istnieje pewien procent powikłań, których nie da się uniknąć.

Ta sprawa jest dla nas bardzo bolesna i bulwersująca, ale... takie rzeczy rzadko, ale się zdarzają. Przy tak masywnym odklejeniu łożyska, do jakiego doszło w tym konkretnym przypadku, gdyby matka była poza szpitalem, mogło się to skończyć także jej śmiercią.

Czy wcześniejsze przeprowadzenie cesarskiego cięcia mogło uratować dziecko? - Nie było wskazań medycznych do cesarki - uważa ordynator. - Żeby otworzyć brzuch, trzeba żeby coś niepokojącego działo się w stanie matki czy dziecka. W tym wypadku nie zdarzyło się nic, co pozwoliłoby na wcześniejszą interwencję położnikowi.

ANNA MORANIEC

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje