Ojciec Karolinki: To ja powinienem zginąć

Skąd mogłem wiedzieć, że zaprosiłem do swojego domu śmierć, mówi "Faktowi" ojciec zastrzelonej we Włoszech pięcioletniej Karolinki. I opowiada o tamtym dniu.

- Oni we trzech przyszli. Nic mi nie powiedzieli, że przed chwilą mieli awanturę w tym barze. Że tego Włocha obrazili, popchnęli. Włosi to gorąca krew. Ich łatwo urazić. Oni potem zachowują się jak szaleńcy. A ten jeszcze był pijany... Oni przyszli, bo chcieli się u nas wykąpać. Do Włoch przyjechali gdzieś spod Krosna. Mieszkali w jakiejś dziurze, bez wody.

Reklama

Pozwoliłem im. Wykąpali się i siedzieli w kuchni. Nagle usłyszałem dwa strzały. Wyskoczyłem do drzwi. Żona trzymała Karolinkę na rękach. Wybiegłem na ulicę. On tam jeszcze był, siedział na skuterze. Jeszcze celował z broni w tych moich znajomych. Ale szybko odjechał.

Po co ja wpuściłem tych ludzi do mojego domu? Gdyby poszli dalej, Karolinka by żyła. Oni od razu uciekli. Jeden z Włoch wyjechał, chyba wrócił do Polski. Dwaj pozostali gdzieś się zaszyli.

Ludzie nam pomagali. Bardzo. Włosi traktowali nas zawsze jak swoich. Oni byli przerażeni tą sytuacją. Wiele zrobił dla nas miejscowy ksiądz, przy wszystkich formalnościach z transportem zwłok bardzo pomógł. No i doprowadził do spotkania z ojcem mordercy. Znaliśmy go, bo często jedliśmy obiady w jego pizzerii. Karolinka miała tam swoją ulubioną huśtawkę.

Tamten człowiek padł na kolana. Błagał mnie o wybaczenie dla syna. W tym momencie przed oczami stanął mi Ojciec Święty Jan Paweł II. On zawsze nakłaniał do miłosierdzia. Wybaczyłem.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy