Patrzą w nurt rzeki

To była najcięższa noc w mojej pracy strażaka. A pracuję już kilkadziesiąt lat - mówi Jan Hydzik z Ochotniczej Straży Pożarnej z Kostarowiec w powiecie sanockim.

Przez kilkanaście godzin uczestniczył w akcji ratowniczej trzech domów, położonych obok potoku Liszna. Potoku, który w nocy z czwartku na piątek zmienił się w wezbraną rzekę.

Reklama

Dramat trzech rodzin rozpoczął się w czwartek, przed godziną 22. Ulewne opady deszczu z minuty na minutę podnosiły stan wody w potoku.

- Jak przyjechaliśmy, nurt potoku szedł już po mostku. Wyglądało to tragicznie, a przecież ciągle padało. W pewnym momencie most się zerwał i zostaliśmy odcięci od drugiego brzegu. Musieliśmy się ewakuować na linach - relacjonuje strażak. Mieszkańcy domu, który najbardziej ucierpiał na wylewie potoku, nie zdecydowali się jednak opuścić mieszkań, chociaż woda utrzymywała się na poziomie ok 80 centymetrów ich domostwa.

- Przenieśli się tylko na wyższe piętra. Nie chcieli wychodzić, zresztą to zrozumiałe - dopowiada Hydzik.

Po chwili na miejscu pojawili się także strażacy z PSP w Sanoku. Przywieźli piasek oraz worki i rozpoczęli układanie wałów.

- Najgorzej było o 1 w nocy. Byliśmy praktycznie odcięci od świata, a cały czas lało! - mówi nasz rozmówca, pokazując na zalane piwnice jednego z domów. Strażacy pracowali bez przerwy, aż do godzin popołudniowych w piątek.

- Przyjechałem tutaj rano i byłem w szoku, że taki mały potoczek mógł narobić tak wielkie szkody - mówi Wiesław Wilkosz, inspektor Urzędu Miasta w Sanoku. Przywiózł dla zmęczonych strażaków suchy prowiant i wodę.

- Po całej nocy byli wycieńczeni. Kiedy około południa przyjechał tutaj burmistrz, rozłożył ręce. Bo widok faktycznie jest nieciekawy - dodaje Wilkosz. Mieszkańcy domów usuwali skutki nocnego podtopienia.

Do tej pory mały potok nie sprawiał problemu mieszkańcom okolicznych zabudowań. - Po raz ostatni wylał w 1982 roku. Ale to było nic, w porównaniu z tym, co stało się tej nocy - wzdycha Hydzik. Podobnych akcji w powiecie sanockim tej nocy było kilkanaście.

Najbardziej ucierpiały domy położone w pobliżu rzeki San i jego mniejszych dopływów. Na alternatywnej trasie Sanok - Przemyśl, wzdłuż rzeki San minęliśmy kilkanaście podtopionych domów. W jednym z nich, w miejscowości Mrzygłód, mieszkał starszy mężczyzna, który uciekając przed żywiołem, zostawił w obejściu kilka kur i psa.

- To schorowany, przygłuchawy człowiek. Pojechał do rodziny, bo u nich bezpieczniej. Ale i tak miał kupę szczęścia, bo przecież rzeka mogła podmyć mu cały dom - mówi jego sąsiad, który z obawą spoglądał na wezbrany nurt Sanu.

- Teraz akurat nie pada, ale co będzie tej nocy? - rozkładał ręce mieszkaniec wioski. Na trasie co chwilę widać wozy strażackie i policyjne. Do zabezpieczania domów oprócz strażaków angażują się także okoliczni mieszkańcy. - Strażacy pracowali całą noc. Bez przerwy - zapewniał nas Mariusz Szmyd, wójt Gminy Sanok, którego spotkaliśmy w miejscowości Trepcza, podczas obchodu jednego z gospodarstw.

Most w ciągu drogi powiatowej do miejscowości Tokarnia (gmina Bukowsko) został rozmyty przez miejscowy potok. Około 200 mieszkańców wioski zostało pozbawionych dojazdu do swoich gospodarstw. Pozostało im jedynie wąskie przejście.

Powodem uszkodzenia mostu było zatkanie przepustu gałęziami drzew i innymi zanieczyszczeniami przy jego wlocie. Ponad dwadzieścia lat temu pod zniszczony most zostały włożone kręgi betonowe, które zmniejszyły światło mostu. Kilkanaście kilometrów dalej - w miejscowości Nadolany - powstało osuwisko, którego zjechało do potoku Pielnica, powodując jego spiętrzenie i zalanie przyległych terenów. Jedno z gospodarstw zostało ewakuowane.

Autor: BARTOSZ WIŚNIEWSKI

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje