Pimkowszczyzna, czyli lectura non grata

Widmo gombrowiczowskiej pupy znowu krąży nad Polską. Widmo pupy utrwala się w podkrążonych oczach zatroskanych decydentów, którzy pioniersko - wszak w XXI wieku to w cywilizowanej Europie chyba pierwsza taka próba wskrzeszenia tzw. "zapisu" - skreślają z listy lektur książki i autorów znienacka niepożądanych. Na naszych oczach oto przywołuje się i konfrontuje w kraju dwie nowe, choć skądinąd dobrze znane już z historii najnowszej kasty. Znów przeciwstawia się sobie pisarzy i polityków. Banitów i frustratów.

I proszę się nie wykręcać, że cała sprawa już została głośno oprotestowana. Że w czambuł potępili ją intelektualiści, a nawet część zdziwionych przywódców państwowych. Że może jeszcze z całego pomysłu wycofa się ten, kto zawinił. Nie: najważniejsze, że w ogóle ktokolwiek był w stanie wymyślić całą akcję, że została ona zlecona do wykonania, nawet jeśli dopiero po "konsultacjach społecznych". Najważniejsze, że ta balonowa sonda została w powietrze wypuszczona. Bowiem pięknie to dowodzi, że idea instrumentalnego sposobu potraktowania sztuki na użytek tego czy innego programu partyjno-wyborczego jest wiecznie żywa. Jeśli nie teraz, to kiedyś. Jeśli nie tym tropem, to innym.

Reklama

Powiedzmy sobie jasno: w prostej linii mamy do czynienia z mentalnymi spadkobiercami niegdysiejszych świeckich inkwizytorów, którzy w imię państwa palili stosy - nie tylko z wiedźmami, ale i książkami. Potem technika i inteligencja poszły do przodu, rolę ludycznego widowiska przejęła cenzura, najpierw restrykcyjna, a wreszcie prewencyjna. Obecne wyjęcie ze szkolnych programów wyrazistych pisarzy o niekwestionowanym dorobku artystycznym, który stawiał odbiorcę od wielu lat przed trudnymi pytaniami i zmuszał do refleksji, jest równoznaczne ze sformatowaniem twardego dysku polskiej edukacji. To wykarczowanie sporego obszaru myślenia, przywrócenie białych plam w świadomości młodych ludzi, którzy - o ile nie usłyszą o pewnych tekstach i zagadnieniach w szkole - może nigdy nie będą już mieli okazji, chęci lub odwagi, by się z nimi zmierzyć. A mogło być tak pięknie...

Wystarczyło przekonać obecnych reformatorów, że teksty skazane przez nich na milczenie mogłyby się pięknie przysłużyć jedynie słusznej linii ideologicznej. Wystarczyło nieco obróbki propagandowej - i to już na poziomie samych tytułów książek - żeby rzekome słabości wykazu lektur i ich autorów przekuć w sukces kolejnej RP.

Przykłady? Proszę bardzo. W dobie spektakularnych dokonań na niwie kryminalno-sądowniczej jakże pięknie zazębiałaby się Zbrodnia i kara Dostojewskiego z Procesem Kafki! Oczywiście, należałoby odpowiednio poprzestawiać elementy tytułu i oto już mielibyśmy piękny tryptyk: "Zbrodnia-proces-kara". Czyli literaturę pouczającą dziatwę, iż nic nie może ujść uwadze odpowiednich służb porządkowych, a prawo w ojczyźnie zawsze będzie gwarantować sprawiedliwość, czyli znany z terminologii literaturoznawczej "happy end". Nazajutrz o wszystkim natychmiast poinformowałoby najnowsze, poranne wydanie telewizyjnego programu informacyjnego, skoro Dziennik miałby być pisany nocą. Już w tym głowa Herlinga-Grudzińskiego. Ach, widzę te newsy w mediach, te triumfalne nagłówki w gazetach, idealnie realizujące słynny postulat innego Dziennikarza: "Poniedziałek - ja, wtorek - ja, środa - ja, czwartek - ja".

A skoro już o Gombrowiczu: jak można było nie uznać jego Trans-Atlantyku za profetyczną pochwałę Paktu Północnoatlantyckiego, którego Polska jest takim niezawodnym uczestnikiem? I czemu nie uwierzyć wieszczowi, że jedynie słuszne idee wszechpolskie mają szanse najpierw ogarnąć cały glob, a potem wystrzelić w Kosmos? I że można na nowo napisać Historię? Mało tego: kto śmiałby nie hołubić pisarza, który propaguje Dziewictwo, a także zgodny z tradycją narodową i harmonią natury Ślub? Nawet kontrowersyjny Witkacy musiałby przyznać, że to Jedyne wyjście. Pewnie stąd wziął się zapewne jego dramat Oni, czyli demaskatorski tekst o tak zwanym "układzie".

Niestety, są i "plusy ujemne".

Bo w środowisku reformatorów szkolnych programów wszem i wobec wiadomo, że to wszystko bujda. Spisek, podstęp i woda na młyn.

Przecież Gombrowicz to przede wszystkim czysta Pornografia, a stylistycznie - kicz, niczym w jakiejś Operetce. Witkacy? Jeszcze większa zaraza: Narkotyki i Niemyte dusze, czyli dwie plagi w jednym. A do tego jakieś ciągłe, erotyczne Nienasycenie. Herling-Grudziński natomiast usiłował podstępnie wprowadzić nas w Inny świat, a wiadomo, że jak ktoś jest "inny", to na pewno homo.

Taki Conrad to w ogóle zdrajca, który sprzedał polskie nazwisko, a potem wydał świntuszącą książkę o jakimś Jądrze w ciemności. Kafka też zresztą nie lepszy: zawsze stawiał się Przed prawem, no a przy tym Głodomór - w czasach, kiedy narodowa gospodarka rośnie w siłę, a ludziom żyje się już tylko dostatniej! Szczyt hipokryzji.

Kielich goryczy przepełnił jednak Dostojewski: twierdzenie, że wokół żyją tylko Skrzywdzeni i poniżeni, a pozytywnym bohaterem naszych czasów okazuje się Idiota, zakrawa już na bluźnierstwo. Przy tym bledną nawet Cierpienia młodego Wertera, chociaż i Goethe ma na swoim sumieniu niejedno: Meistrował przy duszy niejakiego Fausta (czyżby eutanazja?), na co zachowały się twarde dowody, w tym dwa oprawione tomy dramatycznie pisanych dokumentów.

Zatem - "na stos rzuciliśmy". To wyklinanie i potępianie książek bardzo przypomina sytuację z fantastycznej, jak mi się dotąd wydawało, utopijnej książki Raya Bradbury'ego Fahrenheit 451. To opowieść science-fiction o cywilizacji, w której straż pożarna ma za zadanie palić wszystkie pozostające jeszcze w jakimkolwiek posiadaniu wydawnictwa. Dlaczego? Bo wtedy telewizja, instrument rządowy, będzie mogła do woli manipulować nastrojami społeczeństwa. Grać na uczuciach, emocjach. Oczywiście w takim ustroju tworzy się "podziemie": opozycjoniści rozdzielają pomiędzy siebie obowiązek nauczenia się treści poszczególnych powieści, by słownie przekazywać je kolejnym pokoleniom.

Swoją drogą to piękna idea, powracająca do pradawnej tradycji gawędy starzyzny plemiennej i umiejętności słownego przekazywania skarbów kulturowych kolejnym pokoleniom. Niestety, to jednocześnie jedyny argument, który przemawiałby za sensem usuwania słowa pisanego z kanonu naszego wykształcenia. I wątpliwa pociecha.

TOMASZ CHOMISZCZAK

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje