Adam Bielecki: Walczyłem o przetrwanie

Adam Bielecki powiedział, że walczył o przetrwanie, dlatego jak najszybciej uciekał z wierzchołka Broad Peaku (8047 m). Podkreślił, że Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski mogli z nim schodzić, ale podjęli decyzję o kontynuowaniu wspinaczki.

W środę Polski Związek Alpinizmu upublicznił raport zespołu ds. zbadania okoliczności i przyczyn wypadku podczas zimowej wyprawy w Karakorum. Zwrócono w nim m.in. uwagę, że błędem było odłączenie się od grupy Artura Małka i Bieleckiego, który ponadto nie poinformował wcześniej kolegów, że nie zamierza schodzić z wierzchołka z pozostałymi uczestnikami.

Reklama

Zdaniem zespołu (Anna Czerwińska, Bogdan Jankowski, Michał Kochańczyk, Roman Mazik i Piotr Pustelnik) Bielecki i Małek złamali zasady etyki oraz praktyki alpinistycznej, jak również regułę mówiącą o utrzymywaniu kontaktu wzrokowego z członkami wyprawy. W swoim mniemaniu działali jednak w sytuacji zagrożenia własnego życia. Autorzy raportu tego domniemania nie podzielają.

"Powiedziałem, że już schodzę"

Bielecki nie zgadza się ze stwierdzeniem, iż nie poinformował wcześniej kolegów, że  zamierza schodzić sam.

- Berbece powiedziałem, że ja już schodzę. On i Tomek mogli zawrócić i schodzić ze mną, ale to oni podjęli decyzję o kontynuowaniu wspinaczki - zaznaczył.

Bielecki przypomniał wywiad z Czerwińską przeprowadzony po tym, jak ona wraz z Krystyną Palmowską i Wandą Rutkiewicz jako pierwsze na świecie kobiety zdobyły 15 lipca 1985 roku Nangę Parbat (8125 m), górę o złej sławie. Czerwińska podkreśliła wtedy, że była to bardzo trudna wyprawa pod wieloma względami, chwilami na krawędzi życia, a na pytanie, czy na szczycie stanęły razem, odpowiedziała:

"Skądże. Każda szła swoim tempem. Wanda miała zresztą jakieś problemy ze zdrowiem i przez pół godziny musiała na leżąco odpoczywać na wysokości 8000 m. Zostałam przy niej i nawet się bałam, że stracę szczyt. Kryśka jak zwykle była najszybsza i poszła torować drogę.

- W końcu Wanda poczuła się lepiej i mogłam kontynuować wspinaczkę. Pozostawałam w kontakcie wzrokowym z Kryśką, która weszła pierwsza, ale na mnie nie poczekała. Twierdziła, że zawsze się grzebię. Dzieliło nas może 15 metrów. Miałam nawet o to do niej pretensję, bo była piękna pogoda, poza tym chciałam mieć w końcu jakieś wspólne zdjęcie. Wanda weszła ponad godzinę po nas. Powinnam zaczekać na nią, ale bałam się, że nie zdążę zejść przed nocą i pognałam na dół".

"Wszyscy byli w znakomitej formie"

Bielecki wspomniał też, że nic nie wskazywało na dramatyczne wydarzenia nocy z 5 na 6 marca. Wszyscy wspinali się w znakomitej formie.

- Schodząc ze szczytu rozmawiałem krótko z Arturem, Maćkiem i Tomkiem. Byli mocno zmotywowani i pokonywali ostatnie metry z wielką wiarą, że im też się uda stanąć na wierzchołku. Przestrzegałem ich, aby przypadkiem nie wpadli na pomysł biwakowania po zejściu ze szczytu. Byłem na nim minutę, góra dwie. Każdy krok w dół przybliża do życia, każda sekunda zastoju - do śmierci. Ja walczyłem o przetrwanie - zaznaczył.

Jego zdaniem raport jest niespójny, powierzchowny, z niesprawiedliwymi ocenami i nieodpowiednim rozłożeniem winy na poszczególnych uczestników. Przyznał, że ma do siebie żal i pretensje, że mógł zachować większą trzeźwość umysłu i reagować emocjonalnie.

- Z perspektywy czasu, tu i teraz, inaczej widzę swoje postępowanie, jednak wszystkie założenia biorą w łeb w obliczu warunków, z jakimi się spotyka na szczycie, zwłaszcza, w obliczu zagrożenia życia. Jestem przekonany, że żadne inne moje zachowanie nie mogło odmienić losów chłopaków. Bardzo żałuję, że nie mogłem im pomóc - podkreślił.

Dramat na Broad Peak

5 marca na wierzchołku Broad Peaku (8047 m) stanęli kolejno: 29-letni Adam Bielecki (KW Kraków), 33-letni Artur Małek (KW Katowice), 58-letni Maciej Berbeka (KW Zakopane) i 27-letni Tomasz Kowalski (KW Warszawa). Dwaj ostatni nie zdołali powrócić na noc do obozu. 8 marca zostali uznani za zmarłych. Tego miesiąca PZA powołał zespół ds. wypadku celem wyjaśnienia przyczyny śmierci.

54-letni zakopiańczyk Jacek Berbeka, brat Macieja, zorganizował prywatną ekspedycję, w której udział wzięli mieszkający w Tychach 37-letni Jacek Jawień, ratownik Grupy Beskidzkiej GOPR oraz 52-letni gdańszczanin Krzysztof Tarasewicz. Celem było dotarcie do ciał tragicznie zmarłych alpinistów.

W połowie lipca Berbeka i Jawień w trudnych warunkach pochowali Kowalskiego. Ciała Macieja Berbeki nie odnaleźli, ale przypuszczają, gdzie się znajduje. Wyprawa zakończyła swą misję i wróciła do Polski. Swoje uwagi przekazała członkom komisji.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy