„Afera podkarpacka”. Wiceminister twierdzi, że chciał pomóc znajomym

Wiceminister Zbigniew Rynasiewicz zabiera głos po raz pierwszy od czasu ujawnienia przez CBA tak zwanej afery podkarpackiej. I mówi, że "starał się tylko pomóc biznesmenom" ze swojego okręgu, ale żadnych korzyści nie przyjął, ani nie wykorzystywał swojego stanowiska.

- Znajomi biznesmeni z Leżajska poprosili mnie o pomoc w uzyskaniu kredytu, którego nie mogli dostać - tłumaczy Zbigniew Rynasiewicz. - Zwrócili się do mnie z taką prośbą, czy ewentualnie nie mógłbym im pomóc w spotkaniu w Banku Gospodarstwa Krajowego i takie spotkanie miało miejsce. Oni sobie tam później prowadzili pewnie te spotkania już szczegółowo - zapewnia, że nie otrzymywał żadnych pieniędzy za to.

Reklama

- Rolą posła jest być wrażliwym na wszystkie problemy, które są w kraju, a szczególnie w tym okręgu, w którym pracuję, więc zawsze tak postępowałem. Podobnie i w tym przypadku zwrócono się do mnie z pewnymi problemami, więc starałem się pomóc i nic więcej - tłumaczy.

"Nic w zamian nie dostałem"

- Nic w zamian nie dostałem, nie mam sobie nic do zarzucenia - dodaje wiceminister. Podkreśla też, że liczy na szybkie działania prokuratury w tej sprawie.

W aferę korupcyjną zamieszanych jest kilkanaście osób - polityków, urzędników i biznesmenów. Zamieszani w nią mogą być również najważniejsi prokuratorzy na Podkarpaciu - dowiedzieli się reporterzy śledczy RMF FM.

Dwa tygodnie temu agenci CBA przeszukali m.in. biuro poselskie szefa klubu PSL Jana Burego. Przeszukano także mieszkanie posła oraz jego rodziców. Te działania to kontynuacja śledztwa prowadzonego pod nadzorem Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. Chodzi o aferę z powoływaniem się na wpływy w resorcie infrastruktury i rozwoju kierowanym przez Elżbietę Bieńkowską.

CBA przeszukało też gabinet Rynasiewicza. Wcześniej zatrzymano dwóch podkarpackich biznesmenów z branży paliwowej, którzy usłyszeli zarzuty powoływania się na wpływy u pierwszego zastępcy minister Elżbiety Bieńkowskiej. Wobec jednego z mężczyzn orzeczono areszt, który został zamieniony na kaucję w wysokości pół miliona złotych.

Grzegorz Kwolek

CZYTAJ TAKŻE NA RMF24.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy