​Akcja #metoo otworzyła mężczyznom oczy?

W wyniku afery z hollywoodzkim producentem Harveyem Weinsteinem w niechlubnej roli głównej tysiące kobiet wyznały w serwisach społecznościowych, że padły ofiarą molestowania seksualnego. - To na pewno jest duży przełom - komentuje dla Interii Agnieszka Grzybek z Fundacji na rzecz Równości i Emancypacji STER. Parlament Europejski uchwalił dziś specjalną rezolucję zwracającą uwagę na problem molestowania seksualnego.

Przypomnijmy - Harvey Weinstein, producent nagradzanych Oscarami filmów, miał przez lata molestować seksualnie kobiety. Pojawiły się również oskarżenia o gwałty. Po artykule w "New York Timesie" kilkadziesiąt aktorek zarzuciło Weinsteinowi molestowanie, w tym takie gwiazdy jak Gwyneth Paltrow, Angelina Jolie, Lena Headey czy Cara Delevingne.

Reklama

Inni z kolei, jak choćby reżyser Quentin Tarantino, przyznawali, że wiedzieli o wielu niewłaściwych zachowaniach Weinsteina i mogli zrobić więcej.

Drugie życie zyskał żart komika Setha McFarlane'a wygłoszony podczas oscarowej gali w 2013 roku. "Gratuluję pięciu kobietom, które nie muszą już dłużej udawać, że podoba im się Harvey Weinstein" - powiedział, prezentując nominowane w kategorii najlepsza aktorka drugoplanowa.

Zostawiając na boku oskarżenia o gwałt - to rozstrzygną zapewne odpowiednie organy - Weinstein miał obnażać się i onanizować na oczach kobiet, natarczywie żądać seksu, osaczać je fizycznie, rzucać niewybredne komentarze czy wchodzić nieproszony w nocy do ich sypialni np. podczas imprez na jachcie.

Weinstein, podobnie jak prezenter Fox News Bill O'Reilly, zawierał ugody opiewające na miliony dolarów, byle tylko ofiary milczały na temat tych zajść.

W ostatnich tygodniach o molestowanie oskarżony został również reżyser David O. Russell, były prezydent George H.W. Bush (chodziło o niewłaściwe dotykanie aktorki, za swoje zachowanie przeprosił) czy dziennikarz Mark Halperin.

Można odnieść wrażenie, że zmowa milczenia, która chroniła elity show-biznesu, zaczyna powoli pękać.

Przede wszystkim jednak afera Weinsteina przyniosła akcję #metoo (#jateż). Kobiety, które doświadczyły molestowania seksualnego, zaczęły o tym pisać w serwisach społecznościowych, opatrując posty wspomnianym hashtagiem. Liczba wpisów unaoczniła, jak szeroko zakrojony jest to problem.

- To na pewno jest duży przełom, że kobiety się ośmieliły i zaczęły się dzielić swoimi doświadczeniami - mówi Interii Agnieszka Grzybek. - Widziałam również na Facebooku bardzo dużo głosów mężczyzn, którzy pisali, że nie zdawali sobie sprawy ze skali tego, co jest dla kobiet codziennością. Wielu pisało, że ta akcja dała im do myślenia i że zachowania, które wydawały się czymś zwykłym, częścią przyjętej konwencji społecznej, są przez kobiety odbierane zupełnie inaczej.

Równocześnie w reakcji na #metoo pojawiły się również komentarze bagatelizujące problem i krytykujące tę inicjatywę. Agnieszka Grzybek wskazuje tutaj na komentarz dziennikarza Piotra Skwiecińskiego. W artykule "Akcja #MeToo, czyli obezwładnianie mężczyzny jako wroga publicznego" pisał on m.in.: "akcja ta jest wykwitem ideologii radykalnie lewicowo-liberalnej, i służy realizowaniu jej celów".

- Odbieram to jako psychologiczny mechanizm wyparcia - żeby nie dopuszczać do siebie tej strasznej rzeczywistości, która nas otacza - zarzuca nasza rozmówczyni.

Jej zdaniem, w Polsce panuje "kultura gwałtu", przypadki molestowania są bagatelizowane, a ich ofiary piętnowane.

- W Polsce panuje przyzwolenie na zachowania, które naruszają integralność cielesną, poczucie godności, sprawiają kobietom bardzo duży dyskomfort. Bardzo często dziewczyny, kobiety są dyscyplinowane: "nie wygłupiaj się", "nie rób afery", "co będziesz psuła atmosferę". Nie zostaje natomiast napiętnowany sprawca, to nie jemu zwraca się uwagę - uważa Agnieszka Grzybek.

Według badań fundacji STER, aż 87 proc. Polek zetknęło się z molestowaniem seksualnym.

Dowiedz się więcej na temat: molestowanie seksualne

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje