Andrzej Bargiel ponownie rusza na K2!

"Kluczowe będzie wejście, by znaleźć się na szczycie w jak najlepszej formie. To jest dla mnie bardzo ważne, bo ten zjazd jest bardzo techniczny. W tamtym roku mogłem wejść na szczyt, ale bez perspektywy zjazdu. Mogłem to zrobić, bo warunki pozwalały na wejście inną drogą, ale nie byłem tamtędy w stanie zjeżdżać. Założyłem, że skoro nie mogę podejść do takiej realnej próby zjazdu, to odpuszczamy. To nie był sam w sobie cel wyprawy" - mówi w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Maciejem Pałahickim Andrzej Bargiel, narciarz ekstremalny i himalaista, który w już za kilka dni wyleci do Islamabadu w Pakistanie, żeby wyjść na K2 (8611 metrów n.p.m.) i zjechać z niego na nartach. Wcześniej zamierza zdobyć inny ośmiotysięcznik - Gaszerbrum II (8035 metrów).

Maciej Pałahicki, RMF FM: Która już twoja samodzielna wyprawa w góry wysokie?

Reklama

Andrzej Bargiel: - Niech się zastanowię... Już tych wypraw trochę było. A ta jest chyba szósta. Wracam jeszcze raz do Pakistanu. Miałem ochotę, żeby pojechać gdzieś indziej, ale stwierdziłem, że ta praca, którą wykonaliśmy w zeszłym roku, poszłaby na marne. Te lodowce w Karakorum na tyle szybko się zmieniają przez ocieplenie klimatu, że po prostu musielibyśmy pracę wykonywać od nowa, jeżelibym przełożył powrót tam za kilka sezonów. Więc idziemy na K2 próbować zjeżdżać stamtąd. Wcześniej chcę pojechać na Gaszerbrum II, by szybko się zaaklimatyzować i tam - mam nadzieję - w tym czasie uda się wejść i zjechać. To jest łatwiejsza góra, więc można będzie szybko łapać wysokość. Po takiej aklimatyzacji przenosimy się, takim bardzo długim dniem trekkingowym, pod K2. To jest prawie 50 km, to też nie będzie takie łatwe. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na pewno trochę zoptymalizowałem szanse w tym roku i będziemy korzystać z lokalnych wspinaczy, którzy będą zabezpieczać tę wyprawę i mam nadzieję, że to będzie działać i da mi to przede wszystkim komfort psychiczny podczas mojego atakowania szczytowego.

 To będzie pierwsza próba zjazdu z Gaszerbruma? Bo z K2 to będzie pierwszy zjazd. A jak to wygląda w przypadku Gaszerbruma?

- Jeśli chodzi o Gaszerbruma II... To jest szczyt odwiedzany przez narciarzy z całego świata, i tam tych zjazdów troszkę było. Oczywiście, to jest szczyt ośmiotysięczny, więc nie można powiedzieć, że to jest łatwe, bo na ośmiu tysiącach nigdy nie jest do końca łatwo. Ale ja tam nie zjeżdżałem z tego szczytu, więc to dla mnie też będzie ciekawe, że będę trochę mógł poeksplorować i przede wszystkim dobrze się przygotować do tego głównego celu.

W ubiegłym roku musiałeś się poddać pod K2. Jaka nauka z tego płynęła, czego cię nauczyła ta ubiegłoroczna wyprawa?

- Na pewno mieliśmy dużo takich drobnych niepowodzeń, które wpłynęły koniec końców na to, że przerwałem tę wyprawę. Problemy ze zdrowiem uczestników, jakieś drobne rzeczy, ale one zamykały opcje działania tych ludzi w wyższych obozach nad bazą i to spowalniało tę wyprawę. Miałem w pewnym momencie świadomość, że nie mamy planu B. Zawsze staram się być rozsądny. Dbam o to, żeby było bezpiecznie, by po prostu mieć alternatywę w momencie, kiedy coś się dzieje.

- Raz mieliśmy też problemy z pogodą, która po prostu rozbijała nam regularność w wyjściach, eksplorowanie terenu, który też był tam kluczowy, z punktu widzenia zjazdu. Tworzyły się chmury konwekcyjne, które po prostu zaklejały ten kocioł i to było zbyt niebezpieczne, żeby tam się poruszać.  Myślę, że w tym roku - mam nadzieję - będziemy mieli więcej szczęścia. Mam parę takich pomysłów, które pozwolą podnieść szansę realizacji tego celu i zobaczymy, na ile to się przełoży.

W ubiegłym roku opracowałeś całą trasę zjazdu. Będziesz próbował tą samą trasą teraz wchodzić? I czy będąc tam na miejscu mogłeś się przekonać czy da się zjechać z K2?

- Tak, zdecydowanie. W zeszłym roku to był taki ważny moment, gdzie zobaczyłem, że taka idea połączenia trzech dróg jest ok. To są ciągi śniegu, które umożliwiają nam pełny zjazd z wierzchołka K2. To jest dość skomplikowane, bo zjeżdżać będę ciągiem tych trzech dróg, a podchodzić muszę częściowo inną drogą. Tam jest taki fragment, skrawek zbyt niebezpieczny, aby nim podchodzić. Bo to podchodzenie zajmuje nam dużo więcej czasu, to jest około 2-3 godziny, więc nie chcę tego robić. To jest skrawek spod serakami takimi dużymi i tam będę tylko zjeżdżał. Podczas tego zjazdu przemieszczamy się dużo szybciej i to będzie - myślę - jakieś 2 minuty. Od tego trawersu, już na polskiej drodze Kukuczka-Piotrowski, mam po prostu przygotowaną drogę. Zjeżdżałem tam, to jest kwestia odcinka 500 merów. Wyciągnąłem tam mojego młodszego brata, który dronem zeskanował cały ten kocioł, więc wygląda to dobrze. Sam przejazd nie jest trudny, tylko jest bardzo narażony na spadające kawałki lodu.

- Kluczowe będzie też wejście, by znaleźć się na szczycie w jak najlepszej formie. To jest dla mnie bardzo ważne, bo ten zjazd jest bardzo techniczny. W tamtym roku mogłem wejść na szczyt, ale bez perspektywy zjazdu. Mogłem to zrobić, bo warunki pozwalały na wejście inną drogą, ale nie byłem tamtędy w stanie zjeżdżać. Założyłem, że skoro nie mogę podejść do takiej realnej próby zjazdu, to odpuszczamy. To nie był sam w sobie cel wyprawy. Specyfika wyprawy jest inna od takiego klasycznego himalaizmu. Tutaj trzeba trochę inaczej działać.

Czyli scenariusz bardzo podobny jak w poprzednich wyprawach, szybkie wejście i jeszcze szybszy zjazd?

- Będziemy oczywiście starać się robić to jak najszybciej. Tutaj jest o tyle trudno, że ciężko to zrobić w jeden dzień, bo poruszamy się zupełnie inną linią, niż te klasyczne drogi. To spowalnia samo działanie. Muszę też tam być w jak najlepszej kondycji, w jakiej jest to możliwe i będę się starał tak działać, żeby oszczędzać tą energię i by jej mieć bardzo dużo na sam zjazd.

Czyli, mimo że tego nie lubisz, jakiś nocleg będzie nieodzowny wysoko w górach?

- Myślę, że to będzie wyglądało tak, że pójdę do obozu trzeciego i stamtąd będę atakował szczyt, więc potrwa to dwie doby. I myślę, że to będzie taki realny plan.

Powiedz jak planujesz podejście, którą drogą i potem jak ma wyglądać ta linia zjazdu?

- Jeśli chodzi o samo podejście, to będzie Cesena - to jest droga Basków, na której działała wyprawa zimowa do pewnego etapu, później została zmieniona - i tak do 7000 metrów. Później muszę odbić z tej drogi na lewą stronę, by znaleźć ciągi śniegu, które wyprowadzają mnie na grań i tą samą granią właściwą, drogą przez "butelkę" (ang. Bottleneck - szyjka od butelki, jeden z fragmentów podejścia na K2) do szczytu. Taki właśnie jest plan.

I później zjazd tymi połączonymi trzema drogami. Jak zaczynasz?

- Zaczynam ze szczytu przez "butelkę". To jest taki trawers pod takim bardzo dużym serakiem i to będzie dosyć techniczny, bardzo trudny moment. Będzie też bardzo wysoko. Dojeżdżam do grani, do ramienia na 7900 metrów, stamtąd na prawo od drogi Basków i drogi Cesena do poziomu obozu trzeciego i później uciekam w tak naprawdę wariant drogi Messnera, którego chyba tak naprawdę nikt tam nigdy nie przeszedł. Messner nazwał ten wariant, bo wydawał mu się logiczny, ale chyba bał się nim podejść. Tam będzie trawers z 7000 na 6500 metrów przez ten narażony kocioł do drogi polskiej, właśnie Piotrowskiego i Kukuczki, i tą drogą dojeżdżam do poziomu bazy w takiej opcji sukcesu, że tak powiem. Taki jest plan i mam nadzieję, że uda mi się go zrealizować.

Gdzie spodziewasz się największych trudności, ewentualnych problemów?

- Szczerze mówiąc najbardziej obawiam się tego odcinka między 7000 a 6500 metrów, bo to jest dość niebezpieczny odcinek. To nie będzie łatwe i postaram się zrobić to jak najbezpieczniej. Później już ta droga poniżej 6500 metrów jest ok. Ona jest bardzo techniczna, bo jest to bardzo stroma grań, która się urywa na dwie strony, ale w zeszłym roku zjeżdżałem tamtędy. I oczywiście ta sławna "butelka" pod serakiem na 8300 metrów też będzie wymagała sporo koncentracji.

Czyli te największe utrudnienia czy zagrożenia, upatrujesz w serakach, które po prostu wiszą powyżej.

- Tak, to są takie seraki, które są bardzo duże, takie stumetrowe pionowe ściany i na to trzeba uważać. Trzeba być tam o odpowiedniej porze, żeby nie było za ciepło.

To się może urwać po prostu i runąć, prawda?

- Tak, w zeszłym roku ta ściana w przeciągu wyprawy raz się urwała. TO jest spowodowane nagłym wzrostem temperatury. Trzeba tam po prostu być o odpowiedniej porze, żeby te seraki były zmrożone.

Planujesz kogoś zabrać na szczyt, czy od obozu trzeciego będziesz już sam napierał do góry?

- Ciężko powiedzieć. Tak naprawdę to się wyklaruje tam na miejscu, czy uda się połączyć siły z jakimiś innymi wyprawami, bo może też tak być, że jak będzie pogoda sprzyjać i będą jakieś inne wyprawy, to będzie jakaś kooperacja podczas wchodzenia już na sam szczyt. Głównie tutaj mówię od odcinku 7900 metrów, czyli od ramienia, na którym łączą się drogi, przede wszystkim z drogą Abruzzów, na której najwięcej wypraw działa. Ona jest najłatwiejsza na K2 i tam się cały ten ruch kumuluje. Więc zobaczymy. Ale tutaj muszę jednak liczyć na siebie i muszę się fokusować na tym, żeby mieć ludzi, którzy pomogą w bezpieczny sposób zrealizować ten cel.

Kiedy wyruszasz i jaki jest plan? Kiedy spodziewasz się, że staniesz na szczycie?

- Wyruszamy w połowie czerwca. Plan jest taki, że wyruszamy na Gaszerbrum II i po tygodniu docieramy do bazy. Po kolejnych dziesięciu dniach, mam nadzieję, że już będę na szczycie. Szybki transfer pod K2 i atak szczytowy pewnie odbędzie się pomiędzy 20 a 30 lipca.

Wiesz już, kogo spotkasz w bazie pod K2? Kto się wybiera w tym roku? Czy będzie też Słoweniec, który planuje już od dłuższego czasu zjazd na nartach z tego szczytu?

- Szczerze mówiąc jakoś szczególnie się tym nie interesowałem, ale Davo Karnicar chyba niestety już tam nie dotrze. Tak naprawdę można by było od niego czerpać dużo doświadczenia. Niestety, nie miałem okazji takiej bezpośredniej jazdy i działania tam z nim na K2, bo po prostu on na samym początku złapał kontuzję i musiał wracać. Niestety, nie miałem okazji, żeby z nim tam pojeździć, a to byłoby też bardzo fajne. Ciekawy jestem, czy ktoś będzie też próbował tam na nartach zjeżdżać. Chętnych to nie ma zbyt wielu, więc może się to skończyć tym, że będę jednym narciarzem na tej ścianie.

Tam się zdarza, że przez cały sezon nikt nie wchodzi w ogóle na szczyt K2.

- Tak, to samo wejście nie jest łatwe. Tam działa sporo komercyjnych wypraw. Z Nepalu przyjeżdżają Szerpowie po Mount Evereście, bardzo dobrze zaaklimatyzowani, tak naprawdę oni są motorem napędowym na głównie drodze Abruzzów. To ma bezpośredni wpływ na to, czy tam jest szansa na wejście, czy nie. Tak do działa przez ostatnie lata. Pogoda też jest kapryśna i tych okien z bardzo dobrą pogodą jest naprawdę niewiele.

To w końcu Karakorum, słynące z kapryśnej pogody.

- Dokładnie tak. Jeszcze tutaj w tym układzie, gdzie to K2 jest ewidentnie wyższe od otaczających go szczytów i wszystko kumuluje się wokół wierzchołka, wszystkie chmury i to jest spory kłopot.

To w takim razie, czego ci życzyć na tę nowa wyprawę, co ci się najbardziej przyda?

- Dużo zdrowia i cierpliwości, bo to jest tutaj bardzo ważne i mam nadzieję, że jak będziemy się dobrze czuć i wszystko się poukłada, to widzę duże szanse w tym, że skończy się to powodzeniem.

W jakiś specjalny sposób przygotowujesz się do tej wyprawy?

- Sporo tutaj trenuję, stwierdziłem, że nie chcę też wyjeżdżać w wysokie góry przed wyjazdem, bo spędzam dużo czasu w górach w przeciągu całego roku i stwierdziłem, że lepiej mieć niedosyt tego i przygotować się w bardziej sterylnych warunkach, czyli w domu. Mieszkam w górach, ale mogę spać we własnym łóżku. W tym roku korzystam też przez kilka dni przed wyjazdem z namiotu wysokościowego, który ma mnie częściowo zaaklimatyzować do dużej wysokości, zobaczymy jak się to sprawdzi.

Czyli śpisz we własnym łóżku, a tak jakbyś spał pod szczytem Mount Blanc.

- Tak to mniej więcej wygląda. Myślę, że to jest najbardziej komfortowa opcja z wszystkich. Zobaczymy, czy to w jakimś stopniu to pomoże.

(ag)

Maciej Pałahicki 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy