Bonk w RMF FM: Dopóki pacjent będzie towarem, nic się nie zmieni

- Nie mogę powiedzieć, że los mi tak ułożył życie. Tak zdecydowali ludzie. To jest piekło - mówi w RMF FM Bartłomiej Bonk, sztangista, którego córka urodziła się z poważnym niedotlenieniem mózgu. - Lekarze zasłaniają się procedurami. Dopóki będą stawiali siebie na pierwszym miejscu, a pacjent będzie tylko towarem, nic się nie zmieni - dodaje.

Krzysztof Ziemiec: Bartłomiej Bonk, wielki wojownik nie tylko w sporcie, ale i w życiu jest gościem sobotniego poranka w RMF FM. Witam, panie Bartku. Jak się czują pana, bliźniaczki, a szczególnie Julcia, która w tak trudnych okolicznościach przyszła na świat?

Reklama

Bartłomiej Bonk, sztangista: To jest bardzo trudne pytanie, jak się czuje Julcia. 6 pierwszych miesięcy spędziła w czterech różnych szpitalach. Teraz na szczęście ona jest już z nami w domu. Jej stan zdrowia nie poprawia się na tyle, na ile byśmy sobie tego życzyli. Cały czas jest w ciężkim stanie, ale stabilnym. Oddycha sama, z oddychaniem nie ma żadnych problemów. My robimy wszystko, żeby jej pomagać, żeby jak najlepiej się czuła w domu.

Czy w tej sytuacji, w której teraz państwo się znaleźli dostajecie jakąś pomoc od szpitala, Narodowego Funduszu Zdrowia? Ktoś wam pomaga w domowym leczeniu, które przecież jest chyba bardzo trudne?

- No właśnie nie, żadnej pomocy nie dostajemy, zresztą ja nie liczę na jakąkolwiek pomoc ze szpitala czy z NFZ. Julcia ma zasądzone przez sąd pieniądze na czas trwania procesu i dzięki nim możemy stworzyć jej warunki takie, których ona potrzebuje w domu. Nie oszukujmy się - ani ja, ani żona nie jesteśmy robotami, więc też potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Przy takim dziecku trzeba 24 godziny na dobę czuwać.

Państwa córka ten trudny poród na szczęście przeżyła. Ta historia, o której w zeszłym tygodniu dowiedzieliśmy się, która wydarzyła się we Włocławku, skończyła się bardziej tragicznie. Tam bliźniaki niestety przyszły na świat martwe. Jak pan myśli, dlaczego dochodzi do takich sytuacji?

- Mnie się wydaje, że to są zwykłe zaniedbania ludzi. Oni sobie, nie wiem, nie zdają sprawy z tego, że to pacjent jest najważniejszy w szpitalu, a nie ordynator czy jakikolwiek lekarz. Dopóki lekarze nie będą stawiali pacjenta na pierwszym miejscu to do takich sytuacji będzie dochodziło. Trzeba o tym mówić głośno, że takie sytuacje są, się zdarzają. Może lekarze jakieś konsekwencje w końcu będą ponosić.

Tylko wydaję się, że lekarzy tego uczą na studiach. Po drugie - we włocławskim szpitalu dyrektor bronił się, że tam był i sprzęt, i ludzie. W państwa przypadku podobnie bronili się lekarze i dyrektor szpitala.

- No ale jakie to jest bronienie, jak przychodzi kobieta z dwójką zdrowych dzieci, jedno było troszeczkę niedotlenione, bo moja pierwsza córka też była lekko niedotleniona, ale druga była w stanie krytycznym. Była reanimowana przez decyzję ludzi znanych z imienia i nazwiska. To oni podjęli taką ryzykowną decyzję. Zapewne wiedzieli, jak bardzo jest ryzykowna ta decyzja, ale mimo to nie postanowili nic innego zrobić. Dziecko urodziło się w bardzo ciężkim stanie. Oni nie czują się chyba winni nawet do tej pory. A my zostaliśmy sami i musimy sami walczyć z tym.

Pana zdaniem największym problemem dzisiaj są lekarze, którzy nie są wrażliwi, czuli na ludzi na pacjenta? Może brak pieniędzy, budżet NFZ? A może lekarze są źle opłacani, procedury są złe?

- Lekarze się zasłaniają procedurami. Ale dopóki lekarze będą stawiali siebie na pierwszym miejscu - przyszedł pan ordynator i nam zakomunikował wprost, że to jest jego oddział i to jego zdanie jest najważniejsze - no to się nic nie zmieni. Kompletnie nie słucha tego, co mówi pacjent, stawia siebie na pierwszym miejscu, a pacjent jest po prostu chyba tylko towarem czy rzeczą do zarabiania pieniędzy dla niego, do jego kieszeni. Muszą sobie zdać sprawę z tego, że to pacjent jest najważniejszy w szpitalu.

To są bardzo gorzkie słowa. Chyba na studiach lekarze się tego uczą, że to jest podstawa. Podstawą jest pacjent i jego dobro, zdrowie, życie.

- No to może jeszcze parę lat po studiach pamiętają o tym. Ci starsi lekarze to już chyba tego nie pamiętają.

Pan wytoczył proces i on cały czas trwa. Małżeństwo z Włocławka zastanawia się cały czas, czy wchodzić na drogę sądową. Jak pan myśli, jakby im pan doradzał, czy to jest słuszne wyjście z sytuacji?

- To jest słuszne wyjście. Nie można odpuszczać, bo wina jest definitywnie ludzi, którzy byli odpowiedzialni za pacjentkę, za te dzieci, dwójkę zdrowych dzieci, z którymi przyszła pacjentka do szpitala. Był w tym czasie ordynator. To tak samo jak dowódca na statku jest odpowiedzialny za swoich pasażerów i jak coś się dzieje to ponosi konsekwencję. Tak samo jest w szpitalu. Był ordynator, dwójka dzieci zmarła, to powinien on ponieść konsekwencję tego.

Co więcej, ojciec tej dwójki dzieci powiedział, że on musiał się domagać od szpitala jakiejś pomocy psychologicznej dla żony, która po tym wszystkim była w stanie dość tragicznym. Czy w państwa przypadku również było tak, że gdyby pan czy żona nie prosili, nie domagali się czegoś głośno, to byście byli zostawieni samym sobie?

- My zostaliśmy na początku zostawieni samym sobie. Po prostu przyszła pani lekarka czy pan lekarz i powiedzieli, że: "Nie wiemy, dlaczego dziecko jest w takim stanie". Nikt absolutnie nie potrafił nam wytłumaczyć ani odpowiedzieć na pytania, co się stało na sali porodowej. Ordynator w zaparte szedł, że takie są procedury, takie są rekomendacje i on nic złego nie zrobił, dopiero 3 dni później, jak dyrektorka szpitala się dowiedziała z mediów, to powołała komisję do badania tej sprawy, zbadali całą sprawę, wyszła cała masa błędów. Lekarze, którzy są odpowiedzialni, winni tragedii mojego dziecka, nadal są na wolności.

Podobnie było we Włocławku. Tam dyrektor szpitala też o wszystkim dowiedział się rano w sobotę z mediów. Jak pan myśli, dlaczego dochodzi do takich sytuacji? Pan kreśli - i małżeństwo z Włocławka również - bardzo czarny obraz służby zdrowia. Nie wiem na ile on jest rzeczywiście autentyczny, na ile tego typu przypadki są jednostkowe, a na ile powoli stają się normą...

- Ja nie wiem, dlaczego dochodzi. To indywidualnie zależy od lekarza. Albo jest lekarz stworzony do tego, żeby leczyć, żeby pomagać ludziom, albo po prostu jest na stanowisku tylko po to, żeby zarabiać pieniądze.

A gdyby lekarze zarabiali więcej, myśli pan, że sytuacja byłaby inna, że pacjent by się znalazł bardziej w centrum zainteresowań?

- Nie wiem, czy byłoby inaczej. Lekarze powinni być kontrolowani. Wystarczyłoby wysłać 10 pacjentów do prywatnego gabinetu z łapówką - zaraz by się okazało, kto jest lekarzem z powołania, a kto jest tylko po to, żeby brać pieniądze.

U państwa były tego typu sugestie czy oczekiwania?

- Nie wiem, czy były sugestie, czy były oczekiwania. Wiem natomiast jedno, że stanął pan ordynator w drzwiach z rękoma w kieszeni i się bawił kluczami. Chyba przez to chciał mi zasugerować, że on nic w kieszeń nie dostał, takie mam wrażenie.

Nie wiem, czy miał pan okazję śledzić, to co działo się w Sejmie, tę całą debatę a propos odwołania ministra zdrowia. Minister został na stanowisku, ale opozycja z wielu stron grzmiała, że system służby zdrowia dziś wygląda tak, że jak nie masz pieniędzy, to "zdychaj, w centrum zainteresowania nie jest pacjent, tylko pieniądze". Maja rację posłowie opozycji?

- Na pewno mają sporo racji, no bo - nie oszukujmy się - nie ma pieniędzy, no to jest taka opieka, jaka jest. Lekarze muszą przede wszystkim patrzeć na pacjenta jak na osobę najważniejszą na oddziale i robić wszystko, żeby pomagać, leczyć najlepiej jak potrafią, a nie, że popadają w rutynę, bo już pracuje 10, 20, 30 lat i on wszystko wie najlepiej i tylko jego zdanie jest najważniejsze. Takie podejście do pacjenta nie powinno być absolutnie, powinni być ludzie, którzy potrafią rozmawiać z pacjentami, którzy potrafią wysłuchać pacjentów i wspólnie dojść do jakiegoś wniosku.

Czy za takie tragedie jak państwa, czy ta z Włocławka powinien odpowiedzieć minister zdrowia?

- W moim przypadku są to 3 osoby znane z imienia i nazwiska. Minister zdrowia nie ma praktycznie nic do tego. Oni powinni ponieść konsekwencje, oni powinni być traktowani tak, jak przestępcy. Nie może być tak, że po długim procesie kilkuletnim dostaną jakieś śmieszne wyroki, bardzo często w zawieszeniu. Nie pamiętam, żeby od 1989 roku jakikolwiek lekarz poszedł do więzienia, na karę więzienia został skazany, może nie było takiej sytuacji. Przede wszystkim powinni być karani i powinny być zaostrzone kary dla lekarzy popełniających takie radykalne błędy.

Panie Bartku, pan jako sportowiec dobrze wie, że w sporcie liczy się bardzo doping. Jak wspierać takie rodziny, takich ludzi, którym wydarzyły się podobne jak u was, życiowe tragedie?

- Nie wiem, jak wspierać, to jest bardzo ciężkie. Ja nie życzę nikomu takiej sytuacji, która spotkała mnie i która spotkała wiele innych rodzin. Bardzo ciężko jest samemu się pozbierać. My nie mieliśmy żadnej pomocy na początku, sami zostaliśmy, kompletnie sami z tym wszystkim. Można tylko pomagać. My, poprzez portale społecznościowe znaleźliśmy ludzi, którzy byli i są w podobnych sytuacjach jak my, więc to dla nas chyba też było dużą pomocą. Przede wszystkim psychicznie mogliśmy się pozbierać, mogliśmy porozmawiać z ludźmi, którzy też takie coś przeżywają albo przeżywali. No a ludzi ze szpitala to kompletnie nie interesuje - pacjent jest, był, przyszedł, pacjenta nie ma i tyle. Oni kompletnie nawet nie próbują się dowiedzieć, co się dzieje dalej z pacjentem, co się dzieje z tym dzieckiem, absolutnie ich to nie interesuje.

Ja na wstępie pana przedstawiłem jako wielkiego wojownika. O co teraz pan walczy i na podeście, i w życiu?

- Walczę o to, żeby ci ludzie, żeby lekarze zaczęli całkowicie inaczej patrzeć na człowieka, na pacjenta jak na człowieka, a nie w sposób taki, że to jest maszynka do zarabiania pieniędzy, bo tak to bardzo często się zdarza.

A na podeście?

- No przede wszystkim trzeba walczyć do końca, nigdy się nie poddawać. Nie mogę powiedzieć, że los tak ułożył mi życie. To ludzie mi tak zadecydowali, że ja mam takie życie a nie inne. Bo nie jest lekko, to jest piekło. Nikt, kto tego nie przeżył, nie wie, przez co my teraz przechodzimy z żoną i z naszą rodziną. Bardzo ciężko jest się w tym wszystkim pozbierać, no ale przede wszystkim trzeba wierzyć, że będzie dobrze, wierzyć w sprawiedliwość i być silnym, nigdy się nie poddawać.






Dowiedz się więcej na temat: Bartłomiej Bonk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy