Były marszałek: Będzie większa biurokracja ws. delegacji parlamentarzystów

Wydarzenia z udziałem trzech posłów wykluczonych z PiS spowodują "zwiększenie biurokracji" w organizacji zagranicznych wyjazdów parlamentarzystów - przewiduje były marszałek Sejmu, senator Marek Borowski. Podkreśla, że procedury dot. delegacji zakładają, że politycy są uczciwi.

"Procedury związane z przygotowaniem i rozliczaniem wyjazdów na delegacje zagraniczne są oparte na zasadach uczciwości, bo do parlamentarzystów nie można podchodzić, jak do notorycznych oszustów" - powiedział Borowski PAP.

Według parlamentarzystów, z którymi rozmawiała PAP, decydujący wpływ na kształt delegacji zagranicznych mają marszałkowie Sejmu i Senatu.         

Reklama

Szef sejmowej komisji regulaminowej Maciej Mroczek (Twój Ruch) pytany przez PAP o procedury związane z przygotowaniem i rozliczaniem wyjazdów wyjaśnił, że pierwszym krokiem, jaki musi wykonać poseł, jest wysłanie stosownego pisma do marszałka Sejmu. Trzeba w nim podać cel, koszt, liczbę osób w delegacji i sposób dojazdu.

Według Mroczka już na tym etapie marszałek Sejmu ma prawo odmówić posłowi - szczególnie, jeśli cel lub koszt czy też, najczęściej, liczba delegowanych - wyda mu się nieadekwatny.

Kolejny etap procedury związanej z przygotowaniem delegacji, gdy pismo posła zostanie przez marszałka uznane - tłumaczył Mroczek - polega na przygotowaniu wyceny przez biuro spraw międzynarodowych Sejmu, czy Senatu, gdzie przygotowywany jest m.in. kosztorys całego przedsięwzięcia. Na tej podstawie parlamentarzysta pobiera zaliczkę w wysokości obliczonej przez biuro.

Borowski uzupełnił, że biuro sugeruje, czy planowany koszt jest odpowiedni, czy też suma jest zbyt duża. "Wtedy marszałek na ogół coś obcina, chyba, że jest to tak ważna delegacja, że musi być w określonym składzie" - dodał senator.

Zastrzegł, że marszałkowie nie mają wpływu na skład stałych delegacji do takich ciał jak Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy, bo ich członków - wyjaśnił - wybierają poszczególne partie.

Inaczej jest - mówił Borowski - jeśli delegacji zagranicznej przewodniczy sam marszałek. W takim wypadku on sam określa jej skład. Według polityka również w przypadku, gdy spotykają się członkowie dwóch komisji parlamentarnych - z Polski i innego kraju - to skład delegacji przedstawia szef komisji, a zatwierdza go marszałek, który może uznać, że skład delegacji jest zbyt liczny.

Borowski relacjonował, że bilety lotnicze kupuje Kancelaria Sejmu, czy Senatu, a za hotel parlamentarzyści muszą przedstawić rachunek. "Oświadczenie występowało wyłącznie w przypadku przejazdu samochodem" - podał. Zaznaczył, że ostatnie wydarzenia z udziałem trzech posłów wykluczonych z PiS spowodują "zwiększenie biurokracji". "Pewnie skończy się tym, że jakiś dokument (potwierdzający przejazd samochodem-PAP) trzeba będzie przedstawiać" - dodał.

Według b. marszałka Sejmu w przypadku Sejmu i Senatu procedury związane z organizacją delegacji zagranicznych są takie same.

Ostatni etap procedury - uzupełnił Mroczek - ma miejsce do dwóch tygodni po delegacji, gdy posłowie rozliczają się z kancelarią, przedstawiając na ogół rachunki za hotel. Jeśli rachunek zostanie przekroczony - trzeba złożyć pismo do marszałka Sejmu, który może udzielić lub odmówić zgody na dopłatę. Jeśli zaś posłowie wydadzą mniej niż założono - wówczas zwracają nadwyżkę na konto kancelarii Sejmu - wyjaśnił. Dodał, że w regulaminie nie jest opisane, jak ma się to odbyć. "Na ogół posłowie albo zwracają sami pieniądze, albo informują kancelarię i kwota jest im potrącana z poselskiego wynagrodzenia" - wskazał polityk TR.

Temat zagranicznych wizyt parlamentarzystów ma być omawiany w środę na forum sejmowego Konwentu Seniorów. To pokłosie ostatnich wydarzeń z udziałem wykluczonych w poniedziałek z PiS Adama Hofmana, Mariusza Antoniego Kamińskiego i Adama Rogackiego.

Decyzja miała związek z służbową podróżą posłów do Madrytu na posiedzenie Komisji Zagadnień Prawnych i Praw Człowieka Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, które rozpoczęło się 30 października. Media donosiły w ostatnich dniach, że w wyjeździe posłom towarzyszyły żony i że z ich udziałem doszło do incydentu na pokładzie samolotu, którym posłowie wracali z Hiszpanii. Media informowały ponadto, że posłowie wzięli na tę podróż kilkanaście tysięcy złotych zaliczki, zgłaszając wyjazd samochodem; w rzeczywistości polecieli tanimi liniami lotniczymi.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje