Były ratownik górniczy: Motywacja? Lampka, która się świeci i mówi: Idziemy po żywego

"Trwa walka z czasem, to walka ze skałami, które tam zalegają" – mówi o akcji ratowniczej w kopalni Rudna w Polkowicach gość Popołudniowej rozmowy w RMF FM Andrzej Herzog, były ratownik górniczy. Pytany o największe wyzwanie czekające na ratowników mówi: "Lampka, która się świeci w głowie i mówi 'idziemy po żywego'. (...) Ratownicy to niepoprawni optymiści". Herzog mówiąc o trwających poszukiwaniach górników zaznacza: "Akcja ratownicza to nie jest dzieło przypadku. (...) Tam wszyscy wiedzą, co robią". I dodaje: "Polskie ratownictwo jest bardzo często stawiane na świecie za przykład. Chociaż ostatnie czasy kryzysowe zaburzają nam ten wizerunek, bo zarządzający próbują oszczędzać na ratownikach".

Marcin Zaborski: Od ponad 20 godzin patrzymy na Polkowice, gdzie doszło do wstrząsu w kopalni "Rudna". Co może dziać się teraz pod ziemią? Jak może wyglądać ta walka z czasem, panie Andrzeju?

Reklama

Andrzej Herzog: - Walka z czasem to walka przede wszystkim ze skałami, które tam zalegają i możliwością dotarcia w tej chwili jeszcze tylko niestety do trzech naszych kolegów. Mam nadzieję, że udało im się jednak przeżyć i ratownicy znajdą ich żyjących, zdrowych. Natomiast walka z czasem - tam jest wszystko zorganizowane, akcja ratownicza wie pan, to nie jest dzieło przypadku. Ludzie, którzy tam są, kierują tym w sposób już wyrobiony w latach doświadczeń. Ci ludzie tam to nie jest przypadek. Tam wszyscy wiedzą, co robią.

W wyrobisku jest 27-30 stopni Celsjusza, do tego 65 proc. wilgotność - w takich warunkach pracują ci ratownicy. Co jest dla nich największym wyzwaniem?

- Wie pan co, lampka, która się świeci w głowie i mówi "idziemy po żywego". Stare hasło ratowników i zawsze aktualne.

No wtedy, kiedy jest się blisko poszukiwanego to jest taki moment, kiedy nadzieja się potęguje, ale kiedy okazuje się także jak dziś, że dociera się do ciała... No właśnie, co wtedy? Trzeba pewnie szybko myśleć o kolejnych poszukiwanych?

- Wie pan co, póki nie mamy wszystkich kolegów wydobytych to zawsze mówimy, że idziemy po żywego. Zawsze niepoprawnymi optymistami są ratownicy i mówią, że szansa jest zawsze. Po Nowaka szli ratownicy długo, znaleźli go, stary przykład Alojza Piątka - też wytrzymał kupę czasu pod ziemią. Da się. Miejmy nadzieję, że tak też będzie przynajmniej z tymi trzema kolegami.

A w jaki sposób się dociera do tych zasypanych górników? Skąd wiemy, gdzie ich szukać?

- Generalnie wszyscy pracownicy, którzy pracują pod ziemią w swoich lampach, które są do oświetlenia jakby na co dzień miejsca pracy, świecące pod nogi, na ręce - każda ta lampa zawiera nadajnik lokacyjny. To jest oblig, który jest stosowany wszędzie. Ratownicy mają do dyspozycji wtedy specjalne aparatury, które są w stanie określić odległość i kierunek, z jakiego dochodzi sygnał z lampy. Mówię z lampy, bo lampa niekoniecznie w takim przypadku musi być przy pracowniku, ale przeważnie jest dosyć blisko. Natomiast mnogość sprzętu, który jest w wyrobiskach, czyli wszystko, co jest żelazne, stalowe, czasami przewody energetyczne, które tam również są, chociaż są przeważnie wyłączone, bo jak jest akcja, to się wyłącza wodę i prąd, ale to wszystko zaburza w pewnym momencie ten sygnał. Kierunek i odległość jest szacowana w sposób przybliżony, ale jest to jakieś światełko w tunelu.

A czym różnią się akcje ratownicze w kopalniach miedzi - jak w tym przypadku - od tych w kopalnia węgla kamiennego?

- Miedź i węgiel to są dwa różne światy. Kopalnie miedziowe, typowe tak jak właśnie "Rudna", to są ogromne przekroje dla nas, dla górników z węgla to są ogromne przekroje. My przede wszystkim w chodnikach posiadamy obudowę stalową, wypełnioną betonami i siatką. Jest po prostu zabezpieczenie takie wizualne - może ono nie jest wcale mocniejsze od tego, które jest stosowane właśnie tam na miedzy, natomiast wizualnie jest to dla nas ochrona. Tam w miedzi stosuje się obudowę kotwiową, stosuje się siatki, które jakby przytrzymują ten strop. Gabaryty to jest jedno, a poza tym sposób wydobycia urobku jest również inny, bo my posługujemy się...

Górnicy pracują oddaleni od siebie m.in., a poza tym te podziemne wyrobiska są dość szerokie i wysokie, co m.in. nie ułatwia ich wietrzenia. 

- No transport, bo tam niestety, znaczy stety: dla pracowników lepiej, nie muszą chodzić, poruszają się samochodami, są samochody, którymi przemieszczają się od podszybia aż do oddziału, w którym pracują... Również urobek wydobywa się maszynami, które jeżdżą na kołach po prostu, samojezdnymi maszynami. 

Znalazłem gdzieś takie zdanie: Nawet najlepszy ratownik nie będzie w stanie nieść noszy z przodu i z tyłu, lepiej dwóch średnich niż jedna "gwiazda". A najlepiej dwóch świetnych. To o tym, że najważniejszy w ratownictwie jest zespół. 

- Tak, pięciu to tak jak palce jednej ręki. To taka zasada wpisana w ratownictwo, nasz standard powielany zresztą na całym świecie. Polskie ratownictwo jest zresztą bardzo często dawane jako przykład dobrze albo wręcz doskonale zorganizowanego ratownictwa. Chociaż ostatnie czasy kryzysowe troszeczkę zaburzają nam ten wizerunek, bo próbujemy, czy może nie my jako ratownicy, ale zarządzający, próbują oszczędzać na tych ratownikach, bo No bo ratownictwo kosztuje, nie czarujmy się. Natomiast doceniamy je dopiero wtedy, jak coś się stanie.

W jednym z dokumentów na temat ratownictwa górniczego czytam coś takiego: "wbrew pozorom, ratownicy to też zwykli ludzie. Osoby początkujące i o słabej psychice powinny być wspierane przez bardziej doświadczonych współpracowników, szczególnie po ciężkiej i zakończonej zgonem poszkodowanego akcji". Jak wygląda system wsparcia psychologicznego ratowników?

- Od jakiegoś czasu, np. jak ja pamiętam akcję po wybuchu 18 września na "Ruchu Śląsk", kopalni "Wujek", zaczęło funkcjonować wsparcie psychologa, grupy specjalnie wyszkolonych pracowników. Niekoniecznie są to pracownicy kopalń. Mogą to być zewnętrzne również osoby, ale próbują w sposób psychologiczny dotrzeć do takich górników. Natomiast z życia wiem, że górnicy...

Ratownicy chętnie korzystają z takiej pomocy?

- Tu jest pewna kontrowersja - młodzi to jeszcze może tak, natomiast starzy górnicy to tak najlepiej by sobie pogadali z kolegą.

No właśnie, ale rozmawiają panowie ze sobą o tym co działo się pod ziemią w czasie akcji?

- Tak, są wspomnienia, z tym że po jakimś czasie nawet najtragiczniejsze zdarzenia to wyłapuje się takie rzeczy, które można obrócić w żart czyli jakieś faux pas popełnione przez któregoś z kolegów, jakieś przejęzyczenia, jakiś błąd w podjętej decyzji, który doprowadził do jakiejś sytuacji śmiesznej, ale jest to sposób właśnie odreagowania. Nie rozdrapujemy rany na zasadzie najgorszych wspomnień. Szukamy czegoś, co było w miarę śmieszne. że tak powiem.

No właśnie, a propos wspomnień. 23 lata pracował pan jako ratownik górniczy. Którą akcję pamięta pan najmocniej, najżywiej? To będzie jedna z tych ze szczęśliwym finałem czy przeciwnie?

- W zbyt wielu akcjach nie brałem udziału, bo to jest taki los ratownika. Można być dwadzieścia parę lat ratownikiem i praktycznie nie być w żadnej akcji, a można być ratownikiem od paru dni i od razu dostać się na pierwszą linię frontu. Natomiast wspominam akcję zawałową, również zawałową w kopalni "Wujek", gdzie doszła do tąpnięcia. Górnik został uwięziony pod zwałami węgla i za sekcją obudowy zmechanizowanej - bo w kopalniach górniczych węgla kamiennego funkcjonuje obudowa zmechanizowana, system ścianowy. To była akcja dosyć błyskawiczna, bo praktycznie myśmy byli odwołani ze swoich prac, które na co dzień wykonywaliśmy, bo w ratownictwie nie czekają na zdarzenie, tylko pracują normalnie przez okres swojej zmiany, wyznaczonego czasu pracy.

I wtedy się udało.

- Tak, i wtedy był telefon, pełna mobilizacja, udało się błyskawicznie dotrzeć. Praktycznie wsparciem zawsze dla górników, tych, którzy są bezpośrednio na kopalni są ratownicy, którzy są w stacjach okręgowych i Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego. Natomiast koledzy nasi nawet nie zdążyli dojechać. Wtedy udało się szczęśliwie wydobyć górnika z drobnymi potłuczeniami, chyba tam miał jakiś głębsze obtarcia i paluszek złamany. Drobiazg, ale udało się szczęśliwie i w miarę szybko.

Oby jak najrzadziej musiały sprawdzać się słowa hymnu ratowników górniczych: "Jak buczek zawyje na stacji, ratownik wyrusza do akcji". Andrzej Herzog, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Ratowników Górniczych w Polsce. Bardzo dziękuję za rozmowę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje