Dyrektor liceum: o efektach reformy programowej dowiemy się po latach

O efektach reformy programowej, obowiązującej od 1 września m.in. w liceach, dowiemy się dopiero po latach - mówi w wywiadzie dla PAP dyrektor jednego z warszawskich liceów Wiesław Włodarski. Jego zdaniem, reforma ma jednak szanse poprawić jakość edukacji.

Wiesław Włodarski jest nauczycielem matematyki, dyrektorem Liceum Ogólnokształcącego im. Ruy Barbosy w Warszawie; w 2007 r. otrzymał tytuł Nauczyciela Roku w konkursie organizowanym przez Ministerstwo Edukacji Narodowej i tygodnik "Głos Nauczycielski".

Reklama

PAP: 1 września br. wchodzi w życie reforma programowa do szkół ponadgimnazjalnych. Pojawiają się głosy, że reforma ta spowoduje, że licea stracą swój ogólnokształcący charakter. Jak Pan ocenia ten problem?

Wiesław Włodarski: - To prawda, że licea stracą swój ogólnokształcący charakter. Bo założenie jest takie, że z trzyletniego cyklu nauczania jeden rok będzie przeznaczony na nauczanie ogólnokształcące, a dwa kolejne lata będą poświęcone na kształcenie specjalistyczne, które będzie miało przygotować uczniów do matury i przyszłych studiów. Czyli to jest de facto zatracenie tej dotychczasowej idei liceów ogólnokształcących.

Pojawia się od razu pytanie, czy to dobrze, czy źle?

- Czy to dobrze, czy źle dowiemy się dopiero za jakieś dziesięć lat. Proszę sobie przypomnieć jak 25 lat temu wyprowadzaliśmy matematykę jako obowiązkowy przedmiot maturalny. I wówczas nam się wszystkim wydawało, mnie zresztą też, że to jest całkiem rozsądny krok. Bo po co humanista ma zdawać matematykę? Może przecież zdawać historię, która też jest ważnym przedmiotem. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że spada liczba studentów na kierunkach ścisłych, co wszystkich zastanowiło i skłoniło, by przywrócić obowiązkowy egzamin maturalny z matematyki.

Podobnie jest z obecną reformą nauczania. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego, co się będzie działo. Ale jak popatrzymy na tę reformę z praktycznego punktu widzenia to okazuje się, że na przedmioty rozszerzone nauczyciele dostali więcej godzin, co tak naprawdę daję szansę na lepsze nauczanie. Dotychczas tylu godzin na przedmioty rozszerzone jeszcze nie mieliśmy. Ale czy to się rzeczywiście uda, to teraz tego nikt nie jest w stanie przewidzieć.

A co z samą ideą tej reformy? Jej hasłem, że uczniowie mają teraz uczyć się konkretnych umiejętności, a nie wkuwać na pamięć fakty, które w kilka sekund można znaleźć w internecie?

- Proszę pamiętać, że ta retoryka, zapisana w podstawie programowej, wiąże się z prowadzonymi od kilku lat pracami nad Krajowymi Ramami Kwalifikacji. To jest zalecenie Unii Europejskiej, które ma pozwolić na lepsze porównywanie kwalifikacji zdobywanych w różnych narodowych systemach edukacji. Reforma programowa jest z tym związana, bo chodzi o to, żeby polski absolwent wybierając się np. do pracy do Irlandii mógł przedstawić pracodawcy, co tak naprawdę potrafi.

Po tej reformie nauczyciel na pewno będzie bardziej odpowiedzialny za to, co robi na lekcji. Do tej pory w podstawie programowej było napisane, że nauczyciel ma omówić dane zagadnienie, a uczeń, na tyle na ile pozwalają mu zdolności, ma zapamiętać materiał. I skala ocen, czyli stopnie od dopuszczającego do celującego nam wystarczała. To się zmieni w tym sensie, że nauczyciele teraz będą musieli umieć ocenić, czy wszyscy uczniowie i w jakim stopniu posiadają te wszystkie wiadomości i umiejętności zapisane w podstawie programowej. Jeżeli nie spełnią wymagań stawianych przed nimi, wówczas nauczyciele nie będą mogli wystawić im oceny pozytywnej. To będzie wymagało od nich bardzo świadomej pracy.

Ponadto zmienią się ramowe plany nauczania, co może utrudnić planowanie zajęć. Teraz plany te określają minimalną liczbę godzin, którą należy zrealizować na dany przedmiot w trzyletnim cyklu nauczania. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że klasa wyjeżdża na wycieczkę. W starej ramówce jeżeli nauczyciele mimo wycieczki zdążyli zrealizować program, to nic złego się nie działo. W związku z nową ramówką może się okazać, że ta wycieczka uniemożliwia zrealizowanie tej wymaganej minimalnej liczby godzin i wtedy dyrektor szkoły może podjąć decyzję, że ta wycieczka jednak się nie odbędzie. To oznacza, że dyrektor, na którym będzie ciążył obowiązek realizacji tych godzin, będzie je musiał stale i starannie liczyć.

W ostatnich miesiącach przeciwko reformie programowej zdecydowanie protestowali niektórzy historycy i prawa strona polskiej sceny politycznej, według których nowe lekcje "historii i społeczeństwa" pozbawią uczniów wiedzy o najważniejszych dla Polski wydarzeniach historycznych.

- Pomysł z uzupełniającym przedmiotem "historia i społeczeństwo" jest dobry. Jeżeli uczniowie będą mieli nauczyciela z pasją, to on w ramach podstawy programowej tego przedmiotu może pokazać coś naprawdę wspaniałego z tej historii i to na przestrzeni dziejów. Reforma umożliwia mu przeprowadzenie lekcji w bardzo ciekawy sposób. Oczywiście wszystko zależy - tak jak i teraz - od nauczyciela. Jeden tak przeprowadzi ten przedmiot, że uczniowie w atrakcyjny sposób poznają ważne dla Polski wydarzenia i zapamiętają je na całe życie, a drugiemu do tego będzie brakowało umiejętności i pasji. Tak jest w każdym przedmiocie.

Czy szkolnej dydaktyce mogą pomóc nowoczesne technologie? Czy może właśnie wystarczy nauczyciel z pasją? W tym roku szkolnym rząd zainauguruje program Cyfrowa Szkoła, dzięki któremu wybrane szkoły otrzymają m.in. nowoczesny sprzęt komputerowy.

- To jest tylko narzędzie, którego jeden używa lepiej, a drugi gorzej. To narzędzie, które jednak nie jest niezbędne w nauczaniu. Działania rządu związane z Cyfrową Szkołą mają ułatwić młodzieży naukę przez możliwość poruszania się w tym świecie skomputeryzowanym. Młodzież porusza się już w nim bardzo dobrze, niektórzy poświęcają mu cały swój czas wolny. I Cyfrowa Szkoła może ułatwić tym uczniom przyswajanie treści.

Uczę matematyki, a żeby jej się nauczyć trzeba wykonać wiele ćwiczeń. Uczniowie rozwiązują zadania, po to, żeby nabrać tych umiejętności, które potem będą sprawdzane na egzaminie maturalnym i będą się przydawać moim uczniom na studiach lub w dalszym życiu zawodowym. To, czy uczniowie wykonają te ćwiczenia ołówkiem na papierze, czy też w komputerze, to jest wszystko jedno. Ważne jest to, by po prostu te ćwiczenia zostały wykonane.

Komputera używam w zupełnie innych sytuacjach, mianowicie gdy chcę zobrazować uczniom jakiś problem matematyczny i w ten sposób ułatwić im jego zrozumienie. Np. komputer za mnie dokonuje szybkich obliczeń przy rysowaniu wykresów funkcji. I uczeń zmieniając parametr u siebie na komputerze może łatwiej zrozumieć związek między tym parametrem, który on sam zmienia, a kształtem wykresu.

Komputer i internet jest też oczywiście świetnym środkiem komunikacji między nauczycielami a uczniami. Np. poloniści mogą przyjmować wypracowania uczniów pocztą mejlową. Uczeń nie musi ich pisać na kartkach i oddawać, ale wystarczy, że mu je wyśle. Tym bardziej, że współczesna młodzież ma obecnie problemy z ręcznym pisaniem na papierze, natomiast żadnych kłopotów z pisaniem na klawiaturze komputera.

Komputery jednak nie mogą być wykorzystywane wyłącznie dla wykorzystania. Kredy, którą noszę w kieszeni, będzie się jeszcze używało długo. Wciąż łatwiej zapisywać wzory matematyczne kredą na tablicy lub ołówkiem na papierze, niż nawet w najlepszym edytorze równań.

W ostatnich latach znacznie, bo o milion zmniejszyła się liczba uczniów w szkołach. Trend ten - według GUS - utrzyma się również w najbliższych latach. MEN podaje, że pracę straci ponad 7 tys. nauczycieli. Jak Pan ocenia ten problem?

- W mojej szkole musiałem zwolnić kilkoro nauczycieli, ale nie dlatego, że w mojej szkole spada liczba uczniów. Moja szkoła i jej oferta cieszy się dużym powodzeniem i od 1 września otwieramy osiem klas pierwszych. Zwolnienia te wiążą się ze zmianą ramowych planów nauczania.

Ale rzeczywiście spada liczba uczniów i nie dziwią mnie próby znalezienia oszczędności przez samorządy, które finansują szkoły. Władze lokalne w związku ze zmianą przepisów nie mogą się już tak jak dawniej zadłużać. Natomiast te próby oszczędzania na oświacie martwią, bo są krótkowzroczne. Jeżeli chcemy dbać o rozwój kraju nie można oszczędzać na edukacji. Nie tędy droga.

W resorcie edukacji trwają rozmowy na temat zmian w Karcie Nauczyciela. Pojawiają się głosy, że należy ją zastąpić przepisami kodeksu pracy.

- Kodeks pracy również silnie chroni nauczycieli. Stawałem przed problemem kogo zwolnić. I częściej barierą był Kodeks Pracy niż Karta Nauczyciela. Bo np. nauczyciel w wieku przedemerytalnym jest chroniony kodeksem pracy, a nie Kartą Nauczyciela. Podobnie jest z działaczem związkowym.

To, że nauczyciele pracują z uczniami ok. 18 godzin pod tablicą, ale i tak mają 40 godzin pracy w tygodniu i to, że mają dużą część wakacji taką samą jak uczniowie - to wszystko wynika ze specyfiki pracy nauczycieli. W tym momencie, gdy kryzys gospodarczy dotyka wszystkich, w tym także oświatę, Karta Nauczyciela stabilizuje pracę w tym zawodzie. Karta nie chroni tylko nauczycieli, ale całą oświatę.

Pamiętajmy też o tym, że wszelkie zmiany w oświacie trudno potem "odkręcić". Tak było np. z decyzją ministra edukacji Romana Giertycha, na mocy której ocena z religii była wliczana do średniej. Bezpośrednio po tym rozporządzeniu spadła liczba uczniów chodzących na religię, zwłaszcza tam, gdzie katecheta oceniał wiedzę, a nie praktyki religijne. I teraz nie ma w Polsce siły, która mogłaby zmienić ten przepis. Nikt nawet nie próbuje.

Czy religia w szkołach, temat ostatnio podejmowany przez media, to dobry pomysł? Być może katechetów mogliby zastąpić absolwenci wydziałów filozofii?

- Ale w obecnej sytuacji uczeń lub jego rodzice mogą zadecydować, czy on będzie chodził na religię, czy na etykę, albo też, czy nie będzie chodził ani na jedno ani na drugie. Proszę zgadnąć - jakie są wybory uczniów? Od wielu lat nie miałem ani jednej prośby o zorganizowanie lekcji etyki. Bo o wiele łatwiej jest nie chodzić na nic. Wiadomo też z Systemu Informacji Oświatowej, że tylko w maleńkim procencie szkoły uczą etyki. Pamiętajmy, że one nie są prowadzone dlatego, że dyrektor jest taki wredny i nie daje oferty, tylko dlatego, że nie ma wśród uczniów takiego zapotrzebowania.

Na koniec proszę ocenić dość powszechne narzekania, że obecni uczniowie i absolwenci szkół wiedzą mniej niż uczniowie sprzed kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat? Jak to jest z tą wiedzą u uczniów i znanym od starożytnego Egiptu westchnieniem "ach, ta dzisiejsza młodzież"?

- Wynika to z tego, że porównujemy wiedzę obecnych uczniów z tym, co myśmy umieli kiedyś. I teraz widzimy, że obecni uczniowie umieją znacznie mniej. Natomiast nie porównujemy całości kompetencji uczniów m.in. umiejętność współpracy w zespole, wyszukiwania informacji, samodzielności czy umiejętności dobrania się do problemu i zaplanowania jego rozwiązania. Wydaje się, że te kompetencje u dzisiejszych uczniów są znacznie lepiej rozwinięte niż u ich rodziców.

Rzeczywiście jeżeli popatrzymy sobie na wiedzę faktograficzną, to te fakty można znaleźć u wujka Google lub cioci Wikipedii i nie trzeba o nich pamiętać. Chyba, że jest się maniakalnym "rozwiązywaczem" krzyżówek i ma się taką ambicję, żeby nie sięgać po pomoc jak się krzyżówkę rozwiązuje. Wówczas owszem głowa jest pełna faktów i drobnych szczegółów. Sam pamiętam jak geografii uczyłem się w większości na pamięć. Np. epoki paleozoiku: kambr, ordowik, sylur, dewon, karbon, perm. Do tej pory pamiętam również dopływy Wisły. To są jednak rzeczy, które spokojnie można znaleźć w internecie.

W moim przekonaniu jednak o wiele ważniejsze są umiejętności rozumienia tych informacji, wiązania ich z innymi, krytycznej analizy. Np. dzięki geografii dobrze jest umieć poprawnie odczytywać mapę, a dzięki matematyce rozumieć co to tak naprawdę znaczy, gdy coś wzrosło o 2 proc. Chodzi o to, by bardziej rozumieć fakty niż je tylko znać. I w tym kierunku idzie obecnie edukacja.

Rozmawiał Norbert Nowotnik

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje