Eksperci: Rok 2015 najważniejszy w polskiej polityce od roku 2005

Zaplanowane na 2015 rok wybory - prezydenckie i parlamentarne - będą najważniejszymi wyborami dekady, a polska polityka wchodzi w fazę destabilizacji - uważają politolodzy i socjolodzy, z którymi rozmawiała PAP.

- Rok 2015 w naszej polityce krajowej to będzie Armagedon - mówi politolog Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego. - To będzie najważniejszy rok w polskiej polityce od 2005 roku - przekonuje.

Reklama

Jego zdaniem ugrupowanie, które te wybory wygra, prawdopodobnie pozostanie w polskim systemie partyjnym na więcej niż jedną kadencję. Kto zaś osiągnie bardzo słaby wynik lub nie przekroczy progu, ten może w ogóle wypaść z polityki. Z tego punktu widzenia kluczowe będą wyniki PSL i SLD - czy te partie utrzymają się w parlamencie, a jeśli tak, to na jakim poziomie. - Jeśli chociaż jednej z nich powinie się noga i nie dostanie się do parlamentu, prawdopodobnie będzie to początek dryfowania w kierunku systemu dwupartyjnego - uważa Chwedoruk.

Jeśli natomiast Platforma wygra wybory lub zapewni sobie z PSL spokojną większość, polski system partyjny zacznie zamieniać się w system z jedną partią dominującą - dodaje. Taki jak np. kiedyś we Włoszech, gdzie przez lata dominowała chadecja. Właśnie dlatego to mogą być decydujące chwile dla polskiej polityki - zaznacza Chwedoruk.

- Wybory parlamentarne - to mogą być najważniejsze wybory tej dekady - przyznaje Antoni Dudek. Zwycięstwo Platformy, jego zdaniem, przedłuży jej rządy na całą dekadę, choć, jak zaznacza historyk i politolog z UKSW, wynik nie musi być "zero-jedynkowy".

PiS może bowiem minimalnie wygrać, ale wtedy może powstać tzw. kordonowa koalicja - wszyscy przeciw PiS. Jeśli jednak PiS będzie najsilniejszą partią, taka koalicja może nie przetrwać całej kadencji. Przy wszystkich różnicach może powtórzyć się sytuacja z 1991 roku - wtedy minimalnie wygrała Unia Demokratyczna, ale początkowo doszła do władzy rozdrobniona koalicja partii centroprawicowych, wspierająca rząd Jana Olszewskiego; UD doszła do władzy jakiś czas potem.

Teraz, przy czterech ugrupowaniach, PiS nawet dysponując 200 mandatami może nie rządzić. Może jednak dojść do władzy po jakimś czasie, gdy rządząca koalicja ulegnie nieuniknionej dekompozycji - sądzi Dudek.

Również Maciej Gdula z "Krytyki Politycznej" przyznaje, że w 2015 roku w polskiej polityce dużo się wydarzy. - Patrząc na to jak wygląda sprawowanie urzędu przez Ewę Kopacz, nie wróżę jej wielkiego sukcesu wyborczego - mówi Gdula. - Prawdopodobnie ciężko Platformie będzie też wymienić liderkę przed wyborami parlamentarnymi, ale wszystko zależy od wyniku Bronisława Komorowskiego - dodaje.

Jego zdaniem wynik Komorowskiego w wyborach prezydenckich, który wydawał się pewny, może być zagrożony, m.in. dlatego że chcąc nie chcąc dzieli on obecnie władzę z Ewą Kopacz, w większym stopniu niż kiedyś z Tuskiem. Jego również będą więc obciążać ewentualne wpadki i niezręczności Kopacz - sądzi socjolog.

A zagrożenie dla pozycji Komorowskiego może się pojawić zarówno z prawej, jak i z lewej strony. Jego zdaniem Andrzej Duda (kandydat PiS na prezydenta) ma potencjał, by zwrócić się do wyborców bardziej centrowych niż wyborcy PiS. Z kolei w przypadku lewicy wokół dobrego kandydata może nastąpić rekonstrukcja polityczna całego obozu. - Jeżeli tego nie będzie, będzie to oznaczać utratę szansy. To jednak nie może być ktoś, kto reprezentuje już istniejące struktury lewicowe. Jeśli będzie kandydować Janusz Palikot, Ryszard Kalisz i jeszcze ktoś z Partii Zielonych, to będzie totalna porażka - mówi Gdula.

Także w opinii politologa z Uniwersytetu Jagiellońskiego Jarosława Flisa, jeśli wojna na Ukrainie nie wybuchnie ze zdwojoną siłą, zdecydowanie najważniejszym wydarzeniem 2015 roku w Polsce będą wybory, najpierw prezydenckie, potem parlamentarne.

Podkreśla, że wybory te wyłonią układ władzy na bardzo długi okres, bo kolejna elekcja - samorządowa - zaplanowana jest dopiero na jesień 2018 roku. - Tak długiego okresu bez wyborów nie było, bo nawet teraz upłynęło dwa i pół roku od jesiennych wyborów w 2011 roku do wyborów europejskich w tym roku. A po 2015 będą ponad trzy lata - zwraca uwagę Flis. Ma on jednak mniej rewolucyjną wizję, niż inni rozmówcy PAP.

Zaznacza, że wybory parlamentarne będą odbywać się po raz pierwszy po drugiej udanej kadencji tej samej władzy. Jego zdaniem m.in. dlatego PO i PSL mają szansę na utrzymanie władzy, nawet jeśli PiS osiągnie dobry wynik. - Nic nie wskazuje na to, by wróciły czasy rozpadających się koalicji rządowych, bo wszyscy wiedzą, że to się nie opłaca - mówi.

Podobny pogląd prezentuje Rafał Matyja z Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Jego zdaniem jeśli nie zdarzy się nic nadzwyczajnego, ta grupa społeczeństwa, która chce kontynuacji nadal będzie w 2015 roku w przewadze i to ona da zwycięstwo Bronisławowi Komorowskiego w wyborach prezydenckich oraz jakąś formę kontynuacji dotychczasowej koalicji po wyborach parlamentarnych. - Wszystko zależy od tego, jak będą układać się relacje między Platformą, PSL i SLD, czy będzie koalicja dwóch partii, czy trzech - mówi Matyja. - Ten scenariusz wydaje mi się najbardziej prawdopodobny, jeśli miałbym na coś postawić pieniądze, to właśnie na to - dodaje.

Według Matyi dwie rzeczy mogą zmienić ten układ. Po pierwsze pojawienie się trzeciego kandydata w wyborach prezydenckich. Andrzej Duda nie zagrozi poważnie Komorowskiemu, który dociera też do części wyborców PiS, ale będzie się liczył - uważa politolog. W tej chwili nie widać jednak trzeciego kandydata. Może on być zarówno kandydatem lewicowym, jak i liberalnym.

Pojawienie się takiego kandydata w kampanii, nawet jeśli byłby słabszy od Dudy, może zadziałać tak jak pojawienie się Andrzeja Olechowskiego w 2000 roku czy na mniejszą skalę Jana Olszewskiego w 1995 roku - można będzie wokół niego zbudować blok polityczny, który osiągnie niezły wynik w jesiennych wyborach parlamentarnych. - Może to być jakiś kandydat lewicy, ale trudno mi sobie wyobrazić, że to będzie Ryszard Kalisz albo Janusz Palikot - zaznacza Matyja.

Politolog uważa, że to co najbardziej zagraża PO, to nie jest nawet zniechęcenie wyborców, ale to, że jako partia zamknęła się pokoleniowo. W elitach przywódczych średnia wieku przekracza bowiem 50 lat. - Dlatego może nastąpić jakaś rewolucja pokoleniowa, bo ludzie młodzi są niedoreprezentowani w polskim systemie politycznym. To może być bardzo poważne źródło kryzysu w miarę szybko po rozpoczęciu się nowej kadencji - mówi Matyja. - Ten sam problem może pojawić się w PiS, jeśli po kolejnych wyborach okaże się, że młodzi w tej partii nie mają żadnych szans na udział we władzy. Bo starszym w PiS, którzy już władzę sprawowali, tak bardzo na niej nie zależy - dodaje Matyja.

- Jestem przekonany, że wybory prezydenckie wygra Bronisław Komorowski. To może być nawet pierwsza tura - uważa politolog Marek Migalski. Jego zdaniem jego wynik będzie pomagać PO w wyborach parlamentarnych. - To będzie haust powietrza, który Platforma będzie musiała wziąć bardzo głęboko, bo będzie musiało jej wystarczyć do wyborów parlamentarnych - zaznacza.

PiS, dodaje Migalski, jest dokładnie w odwrotnej sytuacji. - Wybory prezydenckie będą bolesną porażką tej formacji - mówi. Jej kandydat zajmie najwyżej drugie miejsce i to z wynikiem zdecydowanie słabszym niż Jarosław Kaczyńskie w 2010 roku, który w pierwszej turze dostał 36 proc., a to jest wynik niewyobrażalny dla Andrzeja Dudy. - Jeśli Duda dostanie 25 proc. to PiS będzie musiał uznać to za sukces - przekonuje politolog.

Migalski, jak większość rozmówców PAP uważa, że wybory parlamentarne jesienią wygra PiS, ale koalicja zostanie stworzona przez PO, PSL i być może SLD. Powtórzy się zatem sytuacja z wyborów samorządowych. "Jarosław Kaczyński będzie przypominał nie polskiego Orbana, ale polskiego Mecziara" - mówi politolog i przypomina że na Słowacji partia Vladimira Mecziara HZDS dwukrotnie - w 1998 i 2002 roku - wygrała wybory, ale do władzy za każdym razem dochodziła koalicja antymecziarowska pod przywództwem Mikulasa Dziurindy. "Wszyscy jednoczyli się przeciw Mecziarowi, bo uważali go za zagrożenie dla demokracji i siebie samych" - tłumaczy Migalski. "Uważali, że prowadzi politykę autorytarną, zbyt prorosyjską i niekapitalistyczną" - dodaje.

W trzecich wyborach partia Mecziara dostała już tylko kilka procent, bo jej wyborcy się zniechęcili. Nie chcieli głosować na ugrupowanie, która wygrywa i nie dochodzi do władzy. "Coś takiego może się przytrafić Jarosławowi Kaczyńskiemu" - uważa były europoseł PiS.

Właśnie dlatego jego zdaniem Kaczyński gra dziś na delegitymizację całego systemu i "polski Majdan". Dzięki temu jako lider nie będzie odpowiadać przed elektoratem i partią za przegraną. "Będzie mógł powiedzieć: przegraliśmy z państwem totalitarnym, tak jak kiedyś Solidarność z PZPR" - przewiduje. Elektorat po takich wyborach pozostaje zmobilizowany, bo przecież "nie przegrał tylko został pokonany, i to podłymi metodami". - Przywódca takiego obozu nie jest złym przywódcą, tylko siły zła są za potężne - dodaje politolog.

Niemniej, uważa Migalski, Kaczyński dopuszcza też bardziej optymistyczny dla niego scenariusz, że podsycanie nastrojów może jednak spowodować tak rewolucyjną sytuację, że w wyborach parlamentarnych PiS dostanie 231 mandatów. - To jest druga jego kalkulacja, która nie jest sprzecza z pierwszą - mówi Migalski.

- Od przyszłego roku polska polityka wejdzie w fazę destabilizacji - podsumowuje Antoni Dudek. - Nie sądzę, by druga połowa obecnej dekady była tak stabilna, jak pierwsza - dodaje.

Dowiedz się więcej na temat: polityka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje