"Europejski sukces Tuska wiązałby się z poważnymi konsekwencjami"

Gdyby Donald Tusk objął stanowisko szefa Rady Europejskiej, oznaczałoby to przetasowania na scenie politycznej. Musiałby odejść z funkcji premiera, być może też szefa PO i zrzec się mandatu poselskiego. Co więcej, w ocenie konstytucjonalistów, jednym ze skutków mogłyby być nawet przedterminowe wybory

Źródła unijne twierdzą, że premier Tusk wyrasta na faworyta do objęcia stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej po Hermanie Van Rompuyu. Według informacji PAP Tusk ma m.in. poparcie przyszłego szefa KE Jean-Claude'a Junckera. Decyzję podejmą przywódcy na sobotnim szczycie UE.

Reklama

Europejski sukces Donalda Tuska wiązałby się z poważnymi konsekwencjami na polskiej scenie politycznej. Ponieważ dotąd był on jednym z najważniejszych aktorów na tej scenie, jego odejście musiałoby spowodować wstrząs polityczny.

Dwa sposoby

- Przed Tuskiem kilka bolesnych decyzji, przede wszystkim będzie musiał zrzec się funkcji premiera, a to wiąże się z wymianą całego rządu - mówi konstytucjonalista prof. Marek Chmaj. Jak dodaje, byłby na to czas do listopada, czyli do daty formalnego objęcia funkcji szefa Rady Europejskiej. Niemniej musiałby wybrać tryb przekazania urzędu premiera i dokładny termin. Zgodnie z konstytucją musiałby odejść wraz z całym rządem. Można to jednak zrobić na dwa sposoby: złożyć dymisję na ręce prezydenta, albo doprowadzić do konstruktywnego wotum nieufności w Sejmie.

To pierwsze rozwiązanie jest, jak ocenia prof. Chmaj, lepsze wizerunkowo. Po dymisji rządu na ręce prezydenta, ten ostatni wskazuje nowego kandydata na premiera i powołuje wskazany przez niego rząd, który z kolei musi uzyskać w Sejmie wotum zaufania - podkreśla ekspert.

Jest to jednak, uważają konstytucjonaliści, bardziej ryzykowane politycznie. Oddaje bowiem dużo inicjatywy prezydentowi, który powołuje nowego premiera i wskazany przez niego rząd. Prezydent może powołać na premiera osobę wskazaną przez poprzednika i posiadającą poparcie koalicji PO-PSL, ale nie musi. - Prezydent konstytucyjnie rzecz biorąc nie jest związany sugestiami politycznymi. Nie może odmówić premierowi tylko przy wymianie ministrów - podkreśla konstytucjonalista prof. Piotr Winczorek.

Prezydent może więc powołać "swojego" kandydata i liczyć, że jego rząd uzyska wotum zaufania w Sejmie. - Prezydent może w ten sposób doprowadzić do przesilenia rządowego, bo jeśli jego kandydat nie uzyska poparcia bezwzględną większością głosów, inicjatywa przechodzi w ręce posłów, którzy mają dwa tygodnie na powołanie swojego premiera. Jeśli im się to nie uda, inicjatywa wraca do prezydenta i jego kolejny rząd musi uzyskać wotum zaufania już tylko zwykłą większością głosów - zwraca uwagę prof. Winczorek.

Tak właśnie, dopiero za drugim razem, wotum zaufania w Sejmie uzyskał w 2004 roku ówczesny kandydat prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego - Marek Belka. Gdyby jednak taki prezydencki rząd nie uzyskał wotum zaufania nawet za drugim razem, pozostanie rozwiązanie Sejmu - zaznacza prof. Winczorek. - Jeśli ten trójstopniowy proces nie zakończy się powołaniem rządu, prezydent  musi rozpisać nowe wybory - podkreśla.

Scenariusz mało prawdopodobny?

Taki scenariusz może się wydawać mało prawdopodobny, ale gdyby np. rządząca PO porozumiała się z prezydentem w sprawie skrócenia kadencji Sejmu, nie jest wykluczony. Łatwiej w ten sposób doprowadzić do wcześniejszych wyborów, niż przez samorozwiązanie Sejmu, do którego trzeba poparcia 307 posłów - zwracają uwagę konstytucjonaliści.

Jeśli Donald Tusk i koalicja PO-PSL nie zaufaliby prezydentowi, zmiana rządu zapewne dokonałaby się przez przegłosowanie konstruktywnego wotum nieufności w Sejmie ze wskazaniem kandydata na nowego premiera. "To byłoby najlepsze dla koalicji rządzącej, ale to niezbyt dobrze wygląda, takie wotum nieufności dla swojego rządu" - mówi prof. Chmaj. Dotąd przeprowadzono tak zmianę rządu tylko raz - w 1995 roku koalicja SLD-PSL wymieniła rząd Waldemara Pawlaka na Józefa Oleksego przez konstruktywne wotum nieufności, by ominąć niechętnego im prezydenta Lecha Wałęsę.

Kto zastąpiłby Tuska? Padają trzy nazwiska

Niezależnie od trybu wyboru nowego rządu Donald Tusk stanąłby przed wyborem kandydata na nowego premiera. Konstytucjonaliści oceniają, że byłby to zapewne ktoś tymczasowy, bo został tylko rok do wyborów parlamentarnych. Na dziś naturalne kandydatury to takie osoby jak Jan Krzysztof Bielecki, wicepremier Elżbieta Bieńkowska lub marszałek Sejmu Ewa Kopacz, choć w przypadku wskazania tej ostatniej do obsadzenia pozostałby fotel marszałka Sejmu. - Wskazanie osoby nowego premiera na pewno będzie zależeć od premiera Tuska. Zapewne będzie chciał desygnować kogoś, do kogo będzie miał zaufanie i kto nie będzie chciał budować też niezależnej pozycji politycznej - mówi prof. Chmaj. Jego zdaniem Bieńkowska miałaby duże szanse.

Zagadką pozostaje też zachowanie w takiej sytuacji PSL, które, jak uważa Marek Chmaj, może przy okazji nowego rozdania chcieć wytargować coś dla siebie. Jeśli nawet nie fotel szefa rządu, to nowe resorty lub nawet stanowisko marszałka Sejmu. - Wszystko zależy od pozycji negocjacyjnej PSL i umiejętności negocjacyjnych Janusza Piechocińskiego - mówi prof. Chmaj. - PSL zawsze będzie chciał uzyskać jak najwięcej, ale jak np. otrzyma fotel premiera, będzie musiało ustąpić gdzie indziej - dodaje.

"Będzie walka wewnątrzpartyjna"

Problem Tusk miałby w samej partii, bo zapewne w przypadku objęcia unijnego stanowiska zrezygnowałby także z funkcji przewodniczącego PO, choć akurat tu formalnego zakazu łączenia funkcji szefa partii z funkcją szefa Rady Europejskiej nie ma - mówią konstytucjonaliści. - Trudno jednak praktycznie kierować partią w kraju, prowadzić kampanię wyborczą i jednocześnie kierować Radą Europejską" - podkreśla prof. Chmaj. Tusk zapewne i w partii chciałby wskazać swojego następcę, ale tu może mieć większe kłopoty z przeforsowaniem go, bo mogą się uaktywnić jego partyjni rywale, tacy jak Grzegorz Schetyna - zaznacza konstytucjonalista. - Jak oceniam Platformę, będzie walka wewnątrzpartyjna - mówi prof. Chmaj.

Najmniej kłopotów byłoby ze zrzeczeniem się mandatu poselskiego - tu mandat obejmie następna osoba z listy stołecznej PO z wyborów w 2011 roku - zaznacza prof. Winczorek. Wchodziliby w grę Ewa Czeszejko-Sochacka lub były minister sprawiedliwości Andrzej Czuma.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy