Gen. Janicki o wypadku premier Szydło: Co robił samochód ochronny z tyłu?

Myślę, że nie było to 50 km/h - mówi w RMF FM gen. Marek Janicki o prędkości, z którą poruszała się wczoraj kolumna wioząca premier Beatę Szydło. "Poza tym, dlaczego mucha zrzuciła z drogi słonia?" - zastanawia się Janicki.

Tomasz Skory: Rozmawiamy kilkanaście godzin po wypadku, w którym jadące w kolumnie auto premier Szydło zostało uderzone przez seicento i wylądowało na drzewie. Poturbowani są pani premier, kierowca i jeden z funkcjonariuszy ma złamaną nogę. Nie da się nie zapytać, co zawiodło?

Reklama

Marian Janicki: - Ja mam informacje tylko i wyłącznie z telewizji, to co widziałem wczoraj. Co zawiodło? Z tego co dzisiaj zdążyliśmy przeczytać w mediach, z oświadczenia BOR-u, wszystko było ok, 50 km/h, doświadczony kierowca, a przy tym chciałem pozdrowić mojego kolegę, który jest ranny. Dwóch kolegów.

Trzymamy za wszystkich kciuki. I to jest oczywiste, ale panie generale, Audi A8, pancerne, to są prawie 3 tony żelastwa, z prędkością 50 km/h może się rozwalić na drzewie do tego stopnia, jaki widzieliśmy w telewizji?

- I dlaczego się rozwaliło na drzewie trzeba zapytać? Przy wyprzedzaniu seicento, seicento nagle odbiło w lewą stronę i uderzyło w bok audi, które zjechało na drzewo. No, polemizowałbym, czy tak było. Myślę, że nie było to 50km/h. To raz. A dwa, to bym zapytał, dlaczego mucha zrzuciła z drogi słonia. 

Według komunikatu MSWiA, kolumna jechała prawidłowo, wóz pani premier prowadził doświadczony funkcjonariusz - wszystko gra. Tak przynajmniej wygląda to w wersji oficjalnej, a tak nieoficjalnie, panie generale, z ręką na sercu - wierzy pan, że kolumna była właściwie oznakowana i spełniała wymogi kolumny uprzywilejowanej? Świadek przed chwilą mówił, że nie słyszał sygnału dźwiękowego, a to sprawia, że to były tylko trzy samochody, po prostu, a nie żadna kolumna.

- Kolumna uprzywilejowana w ruchu to pojazdy, które używają dwóch sygnałów uprzywilejowania w ruchu - sygnałów przemiennych dźwiękowych i sygnałów świetlnych, które są umocowane na dachu pojazdu.

Czerwone i niebieskie.

- Czerwone i niebieskie. Jeżeli nie ma któregoś z tych elementów, kolumna nie jest uprzywilejowana, jest wadliwie oznakowana albo nieoznakowana.

W związku z tym wyprzedzając na skrzyżowaniu i przy podwójnej wcześniej linii ciągłej, po prostu łamała przepisy.

- Tak, jeżeli byłaby to kolumna uprzywilejowana w ruchu, to przy wjeździe na skrzyżowanie może wjechać nawet na czerwonym świetle, zachowując absolutnie maksimum bezpieczeństwa i ostrożności. Natomiast tutaj, jeżeli nie było któregoś z tych elementów, kierowca seicento prawdopodobnie myślał, że pierwszy samochód, który był oznakowany, który posiadał sygnały uprzywilejowane na dachu, ale też nie posiadał sygnałów dźwiękowych, odbił po prostu w lewo, chciał wrócić na swój tor jazdy i uderzył w bok samochodu pancernego, prawie trzytonowego. Nie wiem, czy nie było szans na wyprowadzenie tego samochodu. Nie będę teraz polemizował, czy ten kierowca, który to prowadził, był odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu w tym samochodzie.

15 lat doświadczenia - zakładamy, że jednak tak, po prostu nie było wyjścia. Rozumiem, że pan próbuje powiedzieć, iż tak naprawdę wadą całego tego zdarzenia i podstawą tego zajścia jest to, ze kolumna nie była oznakowana, w związku z tym kierowca seicento nie miał szansy rozpoznać, że to nie jest jeden samochód jadący luzem, tylko na sygnałach świetlnych, a nie kolumna i po prostu odbił sobie w lewo. Nie przewidział, że to jest kolumna, bo skąd miał wiedzieć, skoro nie było sygnału dźwiękowego?

- Niestety wszystko na to wskazuje, że kierowca myśląc, że wyprzedził go pojazd uprzywilejowany, chciał wrócić z powrotem na swój tor i uderzył w samochód główny, w którym siedziała pani premier.

Pogadaliśmy trochę o ruchu drogowym, o zasadach. Tutaj niezbyt korzystnie wypada to dla Biura Ochrony Rządu. A proszę powiedzieć, tak od strony profesjonalnej, ochroniarskiej - zadaniem funkcjonariuszy BOR-u jest przecież takie przewiezienie osoby ochranianej, żeby zneutralizować, ograniczyć choćby szansę na zetknięcie się jej auta z jakimkolwiek innym. Tu mówię o samym sposobie prowadzenia, już nie łamaniu przepisów, czy też niełamaniu przepisów. Czy od tej strony to zajście też nie niepokoi?

- Przykro mi i ciężko mi mówić na temat Biura Ochrony Rządu. Odchodząc z tego Biura trzy lata temu, przyrzekłem sobie przed głównym ołtarzem w kościele, że nigdy w życiu nie powiem złego słowa na BOR. Będę mówił dobrze albo wcale. Ale w tym przypadku, jeżeli jest taka sytuacja, trzeba zadać pytanie - to w takim razie po co mamy te samochody ochronne? Po to, żeby uniemożliwiły innym użytkownikom drogi zbliżyć się nawet na metr do samochodu głównego. Zadałbym jedno pytanie: co robił samochód ochronny jadący z tyłu?

A to ja zapytam, co powinien robić ten samochód ochronny jadący z tyłu?

- Powinien zabezpieczyć samochód główny w taki sposób, że seicento nie miało prawa zbliżyć się do tego pojazdu.

Czyli robić to, z czym każdy z kierowców w Warszawie chyba przynajmniej raz miał takie doświadczenie - po prostu spychać na pobocze, na prawą stronę wszystkich, którzy zbliżyliby się choćby do samochodu głównego.

- Spychać to jest takie brutalne słowo. Myślę, że dwa samochody ochronne są po to, żeby maksymalnie zabezpieczyły samochód główny, w którym jedzie osoba ochraniana. Oni powinni się rozumieć bez słów i nawet nie patrząc na siebie. Nie wiem, czy w tym przypadku ci kierowcy byli na szkoleniu, tego nie wiem. Myślę, że byli, natomiast nie mam pewności. To, co widzieliśmy wczoraj, tam jest wiele znaków zapytania.

Tu mieliśmy zetknięcie się aut dość przypadkowe, chociaż z opłakanymi skutkami, przypominam - trzy osoby ranne. Wyobraża pan sobie sytuację, w której szef rządu jest narażony na podobne zdarzenie, ale już przeprowadzone z rozmysłem? Najzwyczajniej w świecie zamach, kiedy ktoś po prostu próbuje uderzyć w limuzynę z szefem rządu. Przy takiej ochronie to miałoby szansę powodzenia.

- Nie powinno mieć miejsca powodzenia. W takim przypadku jeden z samochodów ochronnych powinien zajechać drogę intruzowi i zniwelować, zneutralizować go absolutnie. Żeby nawet nie mógł się zbliżyć na bliską odległość do samochodu.

Tak być powinno, ale wczoraj w Oświęcimiu widzieliśmy, że nawet zwykła, tak jak pan to nazwał "mucha", seicento jest w stanie zagrozić limuzynie premiera. Dlatego się wszyscy chyba martwią troszkę o przewożone w Polsce VIP-y. 

- Panie redaktorze, nie sposób tutaj ominąć tematu, który miał miejsce na początku poprzedniego roku. Po tym słynnym wypadku z oponą pana prezydenta Andrzeja Dudy z oddziału transportu, który mi leży na sercu, bo wywodzę się z tego oddziału, rozpoczynałem służbę w Biurze Ochrony Rządu....

... pan zaczynał jako kierowca. 

- Tak i ten oddział szczególnie mi leży na sercu. Zwolniono całe kierownictwo oddziału, kierowców, oficerów którzy spędzili tam całe swoje życie. Nie zaczekano do wyjaśnienia sprawy, tylko zwolniono wszystkich bezpardonowo. Nawet kilku relegowano ze służby. Tak się nie robi. To są lata doświadczeń, to są lata pracy. Uważam, że tu jest pies pogrzebany. Serce mi krwawi, panie redaktorze, jak to widzę wszystko.

Przypisałby pan odpowiedzialność także za wypadek pana ministra Macierewicza pod Toruniem kilka tygodni temu, także temu co pan opisuje, czyli rozwaleniu wydziału transportu? 

- Nie znam szczegółów u kolegów w Żandarmerii Wojskowej, bo to Żandarmeria Wojskowa jest właścicielem tych pojazdów. Z tego co media donosiły i co mogliśmy przeczytać i zobaczyć w telewizji, tam była taka sytuacja, że prawdopodobnie samochody są własnością Żandarmerii Wojskowej, a samochód główny pana ministra Antoniego Macierewicza prowadził funkcjonariusz czy żołnierz SKW. Także nie znam szczegółów, nie potrafię nic na ten temat powiedzieć.

To zupełnie inna formacja.

- Tak jest.

Panie generale. Co teraz powinno się stać, tak już na koniec. Co powinno się stać w Biurze Ochrony Rządu po czymś takim?

- Za mojej bytności w BOR, moich poprzedników, nasze pojazdy przejeżdżały 2,5 do 3 mln km i bywały lata, że nie mieliśmy nawet tzw. obcierki. Nie było kolizji, nie było wypadków. Tu mamy w ciągu roku kilka zdarzeń, które muszą stawiać znaki zapytania. Myślę, że przede wszystkim decydenci powinni zrobić odprawę w BOR i powiedzieć: panowie, pracujcie, nic się nie dzieje. A my non stop słyszymy: nowa ustawa, zwalnianie ludzi, będzie nowa formacja. Pojawiają się różne nazwy: Narodowy Korpus Ochrony, Narodowe coś tam. Ludzie mają rodziny, mają dzieci, są zdesperowani, znerwicowani, o niczym nie myślą, tylko o jutrze, co będzie w tej formacji, czy rzeczywiście będą likwidowani, czy rzeczywiście będzie zmieniana ustawa. To powoduje nerwowość. I mamy efekty takie jak wczoraj.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje