"JOW-y nie zapewniają sprawiedliwej reprezentacji w parlamencie"

Jednomandatowe okręgi wyborcze deformują wynik wyborczy, nie zapewniają sprawiedliwej reprezentacji w parlamencie - uważają uczestnicy wtorkowej debaty na Uniwersytecie Warszawskim pt. "JOW-y: szansa czy zagrożenie?".


Prowadząca debatę dr Anna Materska-Sosnowska zastrzegła, że dotyczy ona systemu większościowego proponowanego przez Pawła Kukiza, który osiągnął trzeci wynik w I turze wyborów prezydenckich. Chodzi więc o najprostszy system wyborczy, w którym w każdym jednomandatowym okręgu wyborczym (na które podzielony jest kraj) jest jeden zwycięzca, który uzyskuje największa liczbą głosów - on zdobywa mandat, a głosy oddane na pozostałych kandydatów (którzy zdobyli mniej głosów) nie mają znaczenia przy podziale mandatów.

Reklama

Dr Małgorzata Kaczorowska (UW) podkreślała, że w wynik głosowania w JOW-ach wpisana jest "genetyczna deformacja wyborcza". Przywołała wybory, które 7 maja odbyły się w Wielkiej Brytanii. Partia Konserwatywna zdobyła w nich 36,8 proc. głosów i jednocześnie 50,8 proc. mandatów w parlamencie - jest to 331 mandatów w 650 osobowym parlamencie. Z kolei laburzyści otrzymali 30,4 proc. głosów - 35,7 proc. mandatów, czyli 232.

Kaczorowska zaznaczyła, że gdyby głosy przeliczono w skali kraju w systemie proporcjonalnym - Partia Konserwatywna zdobyłaby jedynie 239 mandatów, a Partia Pracy 198 mandatów. Partia UKIP, która zdobyła 12,6 proc. głosów i tylko jeden mandat, uzyskałaby 82 mandaty gdyby głosy przeliczono proporcjonalnie.

Ekspertka uważa, że to jak zadziała system większościowy w danym kraju zależy od wielu czynników: liczby partii politycznych, ich siły, charakterystyki ideowej, wielkości okręgów. Jednak - zaznaczyła - deformacja wyniku w Wielkiej Brytanii nie jest przypadkiem odosobnionym. Według niej, skutki wprowadzenia JOW-ów to m.in. brak szans dla nowych prądów i ruchów politycznych, brak sprawiedliwej reprezentacji, ale to także możliwość przypisania odpowiedzialności wybranemu w okręgu politykowi oraz stabilne rządy.

Dr Jarosław Flis z Uniwersytetu Jagiellońskiego uważa, że wynik wyborów przeprowadzonych w JOW-ach byłby sztuczny m.in. ze względu na stabilną geografię polityczną w Polsce oraz możliwość manipulowania granicami okręgów wyborczych.

Przekonywał, że wprowadzenie JOW-ów nie musi oznaczać zmiany zachowań wyborców. "Z całym szacunkiem dla tęsknot za lepszą polityką, którą miałyby przynieść JOW-y, za piękną ideą, za opowieścią jak +Władca Pierścieni+, może kryć się rzeczywistość tak okrutna jak w +Grze o Tron+" - powiedział.

Według Flisa w Polsce bardzo silny jest podział terytorialny wynikający z historii, który przekłada się na preferencje wyborcze. Oznacza to, że po wprowadzaniu JOW-ów np. kandydaci PiS nie mieliby szans na Pomorzu Zachodnim, kandydaci PO na Lubelszczyźnie, a prowadzenie kampanii wyborczej miałoby sens jedynie w okręgach niestabilnych. Jak powiedział, przykłady z innych krajów pokazują, że w takich stabilnych okręgach niezależnie od wystawionego kandydata, wynik jest przesądzony jeszcze przed wyborami.

Zwrócił też uwagę, na zróżnicowanie Polski pod względem frekwencji. PO - jak mówił Flis - wygrywa niedużą różnicą głosów na dużych obszarach o niskiej frekwencji, z kolei PiS większą przewagą głosów na obszarach o większej frekwencji. W rezultacie - jak wynika z wyliczenia Flisa - gdyby za jeden okręg wyborczy uznać powiat, na JOW-ach skorzystałaby PO.

Flis ocenił, że nawet przy założeniu uczciwości przy wyznaczaniu jednomandatowych okręgów wyborczych, w dalszym ciągu podział rodziłby kontrowersje. Podał przykład powiatu słupeckiego, powiatu konińskiego i miasta Konin. Flis uważa, że ze względu na liczebność mieszkańców powiatów i miasta, podziału na okręgi wyborcze można by dokonać przynajmniej na cztery sposoby, a w zależności do przyjętego podziału: PO, PiS i PSL otrzymałyby po jednym mandacie lub: 2 - PiS i 1-PO, lub: 2- PO i 1 - PiS lub: 1-PSL i 2- PiS.

Flis uważa przy tym, że aby wprowadzić JOW-y w wyborach do Sejmu, musiałoby się w nim "znaleźć sporo samobójców", którzy głosowaliby za pozbawieniem siebie pracy (utrata mandatu w przyszłych wyborach w związku ze startem w z góry przegranym okręgu).

Podał także przykład Lubina, w którym w ubiegłorocznych wyborach samorządowych wprowadzono jednomandatowe okręgi wyborcze w wyborach do rady miasta. Komitet urzędującego burmistrza zdobył 55 proc. głosów i jednocześnie 22 mandaty w liczącej 23 członków rady. Opozycja zdobyła poparcie 22 proc. wyborców, ale nie zdobyła mandatu. Ostatni mandat przypadł samodzielnemu kandydatowi.

M.in. o to, czy są wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu, Polacy odpowiedzą 6 września w ogólnokrajowym referendum.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje