Katastrofa samolotu koło Częstochowy. Dramatyczna relacja świadka

- Obserwowałem ten samolot z domu. W pewnej fazie usłyszałem jakiś dziwny ryk silników. Okazało się, że musiała być jakaś awaria. I samolot uderzył, prawdopodobnie o ziemię, zrobił się wielki huk. O pomoc błagała jedna osoba - w takich słowach wczorajsze wydarzenia, do których doszło w Topolowie niedaleko Częstochowy, relacjonuje w rozmowie z TVP Info pan Roman. W katastrofie samolotu używanego przez prywatną szkołę spadochronową zginęło 11 osób. Przeżył jeden mężczyzna.

- O pomoc błagała jedna osoba, która była przewieszona przez wrak samolotu. Nie dało się do niej podejść, choć chcieliśmy za wszelką cenę. Gałęziami gasiliśmy pożar, nie dało się. Osoba ta później się osunęła do wewnątrz - relacjonuje przebieg zdarzeń pan Roman, który jako jeden z pierwszych zjawił się na miejscu katastrofy samolotu.

Reklama

- Przyjechaliśmy z synem czym prędzej na miejsce zdarzenia. Pobiegliśmy do płonącego wraku samolotu. I zobaczyliśmy płonące trzy ciała, jedno ciało już było przez sąsiada odwleczone w bezpieczne miejsce. Potem odwlekliśmy je jeszcze dalej. I zaczęliśmy ratować te płonące ciała, ale potem okazało się, że mogliśmy je tylko odciągnąć - podkreśla mężczyzna. 

Zdaniem pana Romana, temperatura płonącego wraku była tak wysoka, że nie dało się do niego podejść. - W rozmowie z żyjącą osobą ustaliłem, że było tam 12 osób. Krzyknąłem do syna: "Konrad, tam jest jeszcze 9 ciał! - opisuje mężczyzna.

Ciała dziewięciu ofiar we wraku zostały zwęglone

Przypomnijmy, że samolot startował ok. godz. 16. z podczęstochowskiego lotniska w Rudnikach, rozbił się ok. trzech kilometrów dalej, w miejscowości Topolów, w gminie Mykanów. Po katastrofie wrak palił się, pożar został szybko ugaszony. W chwili przyjazdu strażaków na miejsce poza samolotem znajdowały się trzy lecące nim osoby, z których jedna przeżyła katastrofę i została przetransportowana śmigłowcem do szpitala w Częstochowie. Ciała dziewięciu ofiar we wraku zostały zwęglone.

Jak poinformował w niedzielę  rzecznik Prokuratury Okręgowej w Częstochowie prok. Tomasz Ozimek,  zdecydowano o przeprowadzeniu szczegółowych oględzin miejsca wraku katastrofy.

Prok. Ozimek wskazał, że sekcje zwłok zaczną być wykonywane od poniedziałku. W przypadku ofiar, które po katastrofie pozostały w maszynie, konieczne będą badania DNA. Choć prokuratorzy pozyskali już wstępną wiedzę na temat tożsamości pilota, instruktorów i uczestników lotu (to mieszkańcy m.in. województw śląskiego, małopolskiego i łódzkiego), a także spotkali się z bliskimi ofiar, którzy dotarli na miejsce katastrofy, nie ujawniają bliższych informacji na ten temat.

Przyczyna nie jest jeszcze znana

Śledztwo po katastrofie nie zostało jeszcze w sobotę formalnie wszczęte. Zanim to nastąpi, prokuratorzy mogą przez pięć dni wykonywać czynności śledcze - w niezbędnym zakresie. Wśród nich były dotąd m.in. przesłuchania pierwszych świadków.

Na razie nie wiadomo, co mogło być przyczyną wypadku. Miejsce katastrofy leży w linii prostej ok. 3 km od lotniska w Rudnikach. Samolot spadł niedługo po starcie, poza zabudowaniami. Według nieoficjalnych informacji ze źródeł zbliżonych do sprawy, maszyna mogła być przeładowana, co przy wysokiej temperaturze powietrza mogło doprowadzić do awarii jednego z silników.

Samolot, który uległ katastrofie, to dwusilnikowy Piper PA-31 Navajo o rejestracji N11WB - niedawno sprowadzony do Rudnik przez prywatną szkołę spadochronową Omega. Sama szkoła pod koniec maja br. informowała na stronie internetowej o wykonaniu w Częstochowie pierwszych skoków ze swojej nowej 10-miejscowej maszyny o tej nazwie.


INTERIA.PL/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje