Katastrofa samolotu. Szczegółowe oględziny miejsca katastrofy

Napływają kolejne doniesienia w sprawie tragicznego wypadku z udziałem spadochroniarzy, do którego doszło w sobotę niedaleko Częstochowy. W miejscu katastrofy samolotu piper navajo rozpoczęły się szczegółowe oględziny miejsca zdarzenia. Uczestniczą w nich prokuratorzy oraz członkowie Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.

W katastrofie maszyny używanej przez prywatną szkołę spadochronową zginęło 11 osób, uratowana została jedna - ok. 40-letni mężczyzna.

Reklama

Jak powiedział  rzecznik Prokuratury Okręgowej w Częstochowie prok. Tomasz Ozimek, w szczegółowych oględzinach wraku i miejsca zdarzenia chodzi m.in. o dokładne przeanalizowanie zniszczeń i opaleń rozbitej maszyny. - Nie sądzę, by mogło się to zakończyć w niedzielę - być może w poniedziałek lub wtorek - zasygnalizował prokurator.

Dopiero po zakończeniu szczegółowych oględzin zapadnie decyzja o usunięciu wraku z miejsca katastrofy. Do tego czasu miejsce to będzie zabezpieczane przez odpowiednie służby. Równolegle od soboty trwają już inne czynności, m.in. przesłuchania świadków, które prowadzą prokuratorzy lub - na ich zlecenie - policjanci.

Samolot wystartował w sobotę ok. godz. 16. z podczęstochowskiego lotniska w Rudnikach, rozbił się ok. trzech kilometrów dalej, w miejscowości Topolów, w gminie Mykanów. Po katastrofie wrak palił się. W chwili przyjazdu strażaków na miejsce poza samolotem znajdowały się trzy osoby, wyciągnięte z wraku przez mieszkającego w pobliżu b. strażaka.

- Z tych trzech wyciągniętych osób jedna przeżyła - i to na pewno jest jego zasługa - zaakcentował rzecznik śląskiej straży pożarnej Jarosław Wojtasik. Uratowany mężczyzna został przetransportowany śmigłowcem do szpitala w Częstochowie. Choć pożar został szybko ugaszony, ciała dziewięciu ofiar we wraku zostały praktycznie zwęglone.

Jak przekazała Beata Marciniak, rzeczniczka Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie, u przewiezionego tam rannego lekarze stwierdzili m.in. złamanie ręki, złamanie żeber, uszkodzenie kręgosłupa na odcinku lędźwiowym, a także stłuczenie płuc. 40-latek, gdy trafił do szpitala, był przytomny. W niedzielę był też już wydolny krążeniowo i oddechowo.

- Po porannym obchodzie zapadła decyzja, że pacjent pozostanie na razie na oddziale intensywnej opieki medycznej - wymaga bowiem intensywnego monitorowania obrażeń - powiedziała w niedzielę Marciniak.

Z nieoficjalnych informacji źródeł zbliżonych do służb ratowniczych wynika, że uratowany mężczyzna prawdopodobnie jest m.in. skoczkiem spadochronowym i kaskaderem.

W sobotę wieczorem do Topolowa dotarł zespół ekspertów z PKBWL. Wcześniej czynności rozpoczął siedmioosobowy zespół prokuratorów. Śledczy m.in. zabezpieczali na lotnisku w Rudnikach dokumentację dotyczącą prowadzonego przez szkołę spadochronową kursu, wykonywanych lotów, stanu maszyny. Prokuratorzy obejrzeli również wstępnie miejsce katastrofy, a także zwłoki znajdujące się poza wrakiem, które odwieziono do prosektorium

W sobotę wieczorem zdecydowano o przeprowadzeniu szczegółowych oględzin miejsca wraku katastrofy w niedzielę. W nocy śledczy i przedstawiciele Komisji dokonywali natomiast wstępnych oględzin wraku i pozostających w nich zwłok, które później również wszystkie wydobyto i przewieziono do prosektorium. Działania te trwały do godz. 3.30.

Sekcje zwłok zaczną być wykonywane od poniedziałku. W przypadku ofiar, które po katastrofie pozostały w maszynie, konieczne będą badania DNA. Choć prokuratorzy mają wiedzę nt. tożsamości pilota, instruktorów i uczestników lotu (to mieszkańcy m.in. województw śląskiego, małopolskiego i łódzkiego), a także spotkali się z bliskimi ofiar, którzy dotarli na miejsce katastrofy, nie ujawniają bliższych informacji na ten temat.

Śledztwo po katastrofie nie zostało jeszcze wszczęte. Przed formalnym podjęciem tej decyzji prokuratorzy mogą przez pięć dni wykonywać czynności śledcze - w niezbędnym zakresie.

Na razie nie wiadomo, co mogło być przyczyną wypadku. Miejsce katastrofy leży w linii prostej ok. 3 km od lotniska w Rudnikach. Samolot spadł niedługo po starcie, na niezabudowanym terenie. Według nieoficjalnych informacji ze źródeł zbliżonych do sprawy, maszyna mogła być przeładowana, co przy wysokiej temperaturze powietrza mogło doprowadzić do awarii jednego z silników.

Samolot, który uległ katastrofie, to dwusilnikowy Piper PA-31 Navajo o rejestracji N11WB - niedawno sprowadzony do Rudnik przez prywatną szkołę spadochronową Omega. Sama szkoła pod koniec maja br. informowała na stronie internetowej o wykonaniu w Częstochowie pierwszych skoków ze swojej nowej 10-miejscowej maszyny o tej nazwie.

Jak wynika z fotografii na stronie szkoły, samolot został przerobiony pod kątem skoków spadochronowych - m.in. z wnętrza usunięto większość wyposażenia, a przy bocznych drzwiach do kabiny na zewnątrz kadłuba zamontowano podest i uchwyty.

Częstochowscy prokuratorzy zwracają uwagę, że samolot nie był zarejestrowany w Polsce, a w Stanach Zjednoczonych. "Będziemy wyjaśniać sprawę m.in. badań technicznych. Możliwe, że dokumenty znajdowały się w samolocie. Jeżeli uległy zniszczeniu, będziemy musieli skorzystać z pomocy amerykańskich kooperantów" - zaznaczył prok. Ozimek.

Według strażaków i ekspertów to najtragiczniejsza katastrofa samolotu cywilnego z tyloma ofiarami, do jakiej doszło w Polsce od wielu lat.

W maju 2013 r. w rejonie Babiej Góry także rozbił się dwusilnikowy Piper. Na pokładzie były trzy osoby - leciały z Poznania do Bratysławy, wszystkie zginęły.

Szczególnie tragiczny jeśli chodzi o wypadki samolotów cywilnych był rok 2011. W sierpniu tego roku doszło do wypadku Cessny 182 w Nowej Hucie. Samolot spadł na dwurodzinny dom. Zginął 42-letni pilot i trzy dziewczynki w wieku od 12 do 14 lat. Były pasażerkami Cessny. Nikt z mieszkańców domu nie ucierpiał, choć tuż po katastrofie wybuchł w nim pożar. Biegli stwierdzili, że błąd popełnił pilot

Kilka miesięcy później, w listopadzie, niedaleko lotniska w Pyrzowicach rozbił się samolot Cirrus SR22. Na pokładzie były cztery osoby - dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Wszyscy zginęli. Maszyna rozbiła się wieczorem, kilka kilometrów od pasa startowego, przy drugim podejściu do lądowania. Jak później ustalono pilot nie miał uprawnień do latania po zmroku; próbował wykorzystać system do lądowania w trudnych warunkach.

Na przestrzeni kilku ostatnich lat dochodziło też do tragicznych wypadków podczas mistrzostw lub pikników lotniczych odbywających się w Polsce. W czerwcu 2009 tuż po zakończeniu VI Małopolskiego Pikniku Lotniczego rozbiła się biorąca w nim udział Cessna 172. Leciało nią czterech mężczyzn - dwóch, pilot i jeden z pasażerów, zginęli.

Tragicznie kończyły się też dwie edycje Air Show w Radomiu. We wrześniu 2007 r. podczas pokazu zderzyły się dwa samoloty zespołu akrobacyjnego "Żelazny" z Aeroklubu Ziemi Lubuskiej; zginęło dwóch pilotów. Do wypadku doszło podczas manewru mijania - element figury akrobatycznej zwanej "rozetą". Każda z maszyn rozwijała w tej akrobacji prędkość ok. 300 km/h. Dwa lata później, w sierpniu 2009 r. w czasie imprezy rozbił się myśliwiec Su-27. Spadł podczas pokazu akrobacji - zginęło dwóch białoruskich pilotów.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje