Klub SLD o rozmowie radnych: To nie jest nasza prowokacja

Białostoccy radni SLD zaprzeczają, by nagranie rozmowy, w której radny klubu PO proponuje przejście do tego klubu radnemu lewicy Mikołajowi Mironowiczowi i gdzie padają słowa m.in. o obietnicy załatwienia lepszej pracy, to przygotowana przez nich prowokacja.

Mironowicz powiedział na czwartkowej konferencji prasowej, że to on nagrał tę rozmowę, ale nie w celu prowokacji, ale by udowodnić kolegom z klubu SLD, iż jest mu składana propozycja przejścia do klubu PO. "Żeby mieć to nagranie dla siebie, nie było żadnych innych intencji" - mówił Mironowicz. Zapewniał, że nigdy sam nie wyrażał chęci przejścia do klubu Platformy.

Reklama

- To nie była prowokacja. To był efekt ciągłego, uporczywego nękania "werbunkowego" od kilku tygodni kolegi Mironowicza, nie tylko przez jednego radnego z klubu (PO), ale przez innych również - oświadczył na konferencji prasowej szef klubu radnych SLD Michał Karpowicz.

Chodzi o rozmowę między radnym Stefanem Nikiciukiem (Forum Mniejszości Podlasia, wchodzące w skład klubu radnych PO) i Mironowiczem, w której ten pierwszy przekazuje drugiemu propozycję przejścia z klubu SLD do klubu PO.

Padają słowa o obietnicy załatwienia lepszej pracy oraz stanowiska wiceprzewodniczącego jednej z komisji rady. Pada też nazwisko szefa klubu radnych PO Zbigniewa Nikitorowicza oraz zastępcy prezydenta Białegostoku Andrzeja Meyera w takim kontekście, jakoby wiedzieli oni o składanej propozycji i ją uwiarygodniali.

Mironowicz nagrał rozmowę, a nagranie przekazał dziennikarzowi "Gazety Wyborczej", która w środę opublikowała tekst na ten temat.

Nikiciuk jeszcze w środę wydał oświadczenie, w którym przeprosił wymienione w rozmowie osoby za użycie ich nazwisk i słowa, które - jak napisał w oświadczeniu - wypowiedział w "prywatnej i luźnej rozmowie" z radnym Mironowiczem.

Zapewnił, że nie miał upoważnień do prowadzenia z nim takich rozmów i "składania jakichkolwiek obietnic". Napisał, że rozmawiał z Mironowiczem tylko dlatego, że - jak twierdzi - ten od wielu miesięcy zgłaszał chęć przystąpienia do Forum Mniejszości Podlasia. Dodał też, że po tej rozmowie telefonicznie poinformował Mironowicza, by jego słów nie traktował poważnie. "Bo ze strony Forum Mniejszości Podlasia, ani klubu radnych PO nie ma zamierzeń współpracy z nim" - napisał w oświadczeniu Nikiciuk.

Postępowanie sprawdzające wszczęła z urzędu prokuratura, by ustalić, czy w nagranej rozmowie nie padły propozycje korupcyjne. - Bardzo dobrze się stało, że prokuratura zajęła się tą sprawą, dotyczącą korupcyjnej, można by nazwać, propozycji jednego z radnych Platformy - mówił Karpowicz. - Można domniemywać, że radny Nikiciuk posłużył jako emisariusz wysłany z klubu PO, żeby zwerbować radnego Mironowicza do klubu Platformy - dodał. To nie jest etyczne, nie jest demokratyczne, to nie jest czyste - podsumował Karpowicz.

Mironowicz powiedział, że w sprawie przejścia do klubu PO nagabywany był od 2011 roku, ale nie padały wcześniej propozycje otrzymania za to lepszej pracy, czy stanowiska w komisji rady. Na pytanie, dlaczego radni SLD sami nie zawiadomili prokuratury, Mironowicz powiedział, że w porozumieniu z innymi radnymi klubu zdecydował o przekazaniu nagrania prasie i spodziewał się śledztwa z urzędu. "Bo nie mam w zwyczaju, żeby na kogoś donosić" - mówił. Wymienieni w nagranej rozmowie, zarówno Nikitorowicz, jak i Meyer w wypowiedziach dla mediów zaprzeczyli, by składali jakiekolwiek obietnice.

Prezydent Białegostoku Tadeusz Truskolaski nie chciał w czwartek komentować sprawy. Na swojej konferencji prasowej poświęconej sprawom miejskim powiedział jedynie, że Meyer powiedział mu, że "w tej sprawie nie ma jego (Meyera) udziału, nie ma udziału miasta". Dodał, że czeka na ustalenia prokuratury.

Klub radnych PO miał w Radzie Miasta Białystok 16 członków i większość w 28-osobowej radzie. Jednak po głosowaniu w sprawie metody naliczania i wysokości opłat za wywóz śmieci w mieście, dwie osoby klub opuściły, potem dołączyła do nich jeszcze jedna.

Choć nadal są członkami PO, formalnie są radnymi niezależnymi, czyli są poza klubem Platformy. A to oznacza, że wspierający prezydenta miasta klub PO nie ma już większości, choć nie wiadomo, jak radni, którzy go opuścili, będą zachowywali się w czasie głosowań.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje