Marsz niepodległości: Widmo nacjonalizmu czy burza w szklance wody?

- Marszom niepodległości towarzyszy historyczny paradoks – komentuje prof. Uniwersytetu Warszawskiego Rafał Chwedoruk. - Przecież w międzywojniu, narodowa prawica była przeciwna ustanowieniu dnia 11 listopada świętem niepodległości. Uczynili to Piłsudczycy, i to dopiero po śmierci marszałka.

Tak naprawdę najnowsza historia obchodów niepodległości związana jest z subkulturami młodzieżowymi. Początkowo chodziło rywalizację środowisk wywodzących się z subkultur punków i skinów, a manifestacje były raczej podziemne, dalekie od oficjalnych, państwowych obchodów. Co spowodowało zmianę postrzegania marszów?

Reklama

- Doszło tu do koincydencji kilku czynników - twierdzi Rafał Chwedoruk. Po pierwsze, zmieniła się świadomość społeczna w czasie rządów PO, po drugie - duży wpływ miał kryzys gospodarczy w Europie. Do tego doszła "wojna" Donalda Tuska, ówczesnego premiera, ze środowiskami kibicowskimi. A to jedyna zdolna do szerokiej mobilizacji zwolenników subkultura młodzieżowa. Nałożyły się tutaj wpływy wielkiej polityki i wydarzeń lokalnych, co w połączeniu z obserwowanym "skrętem w prawo", wynikającym m.in. z polityki względem uchodźców, doprowadziło do obecnego stanu rzeczy, czyli podgrzania emocji w polskim społeczeństwie - wyjaśnia prof. Chwedoruk.

Profesor Rafał Chwedoruk uważa, że radykalna prawica nie ma żadnych szans na sukces wyborczy w Polsce, a Święto Niepodległości jest jedynym dniem, kiedy nacjonalistyczne środowiska są wyraźnie widoczne w mediach.

- Skrajna prawica w Polsce nie tylko się nie rozwinęła, ale można powiedzieć, że weszła w kolejny swój kryzys po 1989 r. - podkreśla prof. Chwedoruk. Te środowiska są zresztą bardzo zróżnicowane wewnętrznie. Grupy kibicowskie żyją swoim życiem i pojawiają się w polityce o tyle, o ile sama polityka je do tego zmusza. W tej chwili środowiska kibiców przeżywają kryzys pokoleniowy, nie wykazują dawnego entuzjazmu ani do przyłączenia się do marszu. Mam wrażenie, że od mniej więcej dwóch lat, marsz nie jest już wydarzeniem politycznym, które mogłoby być powszechnie dyskutowane przez wiele miesięcy - ocenia Rafał Chwedoruk.

Jaki jest problem z patriotyzmem?

Niektórzy ludzie mają wrażenie, że skrajnie nacjonalistyczne środowiska zawłaszczyły pojęcie patriotyzmu, prezentując jego jedynie słuszną wersję. Rafał Chwedoruk jest zdania, że do obecnego stanu rzeczy przyczyniła się dawna historia i geneza narodu polskiego.

- Jesteśmy narodem post-szlacheckim. Czasem się nam wydaje, że istnieje jeden, zunifikowany wzorzec patriotyzmu, który wszyscy mamy wyznawać. Tymczasem w wielu krajach patriotyzm jest wewnętrznie zróżnicowany i podzielony, obejmując różne postawy: od typowo nacjonalistycznych, po patriotyzm polityczno-państwowy w stylu dawnych Piłsudczyków, którzy odrzucali etniczny kontekst.

Profesor Chwedoruk uważa, że różne odcienie patriotyzmu nie są problemem polskiego społeczeństwa, w przeciwieństwie do głównej przyczyny, która doprowadziła do radykalizacji niektórych środowisk. Zdaniem eksperta, niejednorodną, niekiedy skrajną formę manifestowania przynależności narodowej, spowodowały problemy z nauczaniem historii w polskich szkołach, obserwowane od lat także w wielu innych państwach świata.

- Problemem jest niski stan wiedzy historycznej w Polsce. To wynika z wielu czynników, przede wszystkim z tragicznej w skutkach reformy edukacji z 1999 r. Wprowadzenie gimnazjum, testomania, uczynienie z matury wstępu na studia czy ograniczanie programu lekcji historii, zwłaszcza w liceum - to wszystko przyczyniło się m.in. do podatności na skrajne, zideologizowane hasła. Czytając publikacje skrajnie prawicowych organizacji, można dostrzec chaos. Wyciąganie wyjętych z kontekstu fragmentów, nierozumienie intencji liderów Narodowej Demokracji z Dmowskim na czele - to bardzo częste przypadki. Roman Dmowski przecież np. wypowiadał się bardzo krytycznie o Polakach. Uważał nas za naród słaby, który musi wykonać olbrzymią pracę. Nacjonalizm Dmowskiego wymieszano z równie wyrywanymi z kontekstu elementami tradycji niepodległościowej spod znaku Piłsudskiego i w efekcie powstaje dziwaczna mieszanka - diagnozuje prof. Chwedoruk.

Z drugiej strony - coraz więcej młodzieży deklaruje zainteresowanie historią, choć przybiera to raczej powierzchowną formę. Zamiast czytać książki i dokumenty, młodzi ludzi wolą podkreślać patriotyzm ubierając odzież odwołującą się do historycznych symboli. Rafał Chwedoruk uważa, że to podejście wynika z atomizacji życia społecznego i jest typową cechą galopującego kapitalizmu.

- Młodzież poszukuje wspólnoty, jakichkolwiek więzi społecznych. Młodzi ludzie dzisiaj uciekają w to, co jest na najwyższym poziomie ogólności. To może być rodzina i życie prywatne albo naród - czyli wspólnota "pisana wielkimi literami". Młodzieży wbija się do głowy wzorzec "self-made mana", na lekcjach przedsiębiorczości promuje się zaradność, a de facto cwaniactwo, przez co niektórzy ludzie nie poczuwają się do żadnej wspólnoty. Postawa młodzieży jest wyrazem sprzeciwu wobec tego podejścia - mówi ekspert.

Polska murem podzielona

Prof. Chwedoruk zauważa, że w Polsce panuje mit o II Rzeczypospolitej, jako krainie powszechnej zgody i zrozumienia dla politycznych adwersarzy.

- Interpretacja historyczna "wbija nam" do głowy przekonanie, że Rzeczpospolita była krajem, w którym Piłsudski i Dmowski grali w jednej drużynie, a jakiekolwiek spory były niewielkie i miały charakter taktyczny. Jeśli ktoś uważa, że II Rzeczpospolita była wolna od sporów etnicznych i socjalnych, a problemy dotyczyły jedynie polityki międzynarodowej, to jednym z efektów takiego myślenia jest powstawanie ahistorycznych wizji przeszłości.

Rafał Chwedoruk uważa, że niektórzy skrajnie prawicowi działacze funkcjonują niczym konie trojańskie, a ich poglądy wcale nie zachęcają do głoszenia radykalnej ideologii.

- Nie ulega wątpliwości, że - nie tylko w Polsce - w nagłaśnianiu skrajnych, nacjonalistycznych, niekiedy ocierających się o absurd poglądów, przodują środowiska liberalne. To służy do kompromitowania jakkolwiek pojętej prawicowości. Dlatego też, wielu działaczy, mimo szczerych intencji, tak naprawdę niechcący przysługuje się liberalnej stronie dyskursu. Nie jest przypadkiem, że PiS już kilka lat temu zdystansowało się od organizowanych przez radykałów marszów i organizuje własne uroczystości.

- To, co dzieje się w Polsce podczas marszów niepodległości, to tylko igrzyska, które docierają do opinii publicznej wtedy, gdy stają się kartą w rozgrywkach głównych graczy wielkiej polityki - przekonuje prof. Chwedoruk.

Ekspert jest zdania, że organizacje i partie skrajnie prawicowe nie mają większych szans na polskiej scenie politycznej.

- Te środowiska są bardzo aktywne, są zdolne do działalności - powiedziałbym - krytycznej, negatywistycznej, ale w sensie elektoratu masowego, nie odgrywają większej roli, co pokazują wyniki wyborów.

Dzień Niepodległości w USA wzorem dla Polski?

Obchodzony 4 lipca Dzień Niepodległości USA to symboliczne święto. W Polsce kojarzy się ze sztucznymi ogniami, paradami wojska i zadowolonymi z życia Amerykanami z hot-dogami w dłoniach. Prof. Rafał Chwedoruk uważa jednak, że wizerunek zjednoczonych, wspólnie świętujących obywateli USA jest powszechnie zakorzenionym mitem, który nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością.

- Amerykanie są społeczeństwem skłóconym, podzielonym. W tej chwili trwają tam poważne dyskusje, a jedna z nich dotyczy Woodrowa Wilsona. Na uczelniach prowadzone są debaty, podczas których dyskutanci zastanawiają się, czy nie należałoby nieco pomniejszyć pamięci o nim jego dokonaniach, ponieważ był on związany z - jak dzisiaj powiedzielibyśmy -rasizmem. Prezydentura Donalda Trumpa jest kolejnym przykładem obrazującym głębokie podziały w amerykańskim społeczeństwie. Tym bardziej, że w USA prezydent nie jest ponadpartyjnym arbitrem, tylko liderem jednej z dwóch największych partii.

Zdaniem eksperta, Polska nie powinna oglądać się na inne kraje, tylko odrobić lekcję życia w demokratycznej wspólnocie, gdzie przeciwstawne poglądy są naturalnym zjawiskiem.

- Polski problem nie polega na tym, że powinniśmy świętować razem, tylko na tym, że nie potrafimy pogodzić się z tym, że ktoś obok nas chce świętować ten dzień zupełnie inaczej, wyciągając z danej daty inne konsekwencje. Różnica jest czymś naturalnym w demokracji, a politycy powinni nauczyć się, że są na siebie skazani - podsumowuje ekspert. 

Tomasz Majta

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje