Na wagary marsz!

Pierwszy dzień kalendarzowej wiosny to dla wielu uczniów dzień upragnionych i jak sami sądzą usprawiedliwionych wagarów. Nieco inne spojrzenie na wagarowanie mają nauczyciele i rodzice.

Dzień wagarowicza pojawił się ponad 20 lat temu. Do lamusa zaczęła odchodzić tradycja topienia marzanny, bo pojawiło się ciekawsze zajęcie - wagarowanie. Nowe święto sprawiło, że uczniów można było w tym dniu spotkać wszędzie, tylko nie w szkole. Zresztą wagarować można nie tylko pierwszego dnia wiosny.

Reklama

Oszustwo?

- Na wagarach byłem może ze trzy razy w życiu, w tym raz 21 marca. Uciekliśmy wtedy całą klasą. Wielkiej kary za to nie było, musieliśmy tylko wyplewić szkolny ogródek, niestety po lekcjach - opowiada Maciek.

Wagary to dziś dla wielu uczniów sposób na miłe spędzenie czasu, czego przecież szkoła nie może zapewnić. - Ja na pierwsze wagary pojechałem do Krakowa - chwali się Kuba. Wyjazd do miasta, spacer po galeriach handlowych, piwko z kolegami, kafejka internetowa - możliwości jest wiele, gorzej z wyborem.

Na wagary niekoniecznie chodzą słabi i nieposłuszni uczniowie. To zjawisko dotyka niemal wszystkich. - Zawsze byłem bardzo dobrym uczniem, ale czasem zdarzyło się, że byłem nieprzygotowany. Po co więc psuć sobie oceny, niepotrzebną "pałą", skoro można raz opuścić matematykę czy historię, zwłaszcza gdy jest na pierwszej lekcji? - mówi Piotrek.

Czy wagary to oszustwo? Patrząc obiektywnie, zdecydowanie tak. Okłamujemy rodziców, nauczycieli, siebie. Ale czy takie drobne oszustwo może komukolwiek zaszkodzić?

Wolność

Wagary to dla uczniów chwila swobody, odprężenia. Zakazany owoc, który smakuje tym lepiej, że w czasie, gdy się bawimy, niektórzy stoją zlani potem przy tablicy, a w dzienniku pojawia się kolejny "number 1".

Taka wagarowa wolność ma jeden minus. Dla słabych uczniów jest elementem ciągłego pogrążania się w miernocie. Zaległości spowodowane wagarami potęgują dodatkowo niewiedzę kiepskich uczniów. Coraz bardziej denerwuje się uczeń, wściekają się nauczyciele i rodzice.

- Niektórzy uczniowie niewiele wiedzą z tego, co dzieje się na lekcjach, na których są obecni, a co dopiero jeśli je opuszczają. A marne oceny końcowe są oczywiście winą nauczycieli - mówi nauczycielka matematyki, pani Krystyna.

Znaną przyczyną wagarowania jest to, że nikt nie chce być lizusem. Skoro cała klasa idzie na wagary, maszerują na nie także ci, którzy niekoniecznie boją się konsekwencji, ale po prostu na wagarowanie nie mają ochoty. No bo jak tu zostać w szkole, skoro wszyscy idą. Okazać się kujonem, maminsynkiem...?

Nie zawsze jest miło

Wagary to miły i beztroski czas? Okazuje się, że niekoniecznie. Jeśli urwałeś się z kolegami z lekcji, by pograć w ulubioną grę internetową, możesz mieć kłopoty. Na przykład policja na Dolnym Śląsku odwiedza kawiarenki w poszukiwaniu wagarowiczów. Nad podobnym pomysłem zastanawiają się inne województwa. Reporter RMF rozmawiał z policjantami:

Wprawdzie policjanci nie przyprowadzają wagarowiczów za kołnierz na lekcje, ale spisują ich dane, a potem kontaktują się ze szkołami. Pytają, czy uczeń miał tego dnia wolne. Jeśli okazało się, że powinien być na lekcjach, informacja trafia do dyrekcji.

To świetny pomysł - cieszą się nauczyciele. Inne zdanie mają uczniowie. Akcja w województwie dolnośląskim trwała tylko dwa dni, ale przyniosła niezłe efekty. Młodzież została wylegitymowana, a o ich bumelce dowiedziały się szkoły i rodzice.

Nieco inny sposób spędzania czasu na wagarach skończył się tragicznie dla 15-letniego gimnazjalisty. Jego zamarznięte ciało znaleźli policjanci w rowie nad rzeką Olechówką w Łodzi. Ustalono, że dzień wcześniej chłopak wraz z kolegami pił w tym miejscu alkohol. Zasnął i zmarł z wychłodzenia.

Wagarować zatem czy nie?

Waldemar Stelmach

Dowiedz się więcej na temat: marsze | nauczyciele | oszustwo | uczniowie | rodzice | marsz | wagary

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje